Roxana, Rozdział 2

Siwowłosy mężczyzna stał przy oknie i przyglądał się panoramie Berlina. Mimo odzyskania upragnionej przez Niemcy wolności i połączenia się w jedno państwo, za oknem nie dostrzegał większych zmian. Biuro agencji znajdowało się tutaj od lat. Przedtem interesowało się nim KGB, teraz chyba nikt.

Pułkownik Morgan był wieloletnim dyrektorem Wydziału Do Spraw Wschodu. Jeszcze przed demokratycznymi wyborami w Polsce odwiedzał Polaków kilkakrotnie. Wciąż dziwił się, jak taki bogaty duchowo naród może staczać się na dno chaosu bez zupełnej świadomości. Podczas ostatniej wizyty u polskiej rodziny żony stwierdził, że w kraju jej przodków zachodzi wiele zmian na lepsze, ale denerwowało go wybujałe cwaniactwo ludzi o nieskażonych pracą rękach. Zbyt szybko chcieli się wzbogacić, nie zważali na szacunek dla prawa, które w wielu dziedzinach pozostawiało zwykłym obywatelom pole do własnej interpretacji. Polska przypominała mu autobus, do którego wszyscy chcą wsiąść pierwsi, mimo iż dla każdego jest gwarantowane biletem miejsce.

Morgan widział też nędzę rosyjskich wiosek i wydało mu się, że ten wielki kolos, jakim był sztucznie utrzymywany związek republik, nie powinien przez najbliższe sto lat zagrozić jego Ameryce. Nie chciało mu się wierzyć, że oto od niedawna wielkie mocarstwo leży teraz i prosi o pszenicę obce kraje. Przecież nie popadli w skrajne ubóstwo z dnia na dzień albo dzień po ogłoszeniu przez Gorbaczowa pieriestrojki.
W jaki więc sposób ponad dwieście pięćdziesiąt milionów ludzi mogło zostać oszukanych, karmionych ideami bez pokrycia? No tak, ale przecież Hitler i wcześniej Stalin też zdołali omotać swoje narody.

Pułkownik myślał nad tymi i podobnymi kwestiami w oczekiwaniu na oficerów, którzy poprosili telefonicznie o posłuchanie.

Wreszcie drzwi otworzyły się i do pokoju weszli dwaj mężczyźni w białych koszulach z krótkimi rękawami.
– Sir! – Oznajmili przybycie salutowaniem.
Morgan odwrócił się od okna i podszedł do jednego z ustawionych wokół stolika foteli.
– Proszę, siadajcie. – Benson i Knox zajęli miejsca. – Co macie pilnego?
– Polska, sir. – Zameldował Knox.
– Co z nią? – Rozchmurzył się, jakby czytali w jego wcześniejszych myślach.
– Mamy już pewność, że skradzione w tajemniczych okolicznościach kody szyfrujące rakiet dalekiego zasięgu znajdują się w jednej z jednostek wojskowych Rosjan w Polsce. Polski wywiad wojskowy i nasi agenci są co do tego zgodni. Pracowaliśmy nad tym przez ostatnie dwa tygodnie…
– Czy byłe KGB maczało w tym palce? – Przerwał rzeczowo Morgan, miał wiele wygranych potyczek na swoim koncie z tą organizacją.
– Tego jeszcze nie dało się ustalić, ale sprawa jest bardzo pilna. Mamy co do tego dwie hipotezy, pierwszą przedstawi major Benson.

Benson wstał i podszedł do mapy operacyjnej wiszącej na ścianie przy oknie.
– Pod koniec lipca komendant policji, podinspektor Sadowski, przeprowadził we Wrocławiu szeroko zakrojoną akcję przeciw fali bezprawia. Wydawało się, że zapanuje tam spokój, ale od ponad tygodnia przestępczość znowu niebezpiecznie wzrasta. Nowa fala wybuchła jak wulkan uśpiony na kilka lat. Sprawa jest podejrzana z kilku powodów. Nasilenie przestępczości codziennie odnotowują jeszcze w dwóch miastach, Katowicach i Krakowie…
– Jaki to ma związek ze sprawą? – Zniecierpliwienie Morgana wzrastało proporcjonalnie do wzrostu zainteresowania raportem.
– Pozwoli pan, że skończę, sir? – Benson nie dawał się tak łatwo zbyć, poświęcił sprawie zbyt wiele czasu, aby teraz nie móc się popisać swoimi rewelacjami i wnioskami. Denerwował go przy tym pułkownik, który od lat forował Knoxa.
– Przepraszam, Benson, ale proszę się streszczać!
– Dobrze, sir. W ostatnim tygodniu dokonano we Wrocławiu około dziesięciu porwań niemowląt i małych dzieci. Prosto z domów zabrano je w nieokreślonym kierunku. Dostaliśmy informację od Roxany, że wczoraj w nocy zamordowano jednego z tamtejszych komisarzy policji. Uważam, że całe to zamieszanie jest ukierunkowane, ktoś sobie powyższe fakty zaplanował.

Benson usiadł, a pułkownik poczuł się oszukany, na jego twarzy pojawił się wyraz irytacji. Dziwił się, że major nie zakończył raportu jakimiś wnioskami. Spojrzał ze na Knoxa, który przejął kontrolę nad dyskusją.

– Po pierwsze przy pomocy Roxany udało nam się ustalić, że skradziona maszyna szyfrująca z kodami rakiet znajdują się w koszarach wojska radzieckiego w Ściernicach, pięćdziesiąt kilometrów na zachód od Wrocławia. Dlatego interesuje nas sytuacja kryminalna w tym wielkim mieście. Sądzimy z kolegą, że ktoś specjalnie zaognia te sprawy, aby policja, prokuratura i wojsko zajmowało się patologią a nie przygotowaniami do ewakuacji wojsk sowieckich z Polski. Po drugie z morderstwa dokonanego na Janowskim wnosimy, że było ono podobne do zamachów przeprowadzonych na naszym terenie. Podczas wojny w Zatoce Perskiej zginęło kilku polityków i redaktorów gazet, którzy popierali w swojej działalności naszych chłopców walczących na pustyni. Do tych zamachów przyznała się prawicowa organizacja pod nazwą „Czarne dni”…
– Co oni do diabła robią w Polsce?! Żartujecie ze mnie czy kpicie?! – Zirytował się pułkownik.
Zapadła krótka cisza. Knox zbierał siły do dalszego raportowania.
– Obiecali sobie zginąć za swego wodza, który odważył się walczyć przeciwko całemu heretyckiemu światu. Chcą go ogłosić prorokiem i wypędzić niewiernych z Palestyny, świętej ziemi dla wszystkich Arabów. – Zamilkł na chwilę, patrząc, czy wypowiadane zdania robią na przełożonym dostateczne wrażenie. – Z całego tego zamieszania można wyciągnąć wnioski, że terrorystom potrzebne są wymienione już kody rakiet i chcą je kupić od zbuntowanych lub potrzebujących pieniędzy rosyjskich generałów. Być może już to zrobili, kwestia tylko jak dostarczyć je do Iraku?

Morgan wyciągnął papierosy i poczęstował pozostałych.
– Czyli wasze analizy są poprawne? – Morgan sięgnął po przygotowany raport i z zapałem pochłaniał go strona po stronie.

Po chwili wstał i przeszedł się w milczeniu po pokoju.

– To miałoby sens. – Myślał głośno. – Szeregowi żołnierze wrócą do swoich zajęć, ale generałowie żyją w Polsce jak książęta. Niczego im nie brakuje. Po powrocie i przejściu do cywila będą potrzebowali gotówki. Ale chyba nie posuną się do zdrady, sprzedaży tajemnicy tak ważnej dla nich? Mają parę rakiet w tych, no…

– Ściernicach, sir. – Benson dopowiedział za pułkownika.
– W jaki sposób mają stamtąd zniknąć i kiedy?
– Prawdopodobnie podczas ewakuacji wojsk sowieckich z Polski, sir. Rosjanie chyba zdają sobie sprawę z tego, że są pod lupą i będą się starali nas przechytrzyć podczas wyprowadzki.
– Kiedy, Knox, kiedy? – Morgan dopraszał się o konkrety.
– Za niecałe dwanaście dni, sir.
– To nie mamy zbyt wiele czasu, może być gorąco. Ilu ludzi mamy przy zadaniach?
– Dwoje, ale możemy tam skierować nawet dwudziestu.
– Nie – zastanowił się pułkownik – to by wprowadziło zamęt. Dwanaście dni!
Morgan soczyście zaciągnął się papierosem. Miał do rozwikłania trudny problem, o którym będzie musiał natychmiast powiadomić Waszyngton.
– Skoro potrzeba im do szczęścia kodów, widocznie muszą mieć rakiety. – Mówił głośno. – Czyżby ta cała heca z super działem była tylko kamuflażem, ale skąd by wzięli to uzbrojenie?
– My im nie sprzedawaliśmy – zauważył Benson.
– Niedługo mają się odbyć rokowania pokojowe państw arabskich i Izraela. – Wtrącił pułkownik. – Zaprosili na nie także Organizację Wyzwolenia Palestyny. Rakiety to niezły argument, aby zyskać przewagę podczas rokowań z Izraelem. Coś mi tu jednak nie gra. Dlaczego zginął ten policjant w Polsce i to w tak bestialski sposób razem z całą rodziną? Czyżby wpadł na nich trop?
– Oni nie pozostawiają tropu, sir. – Tłumaczył Knox. – Musiał w jakiś sposób stanąć im na drodze.

Przez dłuższą chwilę wszyscy zamilkli. Rozmowa zaprowadziła ich do wniosków, po których najczęściej wyciąga się na stół praktyczne argumenty. Jakiego rodzaju miały być owe argumenty, jeszcze żaden z nich nie wiedział.

Morgan przypominał sobie nagle twarz swojej żony. Była bardzo szczęśliwa i zadowolona z podróży do kraju dzieciństwa. Poznali się na prywatce u ówczesnego przełożonego Morgana. Zakochał się w niej po pierwszej randce, szczególnie w jej włosach, z których jak mówił, można było pleść liny do okrętów. Tak, ta dziewczyna nie była przesiąknięta cywilizacją kawiarnianą. Miała typ urody raczej bałkański niż słowiański. Czarne gęste włosy i oliwkowa cera podkreślone były niebieskimi oczami, co należy do rzadkości. Stracił dla jej polskich oczu głowę i ożenił się z nią po dwóch tygodniach znajomości. Jego uczucie było mocne i przetrwało do tej pory bez zmian.

Ciekaw był, jak jego żona przyjęłaby wieści z kraju, jak postąpiłaby na jego miejscu. Poczuł się bezsilny i zakłopotany.

– Co możemy z tym fantem zrobić? – Myślał głośno.
– Można wzmocnić kontrolę na granicach – miał gotową odpowiedź Benson – i skorzystać z okazji złapania terrorystów.
– Nie, tym niech się zajmie policja lub Interpol. Na razie proszę wzmocnić nasłuch radiowy, może Rosjanie zechcą się z kimś skontaktować. Walterowi i Roxanie proszę zlecić rozpoznanie jednostki, ale przede wszystkim zamiarów Rosjan. Czy oni chcą te kody opchnąć Arabom? Jeśli tak, chcemy znać trasę przerzutu na Bliski Wschód. To na razie wszystko.

Morgan wstał z fotela i skierował się do biurka.
– Przepraszam, sir, czy w sprawie zabitego policjanta poczynić jakieś kroki? – Knox stał przy drzwiach.
– Możecie jedynie szepnąć komuś, że powinni szukać Arabów, ale nic więcej, niech się sami martwią. Zresztą i tak nie mamy im czego ofiarować.
– Rozumiem, sir.

Drogą do Ściernic podążała niebieska łada. Jej kierowcą był czterdziestodwuletni Adam Wroński z Wrocławia. Od piętnastu lat pracował w biurze konstrukcyjnym fabryki produkującej sprzęt na potrzeby wojska. Podczas studiów jeszcze dowiedział się o istnieniu we Francji rodziny swojej matki. Zawsze pragnął odwiedzić ciotkę w Paryżu, ale wówczas potrzebne było specjalne zaproszenie stamtąd.
Ciotka jednak nie spieszyła się z zapraszaniem kogokolwiek z rodziny. Powszechnie znana opinia o biedzie Polaków nie wpływała dopingująco nawet na utrzymywanie z ojczyzną kontaktów listownych.

Z tym większym zdziwieniem Wroński przeczytał list od ciotki, w którym zapraszała go serdecznie do siebie. Było to po trzecim roku pracy w fabryce. Władze komunistyczne najwidoczniej coś przeoczyły, bo dwa lata przed stanem wojennym młodemu inżynierowi udało się wyjechać na Zachód. W Paryżu miał się zatrzymać na miesiąc. Przez pierwszy tydzień zwiedzał miasto i liczył pieniądze, które mu jeszcze zostały. Z nudów postanowił poszukać sobie pracy na resztę dni pobytu. Stęskniona żona i dzieci czekały w kraju na jego powrót i na prezenty.

Ku zdziwieniu znalazł szybko zajęcie w restauracji nie opodal domu ciotki. Na dwa dni przed końcem pracy i powrotem do lokalu, gdzie zmywał naczynia, weszło dwóch mężczyzn. Prosto od drzwi skierowali się na zaplecze i wylegitymowali Adama. Przedstawili się jako policjanci i kazali mu iść ze sobą.
Zabrali go do starego pustego budynku z kilkoma biurami. Rozmawiał z nim mężczyzna znający trochę język polski. Zarzucił Wrońskiemu nielegalną pracę i oświadczył, że w jego torbie znaleziono narkotyki. Przedstawiona przez policjanta sytuacja nie wyglądała dobrze.

Za nielegalną pracę groziło Wrońskiemu wydalenie z Francji z zakazem wjazdu przez okres pięciu lat. Posiadanie i prawdopodobny handel narkotykami musiał skończyć się więzieniem. Po tym oświadczeniu przesłuchujący go człowiek wyszedł z pokoju, pozostawiając Adama w niepewności.

Chwile przesiedziane tam wydłużały się w nieskończoność. Wrońskiemu wszystko się kotłowało w głowie i nie mógł się zmusić do logicznego myślenia. Kryzys przyszedł po dwudziestu minutach, kiedy przerażony wizją prześladowań władz w Polsce po powrocie postanowił targnąć się na życia.

Zdjął z szyi krawat, a następnie ze łzami w oczach szukał miejsca, aby dopełnić samobójczego czynu. W tym momencie do pokoju powrócił obcy mężczyzna z plikiem kartek. Położył przed Wrońskim sześć zapisanych po polsku i angielsku arkuszy i wskazał miejsce, w którym należało postawić swój podpis. Po chwili Adam wziął długopis do ręki i podpisał wszystkie egzemplarze.

Były to listy intencyjne, CIA zwerbowało właśnie kolejnego obywatela polskiego do współpracy. Oficerem werbunkowym był, wtedy dopiero rozpoczynający karierę, agent Morgan. Swemu pierwszemu zwerbowanemu współpracownikowi nadał imię Walter.

Wroński wspomniał te wydarzenia, jadąc w okolice bazy wojskowej dwudziestej siódmej dywizji radzieckiej Armii Północ. Jego zadanie miało polegać na bacznej obserwacji bazy i meldowaniu o wszystkich zmianach rezydentowi we Wrocławiu. Sprawę ułatwiał fakt, że jako głównemu konstruktorowi uzbrojenia powierzono inżynierowi nadzór nad pracami misji likwidacyjnej jednostki, która za kilkanaście dni miała opuścić koszary w Ściernicach. Walter bywał w bazie kilkakrotnie, ale zawsze na noc wracał samochodem do Wrocławia. Teraz oświadczył żonie, że nie wie, kiedy wróci do domu.

Dyrektorem jednej z największych hurtowni a właściwie firmy handlowej „Orion” w Katowicach był Antoni Tuczapski. Pod szyldem nazwy firmy widniał stary dopisek „hurtownia”, ale już od dwóch lat była to sieć składnic rozmieszczona w Polsce. Wciąż rozbudowywana przyniosła ogromne zyski właścicielowi i jednocześnie zarządcy.

Jako jeden z pierwszych biznesmenów Tuczapski wpadł na pomysł importu zachodnich towarów codziennego użytku i artykułów spożywczych o długiej dacie ważności. Od osiemdziesiątego siódmego roku zaczął rozkwitać w Polsce handel uliczny. Tysiące ludzi przekraczało granice państwa, aby zakupione towary sprzedać w kraju z zyskiem.

Późniejszy przełom polityczny i otwarcie granic spowodowało zalew rynku wyrobami EWG, następowało powolne kształtowanie się gospodarki kapitalistycznej. Prywatni przedsiębiorcy za niewielkie sumy sprowadzali z Niemiec, Austrii, Włoch owoce cytrusowe i inne artykuły żywnościowe, które sprzedawali tutaj z podwójnym zyskiem.

Tuczapski w porę ocenił tendencje rozwojowe rynku i cały swój kapitał włożył w import. Zaczynał ,mając trzydzieści milionów, w ciągu roku przyniosły mu one dwudziestokrotne zyski. Wkrótce swoją działalnością objął sprzęt RTV i AGD.

Z chęci łatwego zysku zajął się też nielegalnym handlem przywożonym z Niemiec alkoholem. Recepta na sukces była prosta. Kilka cystern przywiozło alkohol wprost z produkcji, tańszy. Przeznaczenie płynu było przemysłowe, oficjalnie, zaś naprawdę inne ciężarówki dowoziły do zakamuflowanej rozlewni kapsle i oryginalne nalepki. W ten sposób Tuczapski pomnożył swój majątek czterokrotnie. Łapał się za głowę i nie mógł uwierzyć we własne szczęście, którego nie rozgłaszał. Był jednym z najbogatszych ludzi w Polsce i poważnie zastanawiał się nad karierą polityczną.

Siedzibą „Oriona” był piękny wieżowiec, którego połowę zajmowały biura Tuczapskiego, drugą wynajęto pomniejszonym spółkom. Gabinet właściciela firmy prześcigał komfortem i luksusem dekoracje fotografowane na folderach zagranicznych przedsiębiorstw przewozowych. Wszystko było tu tak obmyślone, by klient od razu wiedział, że ma do czynienia z kimś potężnym.

Tuczapski siedział właśnie przy drewnianym stylowym biurku nad poranną prasą.
– Panie dyrektorze, przyszedł pan Johanson – urocza sekretarka stała w progu.
– Niech wejdzie.
Do gabinetu wszedł wysoki mężczyzna w ciemnych okularach. Podszedł do dyrektora i nie czekając na zaproszenie, usiadł.
– Co pana sprowadza? – Zapytał bez entuzjazmu szef „Oriona”.
– Mam przekazać gratulacje za dobrze wykonane polecenia. Przywożę też nowe. Jeszcze w tym tygodniu ma pan wysłać co drugi dzień po jednym samochodzie ciężarowym do Bukaresztu. To już ostatnie zadanie.
– Po co do Bukaresztu?! – Wybuchnął Tuczapski.
– To już nie pańska sprawa. Z czym te samochody pojadą, jest nam obojętne, może pan nawet wysłać nim świeże bułeczki, ale muszą się pojawiać na granicy regularnie.
– Nie wiem…
– Pan nie musi nic wiedzieć – przerwał ostro Johanson – to jest druga część naszej umowy! Tego sobie właśnie życzymy.

Skomentuj