Roxana, Rozdział 3

Artur Dornik zaczął śledztwo w sprawie zamordowanego Janowskiego od sprawdzenia kartoteki policyjnej. Skrupulatnie wypisał wszystkie sprawy, w których rozwiązywaniu brał udział jego kolega. Wśród akt były raporty sporządzane przez nich obu. Inspektor nie mógł jednak dać sobie rady z samym sobą.

Od momentu powiadomienia go o zdarzeniu nie przyszedł jeszcze do siebie. Szok, który przeżył, wciąż trwał.

Bez wiary w siebie przewracał kolejne dokumenty. Wiedział tylko, że musi odnaleźć sprawcę. Pałał
żądzą zemsty i to bardzo niecodziennej. W wyobraźni rysował postać jakiegoś mężczyzny o  nierozpoznawalnej twarzy, który przyznaje się do winy. W chwilę później Artur zakłada mu na szyję drut kolczasty i wiesza.

W półsennych omamach mężczyzna ten jednak nie umiera, tylko stoi i uśmiecha się pokrwawiony i siny. Skazany i powieszony, ubrany jest w więzienny uniform, na plecach ma wymalowany czarną farbą napis: „To ja”.
Owe zapisane na plecach skazańca „ja” wdziera się do świadomości Dornika i boleśnie rani jego uczucia. Nie reaguje na głos sekretarki wydziałowej.
– Telefon do pana! – Powtórzyła kolejny raz.
– Słucham? – Siedział w otępieniu.
– Telefon do pana…
– Dziękuję. – Był rozkojarzony.
Nie reagował na głos sekretarki, która z niecierpliwością patrzyła się na niego.
– To proszę podnieść słuchawkę w końcu! – Prawie wrzasnęła.
– A, tak, jasne. – Odruchowo przytkał słuchawkę do ucha. – Dornik, słucham?
– To ty? Nareszcie. –  Odezwał się znajomy głos.
Głos Aliny dochodził do niego z nieznanej przestrzeni kosmicznej.
– Alina?! Dzień dobry, co ty tutaj robisz? – Nie potrafił się skupić.
Obecni w biurze koledzy spojrzeli na niego podejrzliwie.
– W końcu mnie sobie przypomniałeś? – Udawała. – Będę u ciebie wieczorem, czekaj na mnie.
– Zrozumiałem. – Był nieobecny.
Głos po drugiej stronie zamilkł, ale Artur przez chwilę jeszcze nasłuchiwał. Wydało mu się, że zaraz odezwie się jakiś męski głos. Miał to być głos mordercy Janowskiego.

Nadkomisarz Sojka wszedł do pokoju Imperatora, trzymając w ręku aktówką.
Sadowski wskazał mu miejsce. Jego biurko było zawalone szpargałami. Przerwał widocznie jakąś pracę. Mankiety koszuli miał podwinięte, krawat luźno zwisał mu na niewielkim brzuchu.
– Jakieś nowiny? – Zapytał z nutą nadziei.
– Niewiele, panie podinspektorze. Oględziny zwłok i sekcja wykazały, że zbrodni dokonano pomiędzy czwartą a czwartą trzydzieści nad ranem. Przesłuchania mieszkańców ulicy Chopina nie dały rezultatów. Nikt nic nie widział, nikt nic nie wie. W domu i okolicy nie znaleźliśmy żadnych śladów. To wszystko.
– Specjaliści zakończyli już oględziny miejsca zdarzenia?
– Tak, już wczoraj. Odwołałem ich, bo…
– Niczego nie znaleźli? – Wpadł mu w słowo podinspektor.
– Tak jest. – Spokojnie odpowiedział.
– Dobra – Sadowski kontynuował po chwili – dzień odpoczynku im wystarczy. Proszę zaraz wysłać oddział ponownie. Tam musi być coś, do jasnej cholery, jakiś pyłek, jakiś papierek.

Powiedział to zdanie dobitnie w taki sposób, że Sojka nawet nie pomyślał o dalszej dyskusji.
– Aha, przepraszam, zrekonstruowano na asfalcie szczątkowy ślad opon, ale trudno coś o tym powiedzieć.
– I pan zapomina o tym meldować?! – Rozzłościł się na dobre. – Jak ma pan sklerozę, to niech pan pisze podanie o emeryturę!?

Sojka przestraszył się tego wybuchu, nie wiedział jak ma zareagować, więc milczał. Komendant zauważył zmieszanie starszego oficera.
– Przepraszam, uniosłem się niepotrzebnie, ale cholera mnie bierze! Wszystko nagle spada mi na głowę. Ludzie dzwonią oburzeni, że nic nie robimy, matki mi tu płaczą na korytarzach, wydzwania minister i posłowie. A związkowcy zawracają mi głowę przepisami i nie można ich wypędzić zza biurek.

Odetchnął i zdał sobie sprawę, że jego oburzenie znalazło ujście nie przed tym, przed kim powinno.
– Co u Dornika? – Zmienił ton.
– Siedzi nad aktami Janowskiego.
– Chyba nie przesypia sprawy?
– On w ogóle nie śpi. – Nie zrozumiał aluzji Sojka.
– Jak to?
– Nadal jest w szoku. Nie pozwala się nikomu zbliżyć do siebie. To był jego najlepszy przyjaciel.
– Gdybym tę sprawę powierzył komuś innemu, to załamałby się jeszcze bardziej. A może dać mu urlop na kilka dni?
– Lepiej nie. To nasz najlepszy detektyw. Ocknie się i zacznie działać
– Dobrze, niech mu pan da czas. – Sadowski wstał i podszedł do okna. Oznaczało to koniec rozmowy i Sojka także zerwał się na nogi. – Czy nie orientuje się pan, skąd prasa wie o wszystkich naszych posunięciach?
– Nie mam pojęcia. – Sojka stał przy drzwiach.
– Jeszcze z wewnętrznym szpiegiem przyszło mi walczyć.

Alina zapowiedziała kierowniczce, że być może spóźni się kolejnego dnia albo nie przyjdzie do kwiaciarni, gdyż musi załatwić dostawę w Krakowie.

Wyszła z pracy, wsiadła do swojej toyoty i popędziła gdzieś za miasto. Gdy pod wieczór wróciła do domu, przebrała się i pojechała do Artura.

Zastała go siedzącego przy stole. W powietrzu unosił się smród alkoholu. Pozamykane okna i zaduch przyprawiły ją o zawrót głowy.

Artur trzymał w ręce szklankę z wódką. Był nieogolony i zalany potem. Sprawiał przygnębiający widok. Na dywanie leżała butelka po piwie a obok rozlana jej zawartość.

Alina nie odezwała się słowem. Otworzyła okna w mieszkaniu, poczuła na dworze większy zaduch niż wewnątrz. Pozbierała wałęsające się po podłodze butelki, ubranie i buty, wytarła stolik i włączyła odkurzacz.
Wszystkie czynności zabrały jej może kwadrans. Artur w tym czasie nadal popijał wódkę.
Ulegając całkowicie Alinie, Dornik dał sobie odebrać szklankę.
Ujęła go pod ramię i zaprowadziła do łazienki. Zręcznymi ruchami rozebrała ukochanego i wsadziła pod letni prysznic.
– To był mój najlepszy przyjaciel. – Mamrotał pod nosem.
– Tak, wiem. Jeszcze masz mnie, kochanie…
Woda rzęsiście lała się na jego plecy i klatkę piersiową, ale głowę trzymał prosto. Z oczu utkwionych przed siebie spływały mu po policzkach łzy. Alina pierwszy raz w życiu widziała swojego mężczyznę roniącego łzy i tak bezbronnego. Rozebrała się i weszła pod prysznic, aby go umyć.

Po kąpieli ułożyła Artura wygodnie w łóżku.
Zapytała, czy chciałby coś zjeść, ale pokręcił przecząco głową, zamknął oczy i odwrócił się na bok. Położyła się i także szybko zasnęła.

Wczesnym rankiem obudziło ich ciche, ale natarczywe dobijanie się do drzwi.
Alina wyskoczyła z łóżka i pobiegła do przedpokoju. Zajrzała przez wizjer. Pełna zaufania otworzyła drzwi, w których ujrzała starszą kobietę w szlafroku, znajomą sąsiadkę Artura.
– Przepraszam, że tak wcześniej budzę, dzień dobry. – Powiedziała konspiracyjnym ściszonym tonem.
– Dzień dobry. – Alina odpowiedziała jej także szeptem i cierpliwie słuchała.
– Widziałam przed chwilą – kontynuowała sąsiadka – jak do auta pana Dornika dobiera się złodziej. Miałam już dzwonić na policję. Jednak przypomniałam sobie, że przecież sąsiad jest policjantem i lepiej będzie wiedział, co zrobić?
– Dziękuję pani bardzo, już się tym zajmuję. – Zamykając drzwi, rzuciła szeptem kolejne podziękowania. – Jeszcze raz bardzo dziękuję.
Wpadła do pokoju i zaczęła budzić Artura, który miał już otwarte oczy i prawie był ubrany.
– Słyszałeś, samochód ci kradną!
– Widziałem właśnie przez okno…

Dornik bez paniki wiązał buty, gdy powietrzem szarpnęła eksplozja a uchylone wcześniej okno otwarło się na oścież.
Zamarli.
Artur rzucił się w stronę drzwi. Alina porwała ze stolika słuchawkę telefonu. Wezwała na pomoc pogotowie i straż pożarną. Zadzwoniła także na policję, podając szybko adres Artura.

Gdy komisarz zbiegł po schodach, zobaczył na parkingu przed blokiem swojego fiata 125 całego w płomieniach. Wszystko wskazywało na to, że razem z nim płonie uwięziony w środku nieszczęsny złodziej. Ruszył ku niema na ratunek, ale ogień tak szybko się rozprzestrzenił, że nie można było się zbliżyć do pojazdu. Palił się niczym pochodnia.
Artur zachodził w głowę, jak to się mogło stać tak nagle? Bezpiecznie wycofywał się na sporą odległość.

W kilku oknach na parterze pękły szyby. Nie spali już sąsiedzi Dornika.
Na parkingu zgromadziło się kilku gapiów a w oknach bloku sterczeli ludzie w piżamach przypatrujący się pożarowi. Kilka minut później pojawiła się straż pożarna, policja i pogotowie. Gasili pożar.
Artur stał i z niedowierzaniem przyglądał się dopalającemu się wrakowi pojazdu. Podszedł do niego policjant. Komisarz wyciągnął i okazał legitymację policjanta, przedstawiając się. Następnie w kilku zdaniach opowiedział całe zajście.

Straż pożarna dogasała pożar. Nadjechały dwa auta policyjne z patologiem i całą ekipą kryminalistyczną. Trzeba było przeprowadzić pierwsze oględziny i inne procedury badawcze, aby następnie móc oddać zwłoki do patologa.

Siedzieli w pokoju z Aliną. Artur pił kawę i wydawał się być nieobecny. Wciąż nie mógł zrozumieć, dlaczego wybuchł jego samochód? Nie pamiętał całego zajścia ani wizyty Aliny.

Stał przed oknem i powoli próbował zebrać myśli.
Świadomość z minuty na minutę powracała. Z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu. Alina była bliżej szafki z telefonem.
– To do ciebie, Artur – podała słuchawkę.
– Dornik, co tam? – Odezwał się niepewnie.
– Sojka z drugiej strony – usłyszał. – Chyba Sadowski miał rację, przyjacielu. To wojna! Nie mam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, ale zdaje się, że jesteś na pierwszej linii. O ósmej będą wstępne wyniki analizy eksplozji twojego auta. Szef chce nas widzieć u siebie, zrozumiałeś?!
– Tak jest, panie nadkomisarzu. – Dornik odłożył słuchawkę i zbladł.
– Co się stało? – Spytała Alina.
– Sojka mówił coś o wojnie… – Zamyślił się i przez chwilę oboje milczeli.
Alina siedziała, popijając kawę i patrzyła na Artura.
– Nie chcę cię martwić, ale ktoś wyraźnie chciał cię zabić. Gdybyś rano wsiadł do tego samochodu, zginąłbyś zamiast złodzieja.
Artur miał wzrok utkwiony w przed siebie.
– No właśnie. Ten ktoś mógł też przyjść i zabić mnie jak Janowskiego. Dlaczego tego nie zrobił?
Alina objęła go ramieniem i próbowała rozluźnić sytuację.
– Nie wiem. Może to dzięki domofonowi i super zamkowi antywłamaniowemu. To one powstrzymały bandytów?
– Może masz rację – odparł bez przekonania.
– Poszedłbyś do nieba? – Zażartowała.
Artur wreszcie złapał z nią kontakt wzrokowy.
– Dlaczego do nieba? – Spytał poważnie.
Alina popatrzyła na niego poważnie.
– Jako stróż prawa, chyba ci się to należy, nieprawda? – Roześmiała się.

Wzięła do ręki akta sprawy Janowskiego, które szybko przewertowała.
– Musisz zabrać się do tego – położyła kilka teczek i segregator na stoliku.
Spojrzał na nią bez rozkojarzonych oczu.
– Dochodzenie zacznę natychmiast! – Powiedział poważnie, wstał i przeciągnął się. – Zacznę od ciebie, kochanie.
– Tak? A co byś chciał wiedzieć? – Alina przeszła na jego ton głosu.
– Na początek pragnę ustalić – mówił nieco zawstydzony – kto mnie wczoraj wykąpał i położył do łóżka?
Podeszła do niego i objęła go ramieniem w pasie.
– Ja – odpowiedziała, zawadiacko podnosząc do góry głowę i patrząc mu prosto w oczy.
Przytulił ją mocno.

Zaczajony w krzakach Major oczekiwał na przybyszy handlujących prawdopodobnie skradzionymi autami.

Niebo było pokryte plejadami gwiazd i tylko gdzieniegdzie pojawiły się małe chmurki. Była upalna noc, nawet nie chciało mu się palić papierosów, bo płuca oddychały ciężko po latach przesiedzianych w wilgotnych murach, nieogrzanych celach odosobnienia.

Od strony drogi usłyszał nagle szum dieslowskiego silnika. Motor umilkł i wyglądało na to, że pojazd zatrzymał się w niewielkiej odległości od miejsca ukrycia skradzionego samochodu. Major wzmocnił czujność. W prześwitach między zaroślami zobaczył dwóch mężczyzn zbliżających się do niego. Z zadowoleniem spostrzegł, że w przeciwieństwie do niego nie wyglądają na osiłków.

Gdy odsłaniali zamaskowany pojazd, recydywista stanął za ich plecami z metalową rurką w ręku gotowy do pertraktacji.
– Się macie!

Zaskoczeni złodzieje stanęli osłupiali i jak na komendę odwrócili się do tyłu. Stojący przed nimi mężczyzna musiał się wydać olbrzymem. Miał rozpostarte i gotowe do uderzenia długie ramiona.

Przez chwilę zastanawiali się, kim jest nieznajomy. Metalowa rurka uświadomiła im, iż na pewno nie mają do czynienia z przedstawicielem prawa. Zerknęli na siebie.
– Ładne cacko dmuchnęliście! – Zaśmiał się porozumiewawczo.

Major chciał wciągnąć ich w rozmowę, lecz nie odezwali się do niego słowem. Wydało mu się więc, że ma do czynienia z płotkami tego interesu i postanowił zostawić rozmowy na później z ich szefem. Przez chwilę zobaczył ich twarze w świetle księżyca i doszedł do przekonania, iż ma przed sobą ludzi narodowości cygańskiej o ciemniejszej karnacji skóry.

Teraz dopiero nie miał zamiaru wchodzić z nimi w układy, lecz po prostu żądać.
– Co was tak zamurowało? Ile…
Nie dokończył pytania.
Obaj nieznajomi rzucali się na niego.
Zamachnął się rurką, ale nie trafił.
Jeden z nich zaświecił mu latarka prosto w oczy, oślepiając go a drugi zniknął z pola widzenia.

Recydywista stanął skamieniały. Światło latarki tym razem skierowało się na niego, ale na czarny przedmiot trzymany przez jednego z nieznajomych. Major poznał, mężczyzna miał pistolet. Więc dlatego czuli się tacy pewni siebie i nie chcieli rozmawiać – pomyślał?

Wypuścił z ręki rurkę i czekał. Przeciwnik wahał się i nie strzelał.
Major wyczuł ten moment i nie zostało nic z jego hardości i odwagi.
– Zlitujcie się panowie, ja biedny recydywista, ja mogę wam pomóc! – Padł na kolana w błagalnej pozie.
Nagle poczuł ukłucie w prawym boku, a potem jeszcze jedno w serce. Zrobiło mu się niedobrze, padł na trawę i stracił przytomność.

Skomentuj