Roxana

Powieść akcji, sensacyjna, szpiegowska…

ROZDZIAŁ 1

Na podjeździe garażu domu jednorodzinnego stał mercedes. Jego charakterystyczny znak graficzny na klapie bagażnika oświetlił na moment snop rzucony przez reflektor przejeżdżającego drogą osiedla nieoznakowanego auta jednego z policjantów. Siedzący w nim dwaj funkcjonariusze zauważyli w pewnym momencie migające światła stopu w zaparkowanym pojeździe. Jakby ktoś siedział wewnątrz i miał zamiar odjechać.
– Sprawdzisz? – Komisarz Janowski zwolnił, ale nie zatrzymał doskonałego nissana primerę, którym jeździł od dwóch lat.
– O tej porze to pewnie jakieś frywolne igraszki? – Zanotował coś w notesie komisarz Dornik.
– A która to godzina?
– Po drugiej – zerknął na nadgarstek z podświetloną tarczą elektronicznego zegarka Casio.
– To zjeżdżamy stąd. – Zdecydował Janowski i wyraźnie przyśpieszył. Mieli za sobą trudny dzień i sporo papierów do wypełnienia kolejnego ranka.

Dornik wszedł do swojego mieszkania. Był bardzo zmęczony i nie chciało mu się nawet rozbierać. Runął na szerokie łóżko, gdy sygnał telefonu stojącego na szafce wyprowadził go z równowagi.
– Co jest?! – Burknął do słuchawki.
Zapadła chwila głuchej ciszy, po której zadźwięczał miły kobiecy głos.
– Nie powiem, żeby twój ton zachęcał do konwersacji.
Artur zmieszał się nieco, dzwoniła jego ukochana.
– A, to ty Alino – spłoszył się i rozchmurzył. – Przepraszam, coś się stało?
Ostatnie słowa starał się mówić z wolno z wymuszonym zainteresowaniem. Wiedział, że nic się nie stało.
– Tak, potrzebuję cię natychmiast.
– Jest około trzeciej nad ranem?
– To jakaś przeszkoda? – Spytała filuternie.
– Daj mi dziesięć minut.

Odłożył słuchawkę i zbierał się do wyjścia. Był bardzo zmęczony po służbie, ale nie mógł odmówić Alinie. Znali się od kilku miesięcy i łączyła ich, jak oboje uważali, wielka miłość. Każdą wolną chwilę spędzali razem. Od dwóch dnie jednak się nie widzieli. Umówili się, że będą spełniać każdą swoją zachciankę bez względu na porę dnia i nocy. Pewnego dnia zapragnęli wykąpać się w morzu. Alina była świetnym kierowcą, więc ponad pięćset kilometrów do wybrzeża przejechali, zmieniając się za kierownicą, w pięć godziny z hakiem. Innym razem Artur zadzwonił do niej z Krakowa i żalił się na swoją samotność. Mówił, jak bardzo jest spragniony jej obecności. Złapała samolot i tę noc spędzili razem.

Dzień zapowiadał się upalnie. Alina wstała około ósmej, usiadła na łóżku i napiła się wody ze szklanki. Następnie wtuliła się w ciało swojego mężczyzny i zaczęła pieszczoty. Całowała jego ramiona i umięśnioną klatkę piersiową. Obudził się, gdy zsuwała jego granatowe bokserki i zaczęła pieścić uda.
Mężczyzna otworzył oczy.
– Czy ja jeszcze śpię, czy to już rzeczywistość? – Przeciągał się.
– Sam się przekonaj.
– Rzeczywistość jak ze snu… – Przerwał na moment, zerkając na zegarek. – I kolejny dzień pracy za chwilę.
– Tak – odpowiedziała uśmiechnięta. – Dziękuję ci, że wczoraj przyjechałeś tak szybko. Nie mogłam bez ciebie zasnąć.
Głaskała go po udach.
– Nie ma za co. Dobrze że już spałaś, w przeciwnym razie…
Zakryła mu usta swoimi ustami i zaczęła namiętnie całować. Jej piękne ciało pachniało latem i pobudzało wszystkie zmysły ukochanego. Nabrzmiały rozkoszą poczuł nagle, jak jej delikatne mięśnie oplatają go i pochłaniają w całości. Stali się jednym organizmem szarpanym rozkoszą.

Nieopodal zaparkowanego nissana zatrzymał się samochód z wygaszonymi światłami. Wyszło z niego dwóch mężczyzn i podeszli do siatki okalającej domek jednorodzinny.
– Numer domu piętnaście, jesteś pewien? – Mówił po niemiecku mężczyzna.
– Tak.
– To jazda.

Otworzyli furtkę i obeszli dom z drugiej strony. Drzwi balkonu były uchylone, tego się spodziewali. Bez ceremonii weszli do środka. Przeszukali każdy pokój, pistolety zaopatrzone w tłumiki nie powodowały zbytniego hałasu. Cała akcja trwała może pięć minut.

Jak gdyby nigdy nic wsiedli do swego samochodu i bez włączania świateł odjechali. Mieli do wykonania jeszcze jedno zadanie tej nocy.

Podinspektor Sadowski ciężkimi krokami przechodził się po gabinecie. Widać było, że jest czymś zmartwiony. Na jego twarzy gościł gorzki wyraz zakłopotania i rezygnacji.
Podszedł do biurka i wcisnął guzik interkomu.

– Proszę do mnie komisarza Sojkę – rozkazał.

Sadowski był mężczyzną pod pięćdziesiątkę. Szybko zrobił karierę w stolicy i przysłano go tu, do Wrocławia, aby wprowadził porządek w komendzie. Od dawna dochodziły informacje do ministerstwa o nieróbstwie i zaniedbywaniu obowiązków w tutejszej komendzie. Wzrosłą liczba przestępstw pospolitych i rozbojów. Jego nowi mundurowi podwładni bali się wychodzić nocą z wozów patrolowych. Podobnie mieszkańcy wielkiego miasta nie chodzili po ulicach po zmroku.

Sadowski zorganizował zebranie dla wszystkich funkcjonariuszy. Powiedział, że teraz koniec zabawy w układanie klocków. Bez ogródek i kluczenia zastrzegał sobie prawo dokładnej kontroli wszelkiego rodzaju działań od patrolowania do poważnych akcji zespołowych. W duchu jednak sam bał się, aby nie przesadzić i nie narażać chłopaków na konfrontację z nieznaną falą zagrożeń.

– Oportunistów, malkontentów i notorycznych nierobów powyrzucam na zbitą mordę! Opinia publiczna ma was szczerze dosyć i będę działał w jej imieniu! – Zakończył, robiąc mimo wszystko groźną minę adekwatnie do panującego społecznego nastroju.

Jego przemówienie wywarło niewielkie wrażenie. Poprzedni dowódca zaczynał w podobny sposób, ale potem nie robił zbyt wiele, aby skuteczność działań wzrosła. Stanowczy ton ostatnich zdań wypowiedzi Sadowskiego uciął roznoszenie głupich żarcików na jego temat. Plotki głosiły, że przysłano go tutaj, bo zasłużył się nowym władzom. Wszyscy czekali na jego pierwsze posunięcie kadrowe, lecz rozczarowali się.

Wszystkie donosy i anonimy, papierowe rozgrywki personalne podinspektor wrzucił do kosza i zajął się sprawą naglącą. Postanowił zaprowadzić porządek w mieście. Po objęciu stanowiska polecił wzmocnić nadzór na miastem. Za wyjątkiem drogowców wszystkich innych policjantów wypuścił na ulice w cywilnych ubraniach. Sięgnął po pomoc w ludziach i sprzęcie ze szkółki policyjnej. Kazał patrolować najgroźniejsze rewiry dzień i noc. Wprowadził ludzi na bazary, nielegalne targowiska, do niektórych sklepów i budynków użyteczności publicznej.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Posypały się aresztowania i wyroki dla przestępców. Wydawało się, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane i w mieście zapanuje spokój. Sadowskiego nazwano „Imperatorem”, ale sam zainteresowany czuł, że za wcześnie mówić o zwycięstwie.

Drzwi otworzyły się i do gabinetu wszedł Sojka, koszulę miał niedbale zapiętą, w ręce ściskał chusteczkę, którą ocierał pot z twarzy.
– Melduję się, panie inspektorze! – Nadkomisarz nie znał jeszcze obyczajów nowego szefa, nie wiedział czy ma siadać, czy stać?
– Proszę siadać. – Zauważył wahania oficera dowódca.

Sadowski przeglądał zapisane kartki maszynopisu. Po jego prawej ręce leżały na biurku stosy podobnych akt.
Podniósł oczy na przybyłego funkcjonariusza, rozważył coś w myślach.
– Dużo macie roboty w Wydziale Zabójstw?
– Nie jest tego tak wiele, jakoś sobie radzimy. – Sojka nie był pewny, jakiej odpowiedzi udzielić.

Sytuacja w wydziale zabójstw nie była alarmująca, ale jego ludzie nie narzekali na nadmiar czasu. Popędzono ich z każdej strony i z góry również. Podinspektor dobrze wiedział, jaka jest sytuacja i nadkomisarz nieco był zaskoczony pytaniem.

– Widzi pan, kolego, mam tu kolejne raporty z ostatniego i przedostatniego tygodnia. Wynika z nich, że fala przestępczości znowu wraca. Nie rozumiem tego, bo przecież powsadzaliśmy większość bandytów do ula. Wygląda na to, że nowe pokolenia przestępców rosną szybciej niż dawniej. Więcej bójek, włamań, w których czasem nic nie ginie, ale przede wszystkim zaginięć. Właśnie, nie wiemy jeszcze czy chodzi o zaginięcia, czy może o porwania? W każdym razie zgłoszenie zaginięcia ośmiorga dzieci w wieku dwóch, trzech lat. Całkowity ślad po nich zaginął, po prostu rano rodzice nie znaleźli ich w łóżeczkach. – Zamilkł na moment, zwieszając głos. – Pana wydział z dniem dzisiejszym włączam do tej sprawy. Proszę wziąć najlepszych ludzi. Mogę na pana liczyć?
– Oczywiście, panie inspektorze!
– Podinspektorze. – Poprawił go. – Ma pan jakieś asy, ludzi, którzy nigdy nie zawiedli?
– Tak, Janowskiego i Dornika. Rozwiązują jak dotąd wszystkie zlecenia. – Przerwał mu dźwięk dzwonka telefonu.

Sadowski podniósł słuchawkę.
– Tak? Łączyć. Sadowski. Kogo? Jaka to ulica? – Wstał z groźną miną. – Chopina 15, dobrze, zaraz tam będę!
Odłożył słuchawkę i na jego twarzy pojawiła się wściekłość.
– Jakie nazwiska wymienił pan przed momentem?
Obaj już stali przed wyjściem.
– Janowski i Dornik. Mam ich wezwać?
– Obawiam się, że jednego z nich już nigdy pan nie wezwie. Proszę za mną.

W starej cegielni na obrzeżach miasta robotnicy zrobili sobie przerwę w pracy. Jeden z nich udał się za potrzebą w stronę niewielkiego zagajnika porośniętego krzakami. Marian Sikora, bo tak się nazywał ów robotnik, znany był powszechnie pod pseudonimem Major. Nazwali go tak w więzieniu, gdzie przebywał większą część swojego życia. Wsławił się niechlubnym postępowaniem wobec młodszych i słabszych współwięźniów, których wykorzystywał w różnoraki sposób. Mimo to oddawali mu cześć równą wodzowi wojsk napoleońskich. Bali się go wszyscy w więzieniu i na wolności. Posiadał władzę nad więźniami nawet po opuszczeniu przez nich zakładów karnych. Rządził przez to całym niemal światem przestępczym. Koledzy załatwili mu pracę w cegielni, ponieważ życzył sobie tego kurator. Major po piętnastu latach więzienia wyszedł na zwolnienie warunkowe.

Wszedł w gęstwinę i rozpinał kombinezon. Nagle zabłysnął mu w oczy promień słońca odbity widocznie od jakiegoś szkła lub gładko wypolerowanej blachy. Wiedziony ciekawością przeciskał się przez zarośla, aż jego oczom ukazał się znajomy kształt. Pod stertą gałęzi ukryty był samochód. Major rozsunął zarośla i namacał klamkę. Miał trochę trudności z drzwiami, ale po drugiej próbie otwarły się. Wgramolił się na siedzenie kierowcy. W stacyjce były kluczyki. Włączył rado, zadźwięczał głośnik. Ruchem ręki sięgnął do schowka, ale niczego ciekawego tam nie znalazł. Kilka lamp oryginalnie zapakowanych i przyrządy do sprawdzania ciśnienia w ogumieniu. Wyciągnął kluczyki i wysiadł na zewnątrz. Odgarnął gałęzie i otworzył bagażnik. Był pusty. Zamknął go i począł się zastanawiać.

Alina była właścicielką wielkiej kwiaciarni na starym rynku. Zatrudniała trzy ekspedientki i dostawcę. Cały interes przejęła po rodzicach. Mieli dosyć życia w mieście. Dorobili się znacznego majątku i zakupili piękną willę z dala od śródmieścia. Planowali osiedlić się tam, lecz najpierw chcieli zwiedzić Europę. Wybrali się na wycieczkę, której trasa wiodła przez Paryż, Madryt, Rzym i Wiedeń. Alinę mieli zabrać ze sobą, ale po wygraniu konkursu ze znajomości angielskiego i historii Stanów Zjednoczonych zdecydowała, że woli skorzystać z głównej nagrody, z wyjazdu na dwa miesiące do USA.

W dwa tygodnie po powrocie dostała wezwanie do konsulatu austriackiego. Rodzice nie dojechali do Wiednia, trzydzieści kilometrów przed miastem zderzyli się czołowo z ciężarówką. Zginęli na miejscu.
Mimo tragedii Alina wróciła na studia i robiła magisterium ze współczesnej prozy brytyjskiej.

Właśnie dochodzili do skrzyżowania, na którym Artur zazwyczaj się z nią rozstawał, gdy zahamował obok wóz patrolowy. Wyskoczył z niego mundurowy i podbiegł do nich.
– Przepraszam – zasalutował – komisarz Dornik?
– Tak – zdziwił się.
– Mam polecenie odwieźć pana natychmiast na komisariat.

Mundurowy był wyraźnie przejęty.

– Jesteś aresztowany? –  Zażartowała Alina.
– Wybacz kochanie, będę u ciebie jutro. – Całował ją na pożegnanie.

Dornik wiedział, że nie należy zadawać zbędnych pytań koledze. Bez dyskusji wsiadł do samochodu, który ruszył z włączonym sygnałem.
– Osiem – cztery, mamy Dornika, jedziemy do bazy, odbiór.
– Zrozumiałem cię osiem – cztery, bez odbioru.
Ciekawość komisarza rosła z każdą chwilą.
– Co się stało, do cholery?! – Chciał przekrzyczeć syrenę.
– Rąbnęli jednego z naszych! Wygląda na to, że pan się zajmie sprawą!
– Kto zginął?
– Nie wiem, ale Imperator chce pana natychmiast widzieć!
– Sadowski?!
– Taaa…

Dalsza rozmowa w tych warunkach nie miała sensu. Ryk syreny i silnika zakłócał nawet myśli Artura. W ułamku sekundy przypomniał sobie pierwszą wizytę u komisarza.

Prowadzili z Janowskim dochodzenie w sprawie zamordowania starszej kobiety. Powszechnie było wiadomo, że zajmowała się handlem złotem przywożonym z Ukrainy. Motyw więc był wyraźny, ale brakowało śladu zabójcy i dowodów. Sojka chciał zamknąć sprawę z braku poszlak, ale Dornik miał podejrzenia i drążył dalej sprawę. W końcu udało mu się udowodnić winę właścicielowi baru, w którym przesiadywała kobieta. Poszukiwała tam klientów. Pewnego dnia zaoferowała sprzedaży właścicielowi. Szumowina, okradł ją i zabił na zapleczu baru, następnie ciało denatki przewiózł i wrzucił do Odry. Zaważył jeden drobiazg, fragment jej chustki znaleziony pod dywanem magazynu i odcisk palca na latarni, którą Dornik obsypał argentoratem, proszkiem do odcisków linii papilarnych. Zrobił to odruchowo w geście rozpaczy.

Zarówno Sojka jak i sam Imperator byli dumni ze swojego pracownika. Po tygodniu od zamknięcia sprawy Dornik siedział w samolocie do Berlina. Biuro Interpolu organizowało kurs dla najlepszych detektywów i zaproszono dwóch policjantów z Polski. Sadowski widocznie miał wpływy na „górze”, bo załatwił to miejsce swojemu człowiekowi.
Nabił tam obie głowę nowinkami technicznymi i po przyjeździe czuł się jak ryba wrzucona nagle z morza do basenu. Wydawało mu się, że nie ma sprawy, której by nie rozwiązał. Innym owocem kursu były zawarte w Berlinie przyjaźnie z policjantami angielskimi i niemieckimi. Artur był absolwentem germanistyki i biegle władał kilkoma językami zachodnimi, a także rosyjskim.

Samochód zatrzymał się i Artur szybko wbiegł po samochodach. Sojka już na niego czekał.
– Chodź, stary czeka na nas od dawna…
Weszli razem do windy, która zawiozła ich na szóste piętro. Ochroniarz sprawdził legitymacje przy wyjściu z windy, na korytarzu panował spokój. Na widok obu policjantów sekretarka poderwała się z krzesła i otworzyła drzwi do gabinetu szefa. Zameldowali swoje przybycie.
– Siadajcie panowie – zaczął Sadowski. –  Proszę zapoznać komisarza Dornika ze sprawą.
– Ostatniej nocy zamordowano twego kolegę, komisarza Janowskiego. Ostatnią osobą, która go widziała żywego, byłeś ty. Jak wynika z raportu ustnego lekarza, morderstwa dokonano po drugiej w nocy, przed trzecią rano. Zdaje się, że zakończyliście służbę po drugiej?

Dornik zbladł i siedział tak, jakby chciał ukryć fakt, że w ogóle istnieje.
– Jak to się stało? – Wyjąkał.
– Żona wezwała policję. Gdy rano się zbudziła, leżący obok niej mąż, nie dawał znaku życia i był nienaturalnie zimny. Wezwała pogotowie. Lekarz odchylił kołdrę i zobaczył ranę. Sprawca strzelił dwukrotnie. Posłużył się bronią palną z tłumikiem i wszedł przez uchylone drzwi balkonu.

Sojka zamilkł.
– Ale, dlaczego? – Artur był załamany i nie mógł dojść do siebie.
Sadowski podszedł do niego, podając mu szklankę z wodą.
– No właśnie, dlaczego? – Podjął wątek. – Janowski był jednym z naszych najlepszych ludzi. Wykonywał swoją robotę bez zastrzeżeń.
– Jakie były motywy działania? – Mamrotał Dornik.
– Słuchaj chłopie, weź się w garść! Gdybym znał motywy, własnoręcznie połapałbym tych drani! W każdym razie musimy wyjść z założenia, że nie było to przypadkowe morderstwo, chociaż kto wie? – Sadowski zamyślił się dłużej, ale nie chciał szukać rozwiązania i hipotez przed wynikami badań laboratoryjnych.
– Rozumiem. Jaką mi pan powierza rolę? – Dornik ocknął się na chwilę.
– Będziesz prowadził śledztwo razem z nadkomisarzem Sojką. Codziennie chcę tu widzieć raport, sprawa musi iść naprzód. Macie sprawdzić każdą nitkę, źdźbło trawy na dywanie, pyłek na klamce, który pozwoli odnaleźć mordercę lub morderców. Tu nie chodzi o zwykły napad lub włamanie…
– Sadowski zacisnął pięść z nerwów i uderzył w stół. – Tym razem przestępcy porwali się na przedstawiciela prawa. Chcieli wojny, to będą ją mieli! – Krzyknął i usiadł z powrotem na fotelu – Kryptonim sprawy „Chopina 15”. Do dzieła panowie! Macie prawo do pięciu godzin snu na dobę.

Dornik wychodził z pokoju komendanta bez czucia. Nie było w nim nawet chęci zemsty. Znał Janowskiego od początku swojej pracy. To on zapoznał go z tajnikami roboty detektywa. Znał także całą rodzinę partnera.

Rozmyślenia przerwał mu Sojka.
– Sadowski zachowuje się rzeczywiście jak imperator. Za tym swoim biurkiem wygląda na dowódcę drugiego frontu i polecenia wydaje w tym tonie. Wojna, też wymyślił, chociaż cholera wie, co się za tym kryje…

Artur nie odezwał się ani słowem. W głębi narastało w nim poczucie odpowiedzialności za los kolegi i tego uczucia nie mógł sobie wytłumaczyć. Nie miał pojęcia, od czego zacząć.

Rozdział 2