Tylko praca…

Powieść akcji, sensacyjna, szpiegowska…

ROZDZIAŁ 1

Na podjeździe garażu stał brązowy mercedes. Z trudem można było rozpoznać kolor maski podczas bezgwiezdnej nocy. Z naprzeciwka nadjeżdżał samochód, oświetlając na moment pobocze drogi. Siedzący w nim policjanci zauważyli migające światła stopu w zaparkowanym pojeździe.
– Jak myślisz, co te szczeniaki tam robią? – Janowski nie zatrzymał samochodu.
– Może numer im nie wychodzi? – Zanotował coś na kartce notesu Dornik.
– Która godzina?
– Na moim druga.
– To zjeżdżamy stąd, pora się położyć.
Nieoznakowany samochód z dwoma inspektorami ruszył szybciej z miejsca i nabierał prędkości. W kilkanaście minut później Dornik wchodził pod natrysk w swoim mieszkaniu. Szykował się do spania. Sygnał telefonu wyprowadził go z równowagi.
– Co jest?! – Burknął do słuchawki
– Nie powiem, żeby to pytanie brzmiało zachęcająco – odpowiedział mu kobiecy głos
– A, to ty Alino, przepraszam, coś się stało? – Mówił jednym tchem.
– Tak, potrzebuję cię natychmiast.
– Nie wygłupiaj się, przecież jest około trzeciej.
– Chyba wiem, co mówię?
– Za dziesięć minut będę u ciebie…
Inspektor Dornik odłożył słuchawkę i zaczął się ubierać. Był bardzo zmęczony po służbie, ale nie mógł odmówić Alinie. Znali się od kilku miesięcy i łączyła ich, jak oboje uważali, wielka miłość. Każdą wolną chwilę spędzali razem. Umówili się, że będą spełniać każdą swoją zachciankę bez względu na porę dnia i nocy. Pewnego dnia zapragnęli wykąpać się w morzu. Alina była świetnym kierowcą, więc te trzysta kilometrów do wybrzeża przejechali zmieniając się za kierownicą w dwie godziny z hakiem. Innym razem Artur zadzwonił do niej z Krakowa i żalił się na swoją samotność, mówił, jak bardzo jest spragniony jej obecności. Kazała mu czekać przed hotelem i tę noc spędzili razem. Im więcej się kochali, tym bardziej tego pragnęli.

Nieopodal zaparkowanego nissana zatrzymał się samochód z wygaszonymi światłami. Wyszło z niego dwóch mężczyzn i podeszli do siatki okalającej domek jednorodzinny.
– Numer piętnaście, jesteś pewien? – Mówił po niemiecku mężczyzna.
– Tak.
– To jazda.
Otworzyli furtkę i obeszli dom z drugiej strony. Drzwi balkonu były uchylone, tego się spodziewali. Bez ceremonii weszli do środka. Przeszukali każdy pokój, pistolety zaopatrzone w tłumiki nie powodowały zbytniego hałasu. Całą akcja trwała może pięć minut.
Jak gdyby nigdy nic wsiedli do swego samochodu i bez włączania świateł odjechali. Mieli do wykonania jeszcze jedno podobne zadanie tej nocy, ale pod wskazanym adresem nikogo nie zastali.

Dzień zapowiadał się upalnie. Alina wstała około jedenastej w południe, wzięła prysznic i wróciła do łóżka. Wtuliła się w ciało swojego mężczyzny i zaczęła pieszczoty. Całowała jego ramiona i klatkę piersiową mocno umięśnioną, aż wreszcie się obudził.
– Czy ja jeszcze śpię, czy to już rzeczywistość? – Przeciągał się.
– Sam się przekonaj.
– Rzeczywistość jak ze snu..
Jej pobudzone ciało pachniało latem i pobudzało wszystkie jego zmysły. Całował wszystkie intymne zakątki jej ciała, co sprawiało jej wielką przyjemność. Zagarnął ją pod siebie i wkrótce stali się jednym organizmem szarpanym rozkoszą.
Wyczerpani miłością skorzystali z natrysku, gdzie całą gra zaczęła się od początku.
Przed pierwszą zabrali się bez entuzjazmu za robienie obiadu.
– Na co masz ochotę? – Alina zawiązywała fartuszek.
– Na ciebie – przyciągnął ją do siebie.
– Przestań żartować, przecież musimy cos zjeść…

Komisarz Sadowski ciężkimi krokami przechodził się po gabinecie. Widać było, że jest czymś zmartwiony. Na jego twarzy gościł gorzki wyraz zakłopotania i rezygnacji.
Podszedł do biurka i wcisnął guzik interkomu.
– Proszę do mnie kapitana Sojkę – rozkazał.
Sadowski był mężczyzną po czterdziestce. Szybko zrobił karierę w stolicy i przysłano go tu, aby wprowadził porządek w komendzie. Od dawna dochodziły informacje do ministerstwa o nieróbstwie i zaniedbywaniu obowiązków w tutejszym komisariacie. Przerażająca była też liczba przestępców, którzy grasowali no wolności. Wytworzyła się jakaś bariera strachu pomiędzy światkiem przestępczym a policją. Mundurowi policjanci bali się nawet wychodzić nocą z wozów patrolowych. Liczba pospolitych napadów rabunkowych i włamań wzrosła przerażająco. Mieszkańcy wielkiego miasta bali się chodzić po ulicach, bali się także pozostawiać otwarte zamki swoich mieszkań.
Nowy komisarz zorganizował ogólne zebranie dla wszystkich funkcjonariuszy. Powiedział, że teraz koniec zabawy w układanie klocków. Bez ogródek i kluczenia zastrzegał sobie prawo dokładnej kontroli wszelkiego rodzaju działań od patrolowania do poważnych akcji zespołowych.

– Oportunistów, malkontentów i notorycznych nierobów powyrzucam na zbitą mordę! Opinia publiczna ma was szczerze dosyć i będę działał w jej imieniu! – Zakończył.

Jego przemówienie wywarło niewielkie wrażenie. Poprzedni komisarz zaczynał w podobny sposób, ale potem nie robił zbyt wiele, aby skuteczność działań wzrosła, Jednak stanowczy ton ostatnich zdań wypowiedzi Sadowskiego uciął roznoszenie głupich żarcików na jego temat. Plotki głosiły, że przysłano go tutaj, bo zasłużył się nowym władzom i był zasłużony politycznie. Wszyscy czekali na jego pierwsze posunięcie kadrowe, lecz rozczarowali się. Nowy komisarz wszystkie donosy i anonimy, personale rozgrywki na papierze wrzucił do kosza i zajął się sprawą naglącą. Postanowił zaprowadzić porządek w mieście. Po objęciu stanowiska Sadowski polecił wzmocnić nadzór na miastem. Za wyjątkiem drogowców wszystkich innych policjantów wypuścił na ulice w cywilnych ubraniach. Sięgnął po pomoc w ludziach i sprzęcie ze szkółki policyjnej. Kazał patrolować najgroźniejsze rewiry dzień i noc. Wprowadził ludzi na bazary, nielegalne targowiska, do niektórych sklepów i budynków użyteczności publicznej.
Na efekty nie trzeba było długo czekać. Posypały się aresztowania i wyroki dla przestępców. Wydawało się, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane i w mieście zapanuje spokój. Sadowskiego nazwano „Imperatorem”, ale sam zainteresowany czuł, że za wcześnie mówić o zwycięstwie.

Drzwi otworzyły się i do gabinetu wszedł Sojka, koszulę miał niedbale zapiętą, w ręce ściskał chusteczkę, którą ocierał pot z twarzy.
– Melduję się, panie komisarzu – kapitan nie znał jeszcze obyczajów nowego szefa, nie wiedział czy ma siadać, czy stać.
– Proszę siadać kapitanie.
Komisarz spoglądał na kilka zapisanych kartek maszynopisu. Po jego prawej ręce leżały na biurku stosy podobnych akt. Podniósł oczy na przybyłego funkcjonariusza, rozważył coś w sobie.
– Dużo macie roboty w Wydziale Zabójstw?
– Nie jest tego tak wiele, jakoś sobie radzimy – Sojka nie był pewny, jakiej odpowiedzi udzielić. Sytuacja w wydziale Sojki nie była alarmująca, ale jego ludzie nie narzekali na nadmiar czasu. Popędzono ich z każdej strony i z góry również. Komisarz dobrze wiedział, jaka jest sytuacja i kapitan nieco był zaskoczony pytaniem.
– Widzi pan, mam tu kolejne raporty z ostatniego i przedostatniego tygodnia. Wynika z nich, że fala przestępczości znowu wraca. Nie rozumiem tego, bo przecież powsadzaliśmy większość bandytów do ula. Wygląda na to, że nowe pokolenia przestępców rosną szybciej niż dawniej. Więcej bójek, włamań, w których czasem nic nie ginie, ale przede wszystkim zaginięć. Nie wiem czy chodzi o zaginięcia, czy porwania. W każdym razie zgłoszenie zaginięcia ośmiorga dzieci w wieku dwóch, trzech lat. Całkowity ślad po nich zaginął, po prostu rano rodzice nie znaleźli ich w łóżeczkach. Pana wydział z dniem dzisiejszym włączam do tej sprawy. Proszę wybrać kilku najlepszych ludzi i zlecić im tę sprawę. Mogę na pana liczyć?
– Oczywiście, panie komisarzu!
– Ma pan jakieś asy, czy jakichś najlepszych?
– Janowski i Dornik, oni się za to wezmą.
Sadowski podniósł słuchawkę telefonu.
– Tak? Łączyć. Sadowski. Kogo? Jaka to ulica? Chopina 15, dobrze, zaraz tam będę!
Odłożył słuchawkę i na jego twarzy pojawiła się wściekłość
– Proszę za mną kapitanie, będzie mi pan potrzebny.

W starej cegielni na obrzeżach miasta robotnicy zrobili sobie przerwę w pracy. Jeden z nich udał się za potrzebą w stronę niewielkiego zagajnika porośniętego krzakami. Marian Sikora, bo tak się nazywał ów robotnik, znany był powszechnie pod pseudonimem Major. Nazwani go tak w więzieniu, gdzie przebywał większą część swojego życia. Wsławił się tam niechlubnym postępowaniem wobec młodszych i słabszych współwięźniów, których wykorzystywał w różnoraki sposób. Mimo to oddawali mu cześć równą wodzowi wojsk napoleońskich. Bali się go wszyscy w więzieniu i na wolności. Posiadał władzę nad więźniami nawet po opuszczeniu przez nich zakładów karnych. Rządził przez to całym niemal światem przestępczym. Koledzy załatwili mu pracę w cegielni, ponieważ życzył sobie tego kurator. Major po piętnastu latach więzienia wyszedł na zwolnienie warunkowe.

Wszedł w gęstwinę i rozpinał kombinezon. Nagle zabłysnął mu w oczy promień słońca odbity widocznie od jakiegoś szkła lub gładko wypolerowanej blachy. Wiedziony ciekawością przeciskał się przez zarośla, aż jego oczom ukazał się znajomy kształt. Pod stertą gałęzi ukryty był samochód. Major rozsunął zarośla i namacał klamkę. Miał trochę trudności z drzwiami, ale po drugiej próbie otwarły się Wgramolił się na przednie siedzenie z kierowcą. W stacyjce były kluczyki. Włączył rado, zadźwięczał głośnik. Ruchem ręki sięgnął do schowka, ale niczego ciekawego tam nie znalazł. Kilka lamp oryginalnie zapakowanych i przyrządy do sprawdzania ciśnienia w ogumieniu. Wyciągnął kluczyki i wysiadł na zewnątrz. Odgarnął gałęzie i otworzył bagażnik. Był pusty. Zamknął go i począł się zastanowić.
Widział przed sobą auto, które na pewno pochodziło z kradzieży, co by tutaj robiło w przeciwnym wypadku. Wyglądało na to, że ktoś miał się nielicho obłowić na handlu tym towarem i pewnie nie był to jedyny egzemplarz. A więc można przyłączyć się do tych ludzi. Tego jeszcze nigdy nie robił. Ciekaw był, co to są za ludzie i postanowił przekonać ich, aby skorzystali z jego pomocy.

Alina była właścicielką wielkiej kwiaciarni na starym rynku. Zatrudniała trzy ekspedientki i dostawcę. Cały interes przejęła po rodzicach. Mieli dosyć życia w mieście. Dorobili się znacznego majątku i zakupili piękną willę z dala od śródmieścia. Planowali osiedlić się tam, lecz najpierw chcieli zwiedzić Europę. Wybrali się na wycieczkę, której trasa wiodła przez Paryż, Madryt, Rzym i Wiedeń. Alinę mieli zabrać ze sobą, ale po wygraniu konkursu ze znajomości angielskiego i historii Stanów Zjednoczonych zdecydowała, że woli skorzystać z głównej nagrody, z wyjazdu na dwa miesiące do USA. W dwa tygodnie po powrocie dostała wezwanie do konsulatu austriackiego. Rodzice nie dojechali do Wiednia, trzydzieści kilometrów przed miastem zderzyli się czołowo z ciężarówką. Zginęli na miejscu.
Mimo tragedii Alina wróciła na studia i robiła magisterium ze współczesnej prozy brytyjskiej.
Właśnie dochodzili do skrzyżowania, na którym Artur zazwyczaj się z nią rozstawał, gdy zahamował obok wóz patrolowy. Wyskoczył z niego mundurowy i podbiegł do nich.
– Przepraszam – zasalutował – inspektor Dornik?
– Tak – zdziwił się, służbę zaczynała pół godziny
– Mam polecenie odwieźć pana natychmiast na komisariat, panie inspektorze
– Jesteś aresztowany? –  Zażartowała dziewczyna.
– Wybacz kochanie, będę u ciebie jutro.
Dornik wiedział, że nie należy zadawać zbędnych pytań koledze z drogówki przy obcych ludziach na chodniku. Bez dyskusji wsiadł do samochodu, który ruszył z włączonym sygnałem.
– Osiem – cztery, mamy Dornika, jedziemy do bazy, odbiór.
– Zrozumiałem cię osiem – cztery, bez odbioru.
Ciekawość inspektora rosła z każdą chwilą.
– Co się stało, do cholery?! – Chciał przekrzyczeć syrenę.
– Rąbnęli jednego z naszych! Wygląda na to, że pan się zajmie sprawą!
– Kto zginął?
– Nie wiem, ale Imperator chce pana natychmiast widzieć!
– Sadowski?!
– Taaa…
Dalsza rozmowa w tych warunkach nie miała sensu. Ryk syreny i silnika zakłócał nawet myśli Artura. W ułamku sekundy przypomniał sobie pierwszą wizytę u komisarza.
Prowadzili z Janowskim dochodzenie w sprawie zamordowania starszej kobiety. Powszechnie było wiadomo, że zajmowała się handlem złotem przywożonym z Ukrainy. Brakowało jednak konkretnych śladów. Sojka chciała zamknąć sprawę z braku poszlak, ale Dornik drążył ją dalej. W końcu udało mu się udowodnić winę właścicielowi baru, w którym przesiadywała kobieta. Poszukiwała tam klientów. Pewnego dnia przyszła do niego i zaoferowała się z pomocą sprzedaży. Krytycznego wieczoru oświadczył, że sam jest zainteresowany kupnem złota i zamknął wcześniej bar. Dokonywali transakcji na zapleczu i tam ją zamordował, a ciało przewiózł i wrzucił do Odry.
Zarówno Sojka jak i sam komisarz byli dumni ze swojego pracownika. Po tygodniu od zamknięcia sprawy Dornik siedział w samolocie do Berlina. Biuro Interpolu organizowało kurs dla najlepszych detektywów i zaproszono dwóch policjantów z Polski. Sadowski widocznie miał wpływy na „górze”, bo załatwił to miejsce swojemu inspektorowi.
Nabił tam obie głowę nowinkami technicznymi i po przyjeździe czuł się jak ryba wrzucona z basenu do morza. Najbardziej wartościowym osiągnięciem i owocem kursu były zawarte tam przyjaźnie z policjantami angielskimi i niemieckimi. Artur dobrze się z nimi rozumiał, był absolwentem germanistyki.

Samochód zatrzymał się i Artur szybko wbiegł po samochodach. Kapitan Sojka już na niego czekał.
– Chodź, stary czeka na nas od dawna…
Weszli razem do windy, która zawiozła ich na szóste piętro. Ochroniarz sprawdził legitymacje przy wyjściu z windy, na korytarzu panował spokój. Na widok obu policjantów sekretarka poderwała się z krzesła i otworzyła drzwi do gabinetu komisarza. Zameldowali swoje przybycie.
– Siadajcie panowie – zaczął Sadowski. – Kapitanie, proszę zapoznać inspektora ze sprawą.
– Po pierwsze nie chciałbym, aby kiedykolwiek powtórzyła się dzisiejsza sytuacja, że jestem zmuszony szukać cię po całym mieście.
– Do rzeczy! – Przerwał mu komisarz ze zniecierpliwieniem.
– Tak jest! Ostatniej nocy zamordowano twego kolegę, inspektora Janowskiego. Ostatnią osobą, która go widziała żywego, byłeś ty. Jak wynika z raportu ustnego lekarza, morderstwa dokonano po drugiej w nocy, przed trzecią rano? Zdaje się, że zakończyliście służbę po drugiej.
– Jak to się stało? – Pobladły Dornik nie mógł złapać tchu.
– Dzieciak sąsiadów poszedł tam po szkole, bo zdziwił się, że młody Janowski wagarował. Jego matka zawiadomiła nas zaraz po tym, jak usłyszała przeraźliwy krzyk syna. Pojechaliśmy tam obaj. W każdym z pokoi znaleźliśmy ciała. Sprawca lub sprawcy dokonali masowego mordu, zginęła jego żona, dwoje dzieci i teściowa. Wszystko stało się podczas snu, morderca posłużył się bronią palną i wszedł przez uchylone drzwi balkonu.
– Ale dlaczego? – Artur nie mógł skupić myśli
– No właśnie, dlaczego? – Podjął wątek komisarz. – Janowski był jednym z naszych najlepszych ludzi. Wykonywał swoją robotę bez zastrzeżeń…
– Jakie były motywy działania?
– Słuchaj chłopie, weź się w garść! Gdybym znał motywy, własnoręcznie połapałbym tych drani! W każdym razie musimy wyjść z założenia, że nie było to przypadkowe morderstwo, chociaż kto wie.
Sadowski zamyślił się dłużej, ale nie chciał szukać rozwiązania i hipotez przed wynikami badań laboratoryjnych.
– Rozumiem. Jaką mi pan powierza rolę? – Dornik ocknął się na chwilę.
– Będziesz prowadził śledztwo razem z kapitanem Sojką. Codziennie chcę tu widzieć raporty, sprawa musi iść naprzód. Macie sprawdzić każdą nitkę, która pozwoli odnaleźć sprawców. I pamiętajcie, tu nie chodzi o zwykły napad lub włamanie…
– Sadowski zacisnął pięść z nerwów i uderzył w stół. –
– Tym razem przestępcy porwali się na przedstawiciela prawa, chcieli wojny, to będą ją mieli! – Krzyknął i usiadł z powrotem na fotelu – Kryptonim sprawy „Chopina 15”. Do dzieła panowie! Macie prawo do pięciu godzin snu na dobę.

Dornik wychodził z pokoju komisarza bez czucia. Nie było w nim nawet chęci zemsty. Znał Janowskiego od początku swojej pracy, to on zapoznał go z tajnikami pracy detektywa. Znał także całą rodzinę partnera, lubił bawić się z jego dziećmi.
I teraz odeszli, we śnie, jeszcze nie wiedzieli nic o życiu. Rozmyślenia przerwał mu Sojka.
– Sadowski zachowuje się rzeczywiście jak imperator. Za tym swoim biurkiem wygląda na dowódcę drugiego frontu i polecenia wydaje w tym tonie. Wojna, też wymyślił, chociaż cholera wie, co się za tym kryje…
Artur nie odezwał się ani słowem. W głębi narastało w nim poczucie odpowiedzialności za los kolegi i tego uczucia nie mógł sobie wytłumaczyć, nie wiedział, skąd się u niego wzięło

Rozdział 2