Tylko praca…

powieść dla młodzieży

Opatuleni w koce i w okularach przeciwsłonecznych siedzieli na tarasie wielkiego hotelu. Było tam wielu narciarzy, którzy odpoczywali wystawiając twarze do słońca. Na alpejskich wysokościach opala ono zimą i latem na brąz.
Luiza dumnie pokazywała gips wszystkim zainteresowanym i każdy, kto koło niej przechodził, pytał, która to trasa narciarska taka groźna? Nie mogła pozbawiać ich przyjemności okazywania jej współczucia i nie przyznawała się, iż jest to gips z wypadku samochodowego. Przygotowana topograficznie do odpowiedzi wyjaśniała po niemiecku, gdzie i jak doszło do wypadku, w którym złamała nogę. W ostatniej chwili uratował ją jej ukochany narzeczony. Tutaj wskazywała Filipa.
Podczas różnych towarzyskich spotkań z dumą wyjaśniała, że przyjechali tam na tydzień, ponieważ jej genialny narzeczony wygrał konkurs na jednej z najlepszych uczelni europejskich. Ma też zamiar zostać najlepszym na świecie maklerem giełdowym i zarabiać krocie. Już zarabia.
Filip nie reagował na jej opowieści i nie chciał psuć świetnej zabawy. Niemiecki Luizy był bez zarzutu, zazdrościł jej talentów językowych. Jednak i bez tego Luiza wzbudzała powszechne zainteresowanie swoją urodą. Natomiast na każdym kroku pokazywała, że jest zazdrosna o Filipa i nie pozwalała mu rozwijać angielskich konwersacji z ładnymi dziewczynami.

Byli bardzo szczęśliwi i na pokaz udawali bogatych narciarzy. Stawali się sobą dopiero na osobności.
– To niesamowite, że wygrałeś tę nagrodę i pieniądze od sponsorów.
– Tak – leżeli na fotelach przed kominkiem w pokoju Luizy – nie do wiary, przecież jest tylu lepszych.
– Ty znowu swoje?! – Była zła, kiedy nie doceniał własnych możliwości i pomniejszał swoje sukcesy.
Podczas rozdania nagród komisja poinformowała, że ostatnie zlecenie Filipa awansowało go do pierwszej dziesiątki. Ponieważ był na najwyższym miejscu spośród licznej grupy niestudentów, otrzymał nagrody sponsorskie. Między innymi były to tygodniowe ferie w Alpach dla dwóch osób, laptop, telefon komórkowy i nagroda pieniężna. Od uczelni natomiast dostał roczne stypendium i indeks na wybrany kierunek w Warszawie lub filii uczelni we Wrocławiu. Oczywiście, musiał najpierw zdać maturę.
Gratulowali mu wszyscy w domu, a rodzice Luizy zapowiedzieli, iż wybiorą się razem z nim i Luizą w Alpy. Tak też zrobili. Na cześć Filipa wydali też rodzinne przyjęcie i zaprosili Dziubińską z dziećmi.

Końcówka stycznia, była dla Filipa bardzo ekscytująca. Razem z Luizą, która mianowała się agentem Filipa, musieli rozważyć kilka sportowych propozycji. Niektóre nadeszły dość nieoczekiwanie.
Nowy menedżer klubu siatkarzy z Wrocławia, były trener drużyny z Częstochowy poznany na turnieju w Nysie, zaangażował Sokoła na stanowisko trenera drugoligowego zespołu. Sokół po podpisaniu kontraktu dzwonił do Filipa z propozycją gry już od marca.
Przyszedł list ze związku pięściarskiego, w którym zapraszano Filipa do uczestnictwa w obozie szkoleniowym kadry. Mieli przygotowywać się do mistrzostw Europy rozgrywanych w Polsce. Luiza bardzo cieszyła się z tego wyróżnienia.
– Będę miała męża reprezentanta – mówiła dumnie.
– Chciałabyś?
– Pewnie. Jeszcze lepiej byłoby mieć męża olimpijczyka albo mistrza Europy.
– Próbujesz grać na moich ambicjach? – Uśmiechał się do niej.
– Nie. Chciałabym tylko, aby mój kochany wierzył w siebie, jak ja w niego wierzę.

Przed wyjazdem na ferie Filip spotkał się z promotorem prywatnej grupy zawodowej bokserów. Właściciel był zainteresowani natychmiastowym przejściem Filipa do ich klubu.
– Możesz liczyć na dużo większe pieniądze za treningi i występy niż w pseudo amatorskiej lidze – zachęcał go promotor.
– Chciałbym spróbować walczyć dla kadry – nieśmiało wtrącił Filip.
Właściciel grupy oburzył się.
– Przecież państwo nie dało grosza ani w żaden sposób nie zachęcało cię do trenowania, człowieku!? – Rozpoczął oburzony. – Co z tego będziesz miał? Będziesz jeździł na zawody, odwalał robotę, a chmara spasionych działaczy będzie się wozić twoim kosztem i jeszcze decydować o twojej karierze?! Człowieku, mamy dwudziesty pierwszy wiek, niewolnictwo się dawno skończyło, a powstania narodowe wszystkie upadły! Skończ z tym romantyzmem!

Filip podczas wolnego bardzo spaceru streścił narzeczonej swoje możliwości naukowe i sportowe. Był w refleksyjnym nastroju.
– Wiesz, jeszcze pół roku temu nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić? Chodziłem do szkoły, trenowałem siatkówkę, martwiłem się o studniówkę. Nawet nie wiem, czy klasa dobrze się bawiła, nikogo o to nie pytałem. Teraz ukończenie szkoły jest dla mnie oczywistością, ponieważ mam już swoje życiowe plany.
– Jest tam miejsce i dla mnie? – Pytała Luiza. – Teraz cały świat stoi przed tobą otworem, możesz mieć wiele…
Położył na jej ustach dwa palce, uniemożliwiając jej mówienie.
– Jak możesz tak mówić? To ty jesteś moim życiowym celem, moją przyszłą rodziną i całym światem.
– I nie będziesz mnie nigdy oskarżał, że to ja okręciłam cię wokół palca i straciłeś dla mnie rozum, a mogłeś żyć i szaleć do trzydziestki?
– Poczekaj, jak będę miał trzydzieści lat, to nasze dziecko pójdzie do pierwszej komunii? – Spojrzał na nią z radością. – To mi odpowiada w zupełności.
Pocałowała go mocno.
– Kiedyś myślałem o przyszłości ze strachem. Bałem się o niej myśleć, bo to była jedna wielka niewiadoma. Teraz mam kilka dróg kariery sportowej do wyboru i indeks na uczelnię, przedtem nie miałem nic.
Patrzyła na niego z podziwem.
– Sam do tego doszedłeś, dzięki swoim siłom, wszystko zawdzięczasz sobie. Nic nie wzięło się samo z siebie, ale wszystko przyszło z latami treningów.
– Teraz to widzę jaśniej. Widzę też i taką rzecz, że to dzięki tobie odnalazłem to, czego szukałem, a strach myślenia o przyszłości przepadł w twoim optymizmie i dzięki twojej wierze we mnie.
– Potrzebujemy, aby w nas wierzono, szczególnie ci, których kochamy – przytuliła się do Filipa.
Mieli dużo czasu na przemyślenia. Na razie opalali się w Alpach. Nie potrafili jeździć na nartach, ale i tak Luiza nosiła jeszcze gips, a on nie odstępował jej na krok. Nie mieli więc czego żałować.
Uwielbiali godzinami siedzieć na tarasie i oglądać góry. Przytuleni patrzyli na wielkie ośnieżone szczyty górskie.
– Zobacz, góry są wielkie, majestatyczne, ludzie to takie mróweczki przy nich. Stoją tak od wieków, poznały całą historię ludzką i nic ich nie jest w stanie ruszyć – Filip był pełen podziwu.
Luiza milczała chwilę.
– Wulkan jest w stanie, zapomniałeś, wulkan?
Spojrzał jej w oczy.

Koniec.

ROZDZIAŁ 43

Wyłączył telefon, wykąpał się, przebrał w piżamę i położył się spać. Nie, tym razem postanowił nie myśleć, nie roztrząsać żadnych kwestii wielkiej wagi. Postanowił spać i w końcu wyspać się.
Jak wstanie, to pobiega.
Już dawno nie biegał, tydzień czasu, musi biegać, chce biegać, ale najpierw spać, spać, spać.

Spanie i odpoczynek zajęły mu niemal pięć dni. W tym czasie wstawał tylko po to, aby się napić. Może dwa razy zjadł na zimno obiad stojący na kuchni i gotowy do podgrzania. Wszelkie prośby o rozmowę wstrzymywał machając do domowników ramionami.
– Jak wrócę, teraz mnie nie ma, śpię, poczekajcie… – Uciekał do łóżka i momentalnie zasypiał.
Dziubińska odbierała wiele telefonów do Filipa, ale za każdym razem usprawiedliwiała jego nieobecność, kłamała, iż syn wróci za kilka dni. Na stoliku kładła pocztę do niego.
Od Marcela dowiedziała się, że jest wywiadówka kończąca pierwsze półrocze i pojechała na nią. Wychowawczyni narzekała na frekwencję Filipa, ale matka tłumaczyła to sportem i chorobą. Miał aktualnie połamane żebra i musiał leżeć w łóżku.
Oceny na półrocze miał bardzo dobre i celujące. Była z niego dumna, podciągnął się, a myślała, że chłopak w ogóle nie miał czasu na naukę.

Pewnego popołudnia ktoś zapukał do drzwi. Kiedy je otworzyła, zobaczyła w progu Luizę.
– Bez gipsu? – Zmierzyła ją od stóp do głów. Niestety, dziewczyna miała gips.
Przywitały się jak kochająca matka z córką. Poszły razem do dużego pokoju i usiadły wygodnie w fotelach.
– Wciąż śpi? – Spytała po chwili Luiza.
– Tak. Zawziął się i śpi.
Opowiedziała dziewczynie o ponownie pogruchotanych żebrach Filipa i o pojedynku, jaki stoczył z Szymonem. Tego wszystkiego dowiedziała się od Klara, który zagląda do nich dość często, też kontuzjowany z popękanymi żebrami i usztywnionym połamanym nosem.

Siedziały przy stole z Kamilem i Anią, piły herbatę i jadły kolację, kiedy wszedł tam Filip. Jak lunatyk dotarł do kuchenki i zaczął wyjadać. Najpierw zimne mięso z sosem przelał do ziemniaków, potem złapał za miskę z sałatką z kapusty i wziął łyżkę. Sporadycznie tylko otwierał oczy.
Nabierał ziemniaków i wkładał je do ust, gdy Luiza podeszła i podpaliła gaz pod rondlem. Następnie wzięła go za rękę i zaprowadziła do łazienki. Stał tam nie otwierając oczu, a ona namoczyła swoją lewą dłoń w ciepłej wodzie i przemyła mu twarz.
Był mokry i czekała, aż otworzy oczy, aby go powycierać. Nie otwierał. Wytarła go i odłożyła ręcznik.
Pochyliła jego głowę i pocałowała w prawe oko.
– Otwieram pocałunkiem to oko. Oko, otwórz się! – Czarowała. – Otwieram pocałunkiem drugie oko. Oko, otwórz się!
Filip wykonywał posłusznie polecenia.
– A teraz, gdy powiem trzy, obudzisz się z hipnozy. Raz, dwa i trzy!
– Luiza?! – Uśmiechał się. – Co ja u ciebie robię w piżamie?
Roześmiała się i pocałowała go w czoło.
– No, cieszę się, że jesteś z nami. Nareszcie.

Przeglądał listy, które otrzymał w ciągu „śpiącego tygodnia”, wykonywał telefony do wskazanych przez matkę osób. Potem poszedł do swojego pokoju i znów zasnął, spał smacznie do rana.
Nie mógł doczekać się ranka i joggingu, więc biegał we śnie. Był nad jakimś wybrzeżem, świeciło mocno słońce, a on brązowy i uśmiechnięty biegł z Luizą. Za nimi Kamil, Ania i Sandra. Wszyscy byli tacy szczęśliwi.

ROZDZIAŁ 42 ROZDZIAŁ 44

Filip siedział przed papierami i z komputera Kamila wysyłał ostatnie zlecenia giełdowe. Szczególnie potraktował jeden z funduszy, wysprzedając wszystkie jego akcje. Udziałowcem funduszu była spółka ośmiornica, której kapitał został podzielony na firmy córki. Podział firm na córki, potencjalnie rywalizujące ze sobą, a faktycznie świetnie uzupełniające się, to zjawisko powszechne.
Z publikacji prasowych i analiz internetowych Filip znał inwestorów zagranicznych, którzy zakładali firmy w Polsce. Powiedzmy spółka meblowa „X” produkująca meble, przeniesiona z Danii do Polski zyskiwała na niższych podatkach i tańszej sile roboczej. Ta sama spółka korzystała z firm leasingowych i spedycji niemieckich, a także otrzymywała tanie kredyty z banku belgijskiego. W rzeczywistości zarówno firma leasingowa jak i spedycyjna oraz bank należały do giganta meblowego ze Szwecji – właściciela także spółki meblowej „X”. Pogmatwane powiązania i ukryte na zewnątrz, prawdopodobnie zgodne były z prawem.
Spółka, której akcje wysprzedał, posiadała kilka funduszy powierniczych. Na pierwszy rzut oka nie było to takie wyraźne. W Europie i Ameryce po kilka. Jej trzon stanowiła spółka transportu morskiego, posiadająca ogromne udziały w żegludze śródlądowej. Nie podobała mu się. Jej władze wykazywały niemal zerowy bilans za ostatni kwartał, albo pomyłka, albo celowe działanie. Wyglądało na to, że wkrótce upadnie i może pociągnąć za sobą fundusze powiernicze.
Może się mylił, ale trudno, najwyżej straci. Na tym zakończył swój udział w konkursie, a wyniki miały zostać ogłoszone w połowie stycznia.

Do pokoju wszedł Kamil. Chciał zagrać z Filipem w grę telewizyjną na nowej konsoli.
Na grach z Anią i Kamilem spędzili całe popołudnie. W dobrych nastrojach umawiali się na kolejny dzień na lepienie bałwana. Ania uwielbiała śnieg. Usłyszeli dzwonek u drzwi.
Matka otworzyła drzwi i do mieszkania wszedł komendant. Przyszedł do Filipa.
– Mam dla ciebie dobrą wiadomość – zakomunikował w pokoju, siadając w fotelu.
Dziubińska przysiadła na kanapie, też była ciekawa. Czekali w napięciu. Filip domyślał się, że chodzi o wypadek Luizy i prowadzone wyjaśnienia.
– Niewinna, prawda, to oczywiste? – Spytał.
– Niewinna? – Policjant dał się zbić z tropu. – A, tak, niewinna, ale ja w innej sprawie, chodzi o boks.
amarli z wrażenia.
– Dzwonił do mnie trener klubu, pierwsza liga amatorów, chce cię mieć w składzie.
– Brawo! – Krzyknął Kamil.
– Zaraz, to jeszcze nie koniec. Dzwonili do mnie promotorzy z dwóch zawodowych klubów, pytali czy zechcesz z nimi usiąść do stołu i przedyskutować warunki kontraktu?
– Tak? – Filip zainteresował się poważnie.
– Ale najlepsze zostawiłem na koniec. Trener kadry do lat dwudziestu jeden prosił, abym podał mu twój adres, na początku stycznia prześle ci powołanie.

– Jezu, Filip, to niemożliwe – Dziubińska gratulowała synowi.
Siedzieli i patrzyli z podziwem na Filipa. Ania podeszła do niego i przytuliła się, Kamil klepał go po plecach.
– A nie mówiłem, będziemy mieli mistrza w domu?!
– To ja mówiłam, nie kłam! – Przekomarzała się z nim Ania.
Szczęśliwy dzień dla całej rodziny zakończyli herbatą i sporym kawałkiem ciasta.
Klar został poproszony o zdjęcie kurtki i towarzyszenie im, skoro jest już po służbie i nigdzie się śpieszy.
Dzieci już mocno spały, gdy wychodził i całował w rękę ich matkę.
Filip nie mógł zasnąć. Wysłał sms do narzeczonej z życzeniami spokojnej nocy i rozmyślał.
Reprezentacja to marzenie, które może się zrealizować, ojciec byłby z pewnością dumny z niego. To on był jego pierwszym i chyba najważniejszym trenerem. Dzięki niemu palił się do walki i nie bał się patrzeć w oczy rywalom.
Zastanawiał się, jak potoczyłoby się jego życie bez siatkówki. Gdyby nie treningi i sport, być może zachowywałby się tak, jak jego ojciec w młodości, dopóki nie wyszumiałby się i nie nabroił. Z kolei to trener siatkówki go zauważył podczas jednego z meczy i wziął do drużyny. Gdyby nie to, na przykład gdyby zlekceważył jego grę, nie trenowałby.
Tak, przyznawał w duszy. Sukces to wynik wielu starań, wielu osób. Gdyby zdobył mistrzostwo w boksie, musiałby podziękować wielu ludziom.
Zrobiło mu się żal, że jego kariera siatkarska utknęła w martwym punkcie.
Niektóre kluby krajowe ściągają trenerów i zawodników z zagranicy, a tutaj młodzież nie ma co robić i zbija bąki, nie ma także pracy, w końcu stacza się na margines nie mogąc wyładować swojej pozytywnej energii, realizować marzeń.
Jemu się uda. Tak, potrzebował sukcesu, ciężko pracował latami i teraz nareszcie będzie sukces.
Postanowił, że nie powie jeszcze o tym Luizie. Musiał się zastanowić, czy chce wyjeżdżać na kilkutygodniowe zgrupowania i rozstawać się z nią. Tak, są telefony, Internet, mogą się komunikować, ale to tylko środki techniczne. On musi z nią być, patrzeć na nią, czuć jej bliskość.

Sylwestra spędzali razem. Rodzice wyjechali w norweskie góry do przyjaciół na kilka dni, a Luiza z Sandrą miały dobrze się sprawować. Wyjazd rodziców mógł zostać odłożony lub mogli z niego zrezygnować, lecz nalegała na to Luiza.
Zaprosiła do siebie dwie koleżanki z chłopakami i oczywiście swojego chłopaka.
Mieli do dyspozycji cały dom, kino domowe, domową dyskotekę i lodówkę pełną smakołyków. O północy wystrzelił korek z butelki szampana i składali sobie życzenia. Potem dzwonili do matki Filipa, aby złożyć jej życzenia, wysyłali sms – y znajomym, odpowiadali na telefony.

ROZDZIAŁ 39 ROZDZIAŁ 41

Sala szpitala chirurgicznego w Kluczborku była czysta. Stało w niej pięć metalowych łóżek na kółkach, z czego cztery były puste. Jedno pod oknem zajmowała Luiza. Jej łóżko było zaopatrzone w wyciąg.
Po przywiezieniu do szpitala dziewczyna odzyskała przytomność. Wkrótce zjawili się jej rodzice wezwani przez Filipa. Lekarz pogotowia stwierdził na miejscu złamanie nogi w kostce i prawej ręki w nadgarstku, ponadto Luiza miała rozcięty od uderzenia łuk brwiowy, ale generalnie jej życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Filip pojechał z nią do szpitala. Na pytanie o relacje między nim a ofiarą, odpowiedział, że jest narzeczonym, komendant potwierdził ten fakt.
Podczas gdy chirurg zaszywał Luizie łuk brwiowy, wywoływano zdjęcia rentgenowskie i przygotowywano gips, Filip dzwonił do rodziców Luizy. Uspokajał ich, ale to nie było łatwe. Przyjechali do niej szybko.
Razem z Luizą do szpitala trafili pasażerowie drugiego pojazdu z niewielkimi obrażeniami ciała i po obserwacji mieli wracać do domu. Drogówka ustalała fakty zdarzenia. Najprawdopodobniej Luiza była ofiarą nadmiernej prędkości i brawury kierowcy, który wpadł w poślizg na prostej ale oblodzonej drodze, zjechał na lewy pas i uderzył w lewy bok auta Luizy wyrzucając je na pobocze.

Filip siedział przy swojej dziewczynie na krześle i głowa opadała mu ze zmęczenia. Luiza spała. Była piękna w blasku promieni słonecznych wpadających z mroźnego dworu przez ogromne oszklone drzwi balkonowe.
Miała świeży gips na ręce i nodze. Nad lewym okiem widać kilka szwów, ale reszta twarzy była nietknięta wypadkiem. Całą noc wigilijną współpracowała z lekarzami nie śpiąc i gdy wreszcie przewieziono ją na salę, zasnęła jak kamień patrząc w oczy Filipa i dziękując mu za wszystko.
– Przecież jesteś moją kobietą – szeptał do niej.
– Kocham cię – zasypiała.
Filip wyciągnął z kieszeni telefon i zadzwonił najpierw do swojej matki, potem do rodziców Luizy. Miał dobre wiadomości i uspokajał je.
– A ty będziesz tam siedział Filip? – Pytała matka Luizy.
– Tak, muszę tu być cały czas, to moja… – Zastanowił się. – Przepraszam, pani pewnie nie wie, ale wczoraj poprosiłem Luizę o rękę i…
– Wiem, mówiła nam w szpitalu, gratulujemy wam.
Na korytarzu zaczynało się szpitalne życie, a Filip szedł w ślady Luizy i zasypiał.

– Halo, obiad – dwie siostry przyniosły talerze ze świątecznym posiłkiem.
– Cii…. – Ocknął się i uciszał kobietę.
– Nie można tak spać cały dzień, a co się będzie robiło w nocy?
Bezosobowy styl wypowiedzi podrażnił go.
– Też będzie się spało, bo się nie spało dwie noce – rzucił, gdy siostra wychodziła z sali.
Luiza przebudziła się i rozglądnęła.
– Więc to nie sen? – Patrzyła na swoją nogę i ramię.
Usiadła na łóżku.
– Cześć, mój mężu – uśmiechnęła się do niego.
Zaczęła sprawdzać, czy ma na sobie pierścionek od Filipa, a także kolczyki. Upewniona, że ma na sobie swoją biżuterię, uspokoiła się. Zerknęła na szafkę przy łóżku, leżała tam jej torebka. Wyciągnęła z niej grzebień i gumkę do włosów.
Spróbowała usiąść na brzegu łóżka.
– Kochanie, pomożesz mi dojść do łazienki?
– Jasne.
Stanęła na podłodze. Filip wziął ją pod ramię i wolno prowadził do łazienki.
Weszła do środka i długo nie wychodziła, aż się zmartwił. Zaglądnął więc do środka. Stała przed lustrem i spinała włosy. Wolno wracali z powrotem.
– Jak myślisz, długo będę musiał tutaj leżeć?
– Nie wydaje mi się, w końcu z gipsem możesz siedzieć również w domu.
Doszli do sali, w której czekali na nich rodzice dziewczyny. Serdecznie witali się z nią. Jej matka po chwili rozpakowywała jedzenie.
– To dla ciebie Filip, Luiza przecież dostała tu obiad, a ty od wczoraj nic nie jadłeś – podsuwała mu talerz ze świeżym obiadem.
– Bardzo dziękuję – nie dawał się prosić.
Razem usiedli i zaczęli jeść.
– Całe szczęście, że miałaś telefon komórkowy i że masz Filipa, oczywiście – dodał, kiedy na niego spojrzała znad talerza.
Skończyli jeść obiad i ojciec podszedł do nich, usiadł na łóżku przy córce.
– Kochani, chciałem was zapytać, czy aby wszystko przemyśleliście z waszym ślubem?
– Tak tato, ślub odbędzie się za półtorej roku.
Roześmiał się i spojrzał na żonę.
– A, to świetnie, bo my z mamą myśleliśmy, że chcecie to zrobić już, natychmiast.
Teraz i młodzi się roześmiali.
– Wiesz, tato, wpadnij tu wieczorem z księdzem – śmiała się Luiza.
Matka podała im placek, wyciągnęła jednorazowe kubeczki i termos, poczęstowała wszystkich kawą i siedzieli szczęśliwi, że wypadek skończył się tylko złamaniami i kilkoma szwami.
Ojciec Luizy chciał oczywiście znać przebieg całego wydarzenia. Córka zaczęła opowiadać, że jechała najwyżej trzydziestką, na drodze były koleiny śnieżne, zakręt śmierci i padała gęsty śnieg. Właściwie to myślała wówczas, czy nie lepiej byłoby wysiąść i przejść pieszo ten trudny odcinek, a samochód jakoś sam mógłby jechać.
Z naprzeciwka nadjechał samochód, po światłach poznała, że zbliża się dość szybko. Wydało się jej nawet, że to ona jedzie za szybko. Odruchowo puściła pedał gazu i zerknęła na prędkościomierz. Wskazówka spadła poniżej trzydziestu kilometrów na godzinę. Wtedy poczuła uderzenie, usłyszała łomot blach.
Ocknęła się i szybko zorientowała, że leży w samochodzie jakoś nienaturalnie. Głowę miała wciśniętą, niemal wbitą w dach. Chciała prawą ręką odszukać telefon, ale nie czuła palców. Lewa ręka dłużej szukała komórki, aż wreszcie odnalazła ją i jakoś samoczynnie wcisnęła guzik. Położyła sobie telefon na uchu, tak jej się wydawało właśnie, że ręka położyła telefon i opadła, a w słuchawce nagle usłyszała Filipa.
Mówił do niej, że ją kocha, żeby nie umierała, bo on do niej pędzi. Uśmiechała się w myślach do siebie i tłumaczyła sobie, że przecież nie może umrzeć w najpiękniejszym dniu swojego życia. W końcu jej chłopak poprosił ją o rękę, nareszcie wszystko zaczęło się układać, była taka szczęśliwa. Co rusz słyszała jego głos, który prosił, aby czekała.
Koncentracja na szukaniu telefonu i dzwonienie wytworzyło w niej tak dużą ilość nerwów, strachu i ciepła, że wkrótce po rozmowie zaczęła bardzo marznąć. Modliła się w duchu, aby Filip przyjechał po nią jak najszybciej, bo dłużej nie wytrzyma. W końcu otworzyły się drzwi, komórka spadła jej z ucha, Filip ją wziął na ręce i od razu poczuła się bezpiecznie.
– Tak, kiedy mnie wziąłeś na ręce, mogłam bezpiecznie zemdleć.
Śmiali się.
Matka Luizy po chwili wyszła na konsultacje z ordynatorem.

Był pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Filip wyszedł rano ze szpitala, aby uczestniczyć we mszy świętej, a kiedy wrócił, Luiza już wstała i mama pomagała jej ubrać się. Lekarze zgodzili się, że może leżeć w domu, a za kilka dni zgłosi się na konsultacje. Nie było ważnego powodu, aby zatrzymywać ją w szpitalu, zresztą niemal pustym z powodu świąt.
W domu Luizy czekała na nich babcia z dziadkiem i Sandra. Ojciec Luizy przedstawił im Filipa jako narzeczonego Luizy, który uratował jej życie. Zaproponował, aby chłopak został na cały dzień, a jeśli zechce przenocować, będzie spał w pokoju Sandry, ponieważ pokój gościnny zajęli dziadkowie. Filip podziękował bardzo, nie chciał sprawiać kłopotu. Miał zamiar wrócić do Luizy, nie wiedział jednak, czym dojedzie. Pierwszy dzień świąt to komunikacyjny zastój.
Luiza nie wyobrażała sobie, aby chłopak wracał do domu. Prosiła, aby został chociaż do obiadu, a potem ojciec go odwiezie.
Dzwoniła matka Filipa. Pytała o zdrowie Luizy i o Filipa, życzyła wszystkim miłych świąt.
Rozdzwoniła się komórka Luizy, co chwilę słyszeli sygnały o nadejściu sms – ów. Filip czytał jej pozdrowienia od koleżanek z klasy i kolegów, którzy właśnie dowiedzieli się o jej wypadku.
Rodzice Luizy nie puścili Filipa do domu. Twierdzili, że są święta i nie może jej zostawić. Miał spać w pokoju Sandry, dziewczynka również bardzo prosiła go o to. Zadzwonił do matki i poinformował, że zostaje na noc w Kluczborku.
Po obiedzie zasiedli wspólnie wszyscy w salonie do kawy i ciasta. Grali w karty, śmiali się i dużo ze sobą rozmawiali. Filip był zaskoczony tym, u niego w domu każdy szedł do swoich zajęć i niby razem, ale święta także spędzali osobno.
Po kolacji, kiedy kobiety zebrały się w pokoju Luizy, aby poplotkować i wypytać Luizę o szczegóły oświadczyn Filipa, ojciec Luizy rozmawiał z narzeczonym w salonie. Chwalił zainteresowania sportowe chłopaka i jego sukcesy. Pytał o naukę i plany na przyszłość. Dowiedział się wszystkiego, o co pytał i najwyraźniej odpowiedzi podobały mu się.
– Widzę, że wiele rzeczy masz przemyślanych, a sam jesteś człowiekiem bardzo dojrzałym.
– Staram się dorównać pana córce – komplementował przyszłego teścia.
Dowiedział się, jaka była w dzieciństwie, czym lubiła się zajmować.
Wreszcie zaczęli rozmawiać o interesach i giełdzie. Okazało się, iż ojciec Luizy jest poważnym biznesmenem, który czasem inwestuje w akcje wybranych firm. Zna się co nieco na rynku papierów wartościowych, jest współwłaścicielem spółek komputerowych składających komputery i sprzedających różne akcesoria z tym związane.
– Jak pan doszedł do tego wszystkiego i kiedy ma pan na to czas, przecież jest pan nauczycielem akademickim? – Podziwiał Filip.
Wszystko zaczęło się w latach dziewięćdziesiątych. Jako nauczyciele mieszkali w ciasnym mieszkaniu w blokowisku w Kluczborku. Miał dosyć tej sytuacji, na nic nie starczało pieniędzy, zawsze trzeba było oszczędzać i jeszcze mieli długi.
Podczas wakacji z kolegami wyjechał do Norwegii. Zbierali jagody i byli szczęśliwi, że mogą dorobić do pensji. On jednak chciał czegoś więcej. W wolnych chwilach szukał ofert prasowych, aż przed samym wyjazdem znalazł. Pewien przedsiębiorca poszukiwał tłumacza, który znałby język czeski. W te pędy pojechał ponad sto kilometrów do jego firmy, aby się z nim spotkać. Miał dużo szczęścia, ponieważ okazało się, iż potrzebują tłumacza do języka czeskiego i polskiego.
Miał podpisać kontrakt na dwa lata, złożył też podanie o pozwolenie na pracę. Bał się jednak, że w Polsce straci posadę nauczyciela i nie będzie miał do czego wracać. Uczelnia poszła mu jednak na rękę i zezwoliła na kilkuletni urlop bezpłatny. W kraju zostawił żonę i dorastającą córkę, bardzo się martwił o ich środki do życia, ale podjął ryzyko.
Część pieniędzy wysyłał do domu, część odkładał. Miał bardzo dobrego szefa, który wprowadzał go w tajniki działalności firmy zajmującej się sprowadzaniem części komputerowych i składaniem komputerów. Wówczas to był temat dla niego zupełnie nieznany. Tam wszystkiego się uczył. Firma eksportowała swoje produkty do Czech i wiele dokumentów musiał tłumaczyć z angielskiego na czeski, potem także na język polski. W Norwegii posługiwał się wyłącznie nim. Tylko podczas wakacji i odwiedzin rodziny miał kontakt z językiem ojczystym.
Po dwóch latach pracy i rozłąki, którą najbardziej przeżywał, po naradzie rodzinnej podpisał kontrakt na następne dwa lata. W porównaniu z zarobkami w kraju na uniwersytecie tam miesięcznie zarabiał prawie półroczną pensję. Stać go było na podróże lotnicze do domu, kiedy tylko się stęsknił, albo też mógł zapraszać do siebie rodzinę na kilkutygodniowe ferie czy nawet na weekendy.
Przed kolejnym związaniem się z firmą na dwa lata zastanawiał się już dłużej. Nie mógł żyć bez codziennego patrzenia na własne dzieci i bez rozmów z żoną. Wtedy stała się rzecz wspaniała. Pracodawca zaproponował mu umowę zlecenie i reprezentowanie firmy w Polsce oraz Czechach i Rosji. Miał być przedstawicielem i nadal tłumaczem, mógł wracać do kraju i za pośrednictwem Internetu współdziałać z zarządem.
Po powrocie mógł zainwestować w dom. Chciał go wybudować w Opolu lub innym większym mieście, ale żona i córki chciały mieszkać nadal w Kluczborku. Zgodził się na to. Wrócił także na pół etatu na uczelnię, bez której nie może żyć. Praca dla Norwegów jest ciekawa, inwestycje w giełdę także, ciekawe są wyjazdy i tłumaczenia, zawieranie umów w różnych miejscach świata, jednak praca ze studentami, nauczanie to jego powietrze, bez którego nie mógłby żyć.
– Jest pan milionerem, jak sądzę? – Filip nie wiedział, co ma powiedzieć.
– Powiedzmy, ale pieniądze to nie jest cel mojego życia, nigdy nimi nie był. Chciałem, aby moja rodzina miała dostatnie życie i udało się, to wszystko. Teraz jestem zadowolony z tego, że pracowałem, pracuję i moje życie nie skupia się na oglądaniu telewizji i jedzeniu, słowem na fizjologii.

ROZDZIAŁ 38 ROZDZIAŁ 40

Po wizycie u lekarza wrócił zabandażowany do domu. Miał nie nadwerężać się i leżeć.
Wziął aparat telefoniczny do pokoju, w którym siedziała matka i czytała prasę. Dzwonił do trenera, aby podzielić się z nim nowinami.
– Mam połamane dwa żebra i przechodzę teraz rekonwalescencję. Jestem zwolniony ze szkoły i treningów. Nie wiem, lekarz mówił, że co najmniej na dwa tygodnie, nieważne i tak przecież są święta. Momencik, proszę zaczekać chwilę. – Zasłonił słuchawkę i spojrzał na matkę. – Mamo, czy mogę trenera zaprosić na Wigilię do nas, on jest dla mnie prawie jak członek rodziny?
Matka poczerwieniała, na chwilę zamarła, ale kiwnęła potakująco głową.
– Halo, trenerze, nie może mi pan tego odmówić. No, chciałem pana zaprosić na Wigilię do nas. Jak to, nie może pan? Szkoda, mama będzie niepocieszona, ja też. No oczywiście, że pytałem się jej i wyraziła zgodę. Tak, zaprasza pana. Dobrze, już daję. Mamo, poproś go do nas, proszę.
Dziubińska wzięła słuchawkę.
– Halo, to ty? Tak, Filip uzgadniał to ze mną, zapraszam. Niczego nie musisz brać ze sobą. Dobrze, to do zobaczenia, do widzenia.
Odłożyła słuchawkę.
– Zawsze ustalaj ze mną takie sprawy, nie stawiaj mnie w sytuacji podbramkowej – prosiła go, ale bez żalu w głosie.
– Mamo, a jeśli bym zaprosił jeszcze Luizę z rodzicami i siostrą, to zgodziłabyś się?
Roześmiała się.
– No pewnie, przecież to twoja dziewczyna. – Zastanowiła się chwilę. – Ale Filip, ty wiesz, co robisz?
– Co masz na myśli?
– No, chodzić z dziewczyną to jedna sprawa, a zapraszać ją z rodzicami na Wigilię, rodzinne święto, to już rzecz poważna.
– To znaczy? – Drażnił się z nią.
– Zaproszenie dziewczyny na święta może dla niej oznaczać, dla jej rodziców także, że masz wobec niej poważne zamiary.
– A jeśli mam, to co? – Śmiał się.
– A nie jesteś za młody na takie myślenie?
– Mamo, ja się żenię. Kochamy się i koniec, kropka.
Myślał chwilę i patrzył na matkę.
– To mogę ich zaprosić?
– Na pewno nie zechcą przyjechać, ale spróbować możesz.
– Dzięki, a teraz pomówmy o sprawach, które wczoraj chciałaś ze mną omówić.
Wstał z kanapy i poszedł szybko do przedpokoju. Wyciągnął ze swojego plecaka portfel i wrócił z nim do pokoju.
– Mamo – wyciągnął z portfela pieniądze – wiem, że jest ciężko teraz z naszymi domowymi finansami, dlatego przekazuję ci moją pierwszą wygraną, powiedzmy, że to moja pierwsza pensja, na dom, na świąteczne wydatki i wiesz najlepiej na co jeszcze.
Matka wzięła pieniądze i przeliczyła je.
– To moje trzy pensje, gratulacje – cieszyła się.
– No, przepraszam cię, część musiałem zabrać na prezenty, wybacz.
Podeszła do niego i ucałowała go w czoło. Usiadła przy nim, wzięła portfel i wsadziła jego pieniądze z powrotem.
– Nie chcesz moich pieniędzy, jak to, dlaczego? – Zdziwił się.
Podała mu kartkę ze stosu gazet.
– To jest wyciąg z naszego z ojcem rachunku bankowego, zobacz.
Filip zerknął na cyfry i zamarł.
– Tata był ubezpieczony na takie kwoty? – Patrzył na dodatnie znaki wpływów na konto.
– Nie wiedziałam o tym, od pięciu lat nie oddawał do domu połowy pieniędzy, myślałam, że przepija je i hula z kolegami, jak za młodu. Tymczasem ubezpieczył się na życie w dwóch towarzystwach na bardzo wysokie sumy. Na polisy wpłacał regularnie wszystkie składki. Poza ubezpieczeniem z miejsca pracy na nasze konto wpłynęły pieniądze z tamtych polis.
– Na taką sumę musiałabyś pracować piętnaście lat?! – Był zaskoczony.
Siedział zbity z tropu i nie wiedział, co ma mówić. Życie rodziny, o które tak się martwił, było zabezpieczone materialnie. Za pieniądze z polis można było wykupić na własność mieszkanie i kupić jeszcze luksusowy samochód.
– Wiesz, mamo, ten nasz ojciec naprawdę o nas myślał.
– Bardzo was kochał – dodała.
– Myślisz, że kupując polisy…
– Nie – wpadła mu w słowo – na pewno nie, zresztą to byłoby niemożliwe, wtedy jeszcze nie wiedział, że jest chory, przeszedł zresztą gruntowne badania lekarskie, pamiętam, pytałam o nie. Powiedział, że miał ochotę się przebadać.

Filip zadzwonił wieczorem do Luizy i poprosił, aby przyjechała do niego następnego dnia. Rozpoczynały się już ferie świąteczne i nie musiała chodzić do szkoły. Chciał opowiedzieć jej historię swojego ojca i obejrzeć zawarte w kartonie, schowane przez niego pamiątki bokserskie.
Gdy ją zobaczył, zerwał się z łóżka i przywitali się. Poszli razem do piwnicy i pomogła przynieść mu pudło.
Kiedy je otworzył, zmiękło mu serce. Zobaczył stary niewielki worek treningowy i rękawice. Złapał je i mocno przytulił do siebie. Potem rozwiązał i spróbował założyć na rękę. Były za małe. Powąchał je. Odłożył na bok.
Wśród różnych rzeczy w pudełku zauważył puchary z wygrawerowanymi napisami. Wziął jeden z nich. Na kielichu był napis „Za zajęcie pierwszego miejsca”. Wyciągał puchary, jeden po drugim, w sumie sześć sztuk i stawiał obok siebie.
Podniósł stary niewielki worek treningowy i powąchał go tak, jak wcześniej rękawice. Odrzucił go koło rękawic właśnie, bo zauważył pas skórzany. Wziął go szybko do rąk i podniósł do góry. Był to pas zrobiony na wzór mistrzowskiego pasa, jaki dostają zawodowcy. Ojciec najwidoczniej zrobił go sam. Nakleił też zdjęcie wielkiego Pietrzykowskiego, jednego z największych polskich pięściarzy.
Pod zdjęciem widniał napis, motto. Filip przeczytał je głośno.
– „Bądź jak wulkan gorący, co zmienia Ziemię od milionów lat” – zaniemówił. Patrzył na motto i na Luizę.
– Bardzo mądre – oceniła – pokaż.
Wzięła do ręki pas.
– Jak je rozumiesz, kochanie? – Spytał, bo sam nie mógł się skoncentrować na interpretacji.
– Żeby działać, nie przespać młodości, życia, ale walczyć, próbować coś zmienić i osiągnąć sukces?
Kiwał głową. Teraz rozumiał wszystko.
– Wiesz, może to dziwne, ale kiedy pierwszy raz upadłem na sali treningowej, straciłem na chwilę przytomność, usłyszałem głos ojca, który cytował właśnie to motto.
– Nie mówiłeś mi o tym wcześniej?
– Nie rozumiałem tego i zapomniałem, nie wiedziałem, jak je zinterpretować, dopiero teraz ty mi podpowiedziałaś.
Pocałował ją.
W pudle leżały jeszcze dyplomy, wycinki z gazet i jakiś album. Filip pamiętał okładkę tę okładkę, był na niej wycięty otwór w kształcie rękawicy i można było zobaczyć pierwsze zdjęcie.
Wziął do ręki album. Otworzył go. Na kolorowych zdjęciach, trochę za ciemnych, stał jego ojciec, jeszcze młody, piękny, a obok niego stał Filip, mały szkrab z pieluchą między nogami, a na ramionach miał za duże rękawice bokserskie.
Oglądał zdjęcia i z każdym jednym robiło mu się rzewniej. To były wycinki z jego pamięci, którą ojciec kazał nazywać snem. Po tragedii z nieznanym mężczyzną nie mógł patrzyć i tym bardziej uprawiać boksu. Chciał także syna trzymać z dala od tego. Dziwne, przecież to nie boks był winny, ale pijaństwo i bezmyślność. W każdym razie wypadek był dowodem na to, że można zabić nie kupując broni. Niektórzy ludzie potrafią to zrobić gołymi rękami.

Przez całe popołudnie Filip opowiadał o przeszłości ojca, o wszystkim, o czym dowiedział się ostatnio. Mówił także o polisach i zabezpieczeniu rodziny przez niego. Dziękował Luizie za otwarcie mu oczu na ojca. Chciał z nim porozmawiać, ale nie zdążył. Nie każdy pijący to pijak, nie każdy pijak zaczął pić z powodu lenistwa czy głupoty.
Wszystkie wyciągnięte rzeczy chował do pudła z powrotem, aż wszystko posprzątali. Wreszcie wziął do ręki swoje dwa pucharki.
– Wkładasz je do pudła?
– Nie wiem, nie chcę, aby stały tutaj i przypominały mi, że jestem dobry. Jeśli w to uwierzę, przestanę się rozwijać i doskonalić. Jedynie ten pas chcę mieć na oku, to od ojca. Będzie mi przypominał o przeszłości i dopingował do pracy.
– „Bądź jak wulkan…” – Luiza ponownie oglądała pas. – Tak, można przespać życie i nic z niego nie mieć.
Popatrzył na nią.
– Wiesz, kiedy cię poznałem, byłaś dla mnie wzorem. Dla ciebie chciałem osiągnąć sukces, właściwie dla siebie, lecz z twojego powodu. Jeszcze do mistrza bardzo mi daleko, ale teraz mam poczucie, że nie stałem, nie czekałem, aż życie zrobi coś ze mną lub dla mnie. To ja wziąłem się za nie.
– Gratuluję ci – pocałowała go. – Naprawdę tak cię zdopingowałam?
– Boże, przecież ja byłem takim ospalcem, takim zawiedzionym w marzeniach romantykiem. Potrafiłem tylko chodzić od dzwonka do dzwonka, od przystanku do domu i odwrotnie. Tak, ja nie żyłem, dawałem ponosić się tylko fali. Za to ty, oj, miałem i jeszcze mam wiele kompleksów z twojego powodu.
– Doprawdy, przecież nie chcesz być chyba mną?
– Nie, ale chcę być taki jak ty.
– Co, to znaczy, jaki?
Roztropny, zorganizowany, zaradny, przewidujący, inteligentny? – Ostatni wyraz zaintonował jako pytanie.
– O, ja ci zaraz dam! – Przekomarzała się z nim i rzuciła go na łóżko.
Gdy syknął z bólu, przestała go okładać, a zaczęła przepraszać.
– Przepraszam, przepraszam – całowała go. – Daj, pocałuję cię w te twoje połamane żebra.
Rozpięła mu koszulę. Zaczęła całować po bandażu, a potem po brzuchu i do góry, aż doszła do ust. Całowała go intensywnie i w pewnym momencie zwykłe pocałunki zamieniły się w bardzo czułe. Tracili już oboje zmysły, Filip głaskał jej plecy i pośladki, gdy zadzwonił dzwonek u drzwi. Wrócili do domu z podwórka Kamil i Ania, a krótko po nich mama.
Będąc sam na sam Filip chciał wiedzieć, co zaszło. Siedział przy niej bardzo blisko.
– Uważasz, że jesteśmy gotowi na seks? – Spytał czule.
– Wiesz, nie wiem, wszystkie mądre książki mówią tylko o niechcianej ciąży, aby się zabezpieczyć. Więc jeśli o to idzie, nie jesteśmy bezpieczni.
– Chciałabyś to ze mną zrobić?
– Bardzo, już niedługo, teraz nie, musimy zaczekać, bo ja chcę od razu być mamą.
– Żartujesz?
– Nie, chcę być młodą mamą i później młodą babcią.
– A studia?
– Mówiłam ci, jedno drugiemu nie przeszkadza. A ty, chciałbyś mieć teraz dzieci?
– Jeszcze nie teraz, ale tylko z tobą i tylko wtedy, kiedy uznamy razem, że to już. Jak to się ma do seksu?
– A skąd mogę mieć pewność, że mnie nie wyzyskasz i nie zostawisz?
– No wiesz, jak możesz tak mówić?
– Teraz tak mówisz, a jak będę w ciąży, zbrzydnę, a ty na dyskotece poznasz jakaś ładną panienkę?
– Nie chodzę na dyskoteki, to po pierwsze, po drugie nie będziesz nigdy brzydka, po trzecie żadne inne dziewczyny nie wchodzą w grę.
– No, nie wiem – pocałowała go. – Jeszcze do tego wrócimy, zgoda?
– Lepiej to zostawmy na razie, bo jak nam się spodoba, to o niczym innym nie będziemy myśleć, a matura za pasem.
– Mamy jakieś plany jeszcze na dzisiaj?
– Tak, chciałbym, abyś mnie zawiozła do Kluczborka i zostawiła na godzinę na mieście, potem zabrała do siebie.
– O, chcesz do mnie wpaść?
– Tak, chciałbym wpaść do twoich rodziców zaprosić ich do nas na Wigilię, jeśli nie mieliby nic przeciwko temu.
– Mnie także?
– Tak. Twój tata zapraszał mnie do was, ale wiesz, to nasza pierwsza Wigilia bez ojca.
– Dobrze, więc jedziemy?
– Tak.
– Zaraz, a co będziesz robił w mieście?
– Tajemnica. Chciałbym też kupić jakieś prezenty dla Kamila i Ani, ale to już jutro w Opolu, gdybyśmy pojechali, oczywiście ja płacę kierowcy za paliwo i stawiam obiad. Możemy zabrać z nami dzieciaki i oczywiście Sandrę.
– O, mam takiego bogatego chłopaka, chyba się w nim zakocham?

ROZDZIAŁ 36 ROZDZIAŁ 38

Na turniej jechali z trenerem jego prywatnym samochodem. Luiza siedziała z tyłu.
Rozmowa z matką polepszyła ich stosunki, Filip wiele rzeczy zrozumiał i miał teraz inny pogląd na wiele spraw rodzinnych.
Od czasu do czasu zerkał na trenera, chciał z nim powspominać.
– Byłem dobrym materiałem na boksera? – Spytał.
– Jak to byłeś, jesteś. – Komendant nie zrozumiał.
– Pytałem o dzieciństwo.
Juliusz Klar poczerwieniał.
– Już wiesz, matka ci powiedziała?
Kiwał potakująco głową.
– Za pierwszym razem nie, ale któregoś razu wydawało mi się, że pana znam. Kojarzyłem pana z wieloma sytuacjami z przeszłości, ale tak dokładnie to nie wiedziałem, z czym i w którym miejscu.
Trener uśmiechnął się pod nosem.
– Dawno, dawno temu, mówiłeś nawet do mnie wujku.
– Mogę wiedzieć, o czym mówicie? – Wtrąciła się Luiza.
– Pan Juliusz – odwrócił się do niej – był przyjacielem rodziny, nawet w dzieciństwie mówiłem do niego wujku.
– A to ciekawe. Co stało się później?
– Później? – Filip zastanowił się, nie wiedział, czy ma mówić o ojcu, czy ukryć to.
– Później – przerwał Klar – nasze drogi rozeszły się, ale pamiętam, jak trenowaliśmy Filipa. Właśnie skończył trzy lata, jak ojciec rozpoczął z nim regularne treningi.
– Trenowałeś w dzieciństwie, Filip?
– Tak – odpowiedział – jednak w ogóle tego nie pamiętałem, wydawało mi się, że to tylko sny z dzieciństwa.
– Dlaczego nikt ci nie powiedział i dlaczego ojciec przestał cię trenować?
– Siła wyższa, kiedyś opowiem ci dokładniej. Panie Juliuszu, dlaczego nie ożenił się pan z moją matką?
Pytanie było nieoczekiwane dla wszystkich. Komendant nabrał powietrza w usta, a Luizę zamurowało.
– Powinien pan teraz naprawić ten błąd – Filip nie wiedział, czy nie przekracza granicy osobistej tego człowieka, ale czuł, że musi to powiedzieć.
Matka pół nocy opowiadała o przeszłości. Filip zwrócił uwagę na sposób, w jaki mówiła o komendancie. Na początku Juliusz, a potem tylko Julek, na dźwięk tego imienia w jej oczach pojawiał się błysk.
Żal niespełnionej miłości to sprawa bardzo romantyczna. Podejrzewał, iż matka żyła z ojcem bez większego uczucia. Nigdy przy nich nie mówili o miłości. Może łączyła ich wcześniej, ale potem wszystko się zmieniło. W każdym razie do człowieka siedzącego obok czuła coś większego niż do ojca, skoro mimo wszystko uczucie to przetrwało tyle lat.

Od dwóch dni Klar nie pozwalał Filipowi trenować. Jego polecenie było wyraźne, spać i odpoczywać.
Na wieść, że Luiza ma jechać z nimi, zrobił minę rannego ptaka. Nie mogła z nimi jechać, bo chłopak nie będzie odpoczywał, tylko kombinował.
W ostateczności jednak przekonali go, Luiza będzie dopingować Filipa i trzymać ręczniki podczas walk. Wzięła ze sobą odpowiedni strój. Wynajmie sobie pokój i nie będzie przeszkadzać.

Był niedzielny ranek. Filip siedział z Luizą w pokoju, dziewczyna czytała gazetę, gdy wszedł Klar.
– Dzień dobry – przywitali się.
Usiadł i poprosił, aby Filip także to zrobił.
– Do godziny dziesiątej mamy zgłosić walki. W twojej kategorii ma wystartować czterech zawodników. Sprawdzałem ich dane, wszyscy są niżsi od ciebie i niemal na sto procent wypunktujesz ich lub pokonasz.
– To źle? – Spytała Luiza.
– Nie o to chodzi, ale o to, że Filip bardzo ciężko pracował i należy mu się poważny życiowy sprawdzian.
Patrzyli w próżnię i nie wiedzieli, co mają powiedzieć.
– Co pan proponuje, trenerze?
– Ufasz mi, Filip? – Brzmiało nieco dramatycznie.
– Tak, dlaczego pan pyta?
– Zapisałem cię do dwóch kategorii.
Zapadło milczenie.
– Co to znaczy? – Luiza czuła się odpowiedzialna za swojego chłopaka. – Czy Filip będzie mógł walczyć w dwóch kategoriach?
– Tak. W swojej wadze ma czterech niższych zawodników. Do wagi otwartej, najcięższej zgłoszono tylko dwóch zawodników i obaj są równi wzrostem lub nieco niżsi od Filipa.
– A ile ważą?
– Obaj ponad sto kilo.
– Ale nie stanie mu się żadna krzywda?
– Nie obawiaj się, będziemy z nim i wszystko będzie pod kontrolą.
– Kiedy mam pierwszą walkę? – Odezwał się w końcu zainteresowany.
– Za dwie godziny wychodzimy, masz walkę o dwunastej i potem godzinę przerwy, druga walka, wieczorem trzecia. Jutro rano będziesz walczył ostatni raz w swojej kategorii, po południu w najcięższej wadze. Jeśli będziesz czuł się zmęczony, to zrezygnujemy z dodatkowych walk i już jutro wrócimy do domu.

Turniej odbywał się w dużej sportowej hali. Filip poczuł się swojsko, ponieważ ring ustawiono na środku boiska do piłki siatkowej. Zatęsknił nawet za meczami i kolegami z drużyny, którym szło bardzo dobrze, jak mówił mu w autobusie Medyk, ale z Filipem mogło być jeszcze lepiej.
Niewiele osób było na widowni. Prawdopodobnie rodzice, dziewczyny i znajomi walczących akurat chłopaków.
Wokół ringu siedzieli sędziowie, a całość zawodów prowadziło tylko dwóch trenerów ringowych.
Filip oglądał z Luizą kilka walk.
– Podoba ci się ten sport? – Pytał ją.
– No, wiesz, mam mieszane uczucia, nie obraź się. Widać, że to są amatorzy.
Faktycznie, niektórzy młócili powietrze zupełnie nie kontrolując sytuacji.

Stał gotowy do walki w narożniku i wreszcie doczekał się pierwszego w życiu poważnego gongu.
Rozpoczął pierwszą walkę i cały świat przestał istnieć. Był tylko on i ruszający się przeciwnik.
Taktyka na ten pojedynek była przejrzysta. Filip miał lewym prostym trzymać dystans i po ogólnej orientacji możliwości rywala zaatakować.
Miał o wiele większy zasięg ramion i nie było żadnych problemów z utrzymaniem dystansu. Przeciwnik najwyraźniej bał się go.
W pewnym momencie Filip zaatakował, po dwóch lewych prostych rozbijających gardę wysłał na szczękę rywala prawy prosty i ledwo go musnął. Trener ze zdziwieniem zobaczył, że jego podopieczny przestał boksować i sam wycofał się do neutralnego narożnika. Nie wiedział, co się dzieje, sędzia ringowy również nie zrozumiał sytuacji.
Filip zauważył, że jego cios spowodował zamroczenie przeciwnika, jego oczy zaszły mgłą. Sędzia tego nie zauważył. Jednak, gdy podszedł do zawodnika i uniósł jego rękawice, w tym momencie chłopak runął na ring. Sędzia liczył go, ale tamten tylko usiadł i siedział, nie wiedział, gdzie jest.
To był nokaut. Walka trwała niecałe dwie minuty. Sędzia podniósł ramię Filipa do góry. Chłopak nie szalał z radości, nie podskakiwał, miał normalny wyraz twarzy i tylko Luiza widziała, jak puszcza do niej oczko. Uśmiechnęła się do niego.
– Z tobą lepiej nie zaczynać. – Mówiła, gdy siedzieli na widowni i oglądali kolejne walki.
– Masz cios po ojcu, nie ma co. – Cieszył się trener.
– Trenerze, niech pan powie, ojciec był lepszy od pana?
– O, no pewnie, jasne, chociaż raz udało mi się go pokonać, a nawet ośmieszyć.
– Wiem, słyszałem – chłopak uśmiechnął się. – Jaka taktyka na drugą walkę?

Drugi przeciwnik stał w narożniku pewny siebie i był lepiej zbudowany od Filipa. Jednak był niższy o głowę, a to powodowało, iż znowu taktyka na dystans będzie dobrym środkiem do zwycięstwa.
Od pierwszej chwili rywal rzucił się na Filipa i potężnymi ramionami młócił powietrze gdzie popadnie. Kiedy jego ciosy spadły na gardę Filipa, poczuł, iż przeciwnik dysponuję ogromną siłą. Słyszał, jak trener woła z narożnika „Dystans, dystans!” Ale Filip klinczował i doprowadzał do zwarcia, w ogóle nie atakował, tylko się bronił.
– Co ty do cholery wyrabiasz, Filip?! – Trener niemal krzyczał na niego podczas przerwy w narożniku.
– Doskonalę swoje techniki obronne i uniki…
Gong rozpoczął drugą rundę.
Przeciwnik z przeświadczeniem o rozgrywaniu walki według własnego scenariusza ruszył z impetem na Filipa, który spokojnie czekał na niego w okolicy środka ringu.
Sygnalizowany zamaszysty prawy sierp osiłka zawisł w powietrzu i nagle jego ramiona opadły wzdłuż ciała. Filip wykonał zwód i krok do przodu, witając rywala prawym prostym. Potem momentalnie wycofał się do neutralnego narożnika. Rywal runął na ring. Sędzia nie liczył go, tylko wzywał sekundantów i lekarza, którzy szybko stawiali chłopaka na nogi.

Podczas trzeciej walki przed Filipem stanął najwyższy z dotychczasowych rywali.
Zmierzyli się ze sobą na środku ringu. Tamten przyjął taktykę obronną i prawdopodobnie wolno miał zamiar poznawać przeciwnika. Tym razem Filip zaatakował pierwszy, aby wypróbować jedną z kombinacji. Dwa lewe proste, dwa prawe sierpy na ucho i prawy hak na szczękę. Nieszczęśliwie dla rywala trzy ostatnie ciosy były bardzo szybkie i celne. Rozłożył się na ringu jak długi.

Szli spacerem do hotelu, Luiza przytulała się do Filipa, a trener niósł torbę ze sprzętem.
– Muszę zadzwonić do mamy, obiecałem jej to – mówił Filip.
– Masz iść zaraz spać, Filip, ja zadzwonię.
Luiza nie odzywała się, nie mogła się wydać, dzwoniła z telefonu komórkowego do swoich rodziców i pani Dziubińskiej. Powiedziała o tym Filipowi dopiero na korytarzu przed drzwiami jego pokoju.
– I co mama powiedziała?
– Bardzo się cieszy z twojego sukcesu i trzyma kciuki za jutrzejszy dzień.
Pocałował ją.
– A co ty myślisz o swoich walkach?
Zastanowił się chwilę.
– Teraz widzę, że mordercze treningi opłacały się. Te z dzieciństwa również, to ojciec układał mi prawą rękę, lewą pan Juliusz. Wiedziałem, że zrobili dobrą robotę.
– Jesteś zadowolony?
– Tak, chociaż nie przeceniałbym tego sukcesu, to są amatorzy, którym dopiero, tak jak mi, marzy się wielki sukces. Prawdziwe walki to liga.
– Nie musiałeś mi tego mówić – przytuliła się do niego.
– Luiza, tylko mistrzowie chyba są zadowoleni z siebie.
– No dobrze, może masz rację, ale ty jesteś moim mistrzem, kapitanie.
– W takim razie jestem bardzo szczęśliwy.
Odeszła już do drzwi naprzeciwko, ale wróciła i ponownie przytuliła się do Filipa.
– Wiesz, twoją drugą walkę oglądało więcej ludzi, a na trzecią przyszło najwięcej.
Już chciał powiedzieć, że to przypadek, ludzie nudzili się w domach, ale ugryzł się w język. Nie chciał jej psuć samopoczucia. Bardzo ją kochał.
Przed zaśnięciem analizował walki i cieszył się, że udało mu się być takim rozsądnym i opanowanym. Były momenty, kiedy miał ochotę młócić powietrze, jak niektórzy to robią, ale przez cały czas zależało mu na utrzymaniu pewnej klasy i kultury bokserskiej. Czytał o tym w książkach, wzorem byli dla niego polscy pięściarze powojenni i zawodowi mistrzowie boksu.

Ostatnia walka w kategorii wagowej Filipa to znów popis jego kultury bokserskiej. Przeciwnik wypadł na niego jak byk na torreadora, ale został zatrzymany w miejscu lewym prostym i znokautowany prawym hakiem w żołądek. Po prostu stracił oddech i zwijał się po ringu.
Sędzia wyliczył go i chłopak zdążył wstać. Pokazał swoją gotowość do walki i teraz już nie szarżował. Starał się doprowadzić do półdystansu, aby zbliżyć się do rywala, ale tym razem trafił na przypadkowy lewy sierp, który rozwiał wszystkie wątpliwości.
Filip znowu nie atakował, tylko odsunął się od oszołomionego rywala. Sędzia wyliczał go, ale chłopak miał mgłę na oczach i nie wiedział, co się dzieje. Sędzia ogłosił zwycięstwo Filipa.
Luiza bardzo się cieszyła, a trener pokazał tylko na lewą rękę i wskazał, że to jego robota.

Filip miał w odstępie trzech godzin stoczyć dwie walki w wadze ciężkiej, najbardziej cenionej na zawodowym ringu. W wadze tej występują najwyżsi zawodnicy, najciężsi i najlepiej opłacani.
Była poobiednia pora, i wydawało mu się, że oto przed nim najważniejsza próba. Jeśli był coś wart, to mógł się o tym przekonać w walkach z najlepszymi i najsilniejszymi.
– Jak się czujesz, boisz się? – Pytała Luiza w szatni.
– Nie, nie jestem ze szkła, nie potłukę się.
Pocałowała go, gdy wychodzili do walki.
– Zobacz, ilu ludzi przyszło na twoją walkę – mówiła Luiza, kiedy szli do ringu.
Rozglądnął się, rzeczywiście, było dwa razy więcej kibiców niż poprzedniego dnia i rankiem. Było dużo młodzieży.
Filip zauważył, że pewnie przyszli tu na wagary.
Zrobiło mu się raźniej. Całkiem swojsko się poczuł, gdy po wejściu na ring usłyszał skandowane własne imię: „Filip, Filip!”
Przypatrzył się teraz grupie kibiców. To niemożliwe, rozpoznał ich, to była jego klasa, dziewczyny i chłopcy. A to niespodzianka. Spojrzał porozumiewawczo na Luizę.
– Dzwoniłaś do nich?! – Uśmiechał się.
Zrobiła minę niewinnego dziecka.
– Nie tylko do nich – wtrącił trener. – Rano miałem telefony z różnych gazet z pytaniami o ciebie. Później o tym pogadamy, teraz walka.
Spojrzał na narożnik przeciwnika i zobaczył wysokiego jak on chłopaka, ale z widoczną nadwagą, był gruby.
– Ten to potrafi uderzyć. – Powiedział sam do siebie.
Rywal widocznie ufny w swoje możliwości doczłapał do środka ringu i czekał na Filipa.
Filip zauważył z bliska jego potężne bicepsy i chciał sprawdzić, jaką mają szybkość. Zasłonięty za podwójną gardą zbliżył się na odległość ramion rywala. Nagle poczuł na rękawicach potężny cios i wiedział, że gdyby nie rękawice i odskok, taki cios mógłby go pozbawić wszelkich złudzeń. Teraz sprawdzał refleks i szybkość przeciwnika stosując uniki. Znowu słyszał za sobą „Dystans, dystans!” Odskoczył, zaufał szerszemu niż jego spojrzeniu trenera.
Rywal nie trafiał, był wolniejszy i cięższy. Czasem puszczał serię ciosów, niby młócił zboże, lecz były to bardzo trudne do obrony. Z tego powodu Filip wolał walczyć w dystansie. Nie atakował z wyjątkiem zaczepnych lewych, prawą wciąż zasłaniał szczękę.
– Ma pan jakiś pomysł na walkę? – Pytał trenera podczas przerwy.
– Mam.
Krótko wyjaśnił mu.
Filip wyszedł później do ringu, rywal czekał na niego niecierpliwie i widać było, że przypuści szturm na Filipa.
Zaatakował i posłał serię ciosów przypominającą falę. Filip jednak jakby zanurkował pod nią, a kiedy się wynurzył, odskoczył do neutralnego narożnika. Przeciwnik dostał potężne trafienie prawym podbródkowym z wykrokiem i runął na środku ringu jak ścięty.
W sali zapanowała wrzawa, koleżanki z klasy piszczały, chłopcy gwizdali, a pozostali bili brawa. Sekundanci przeciwnika ściągali go z ringu i cucili. Filip po raz pierwszy przestraszył się, że zrobił komuś krzywdę.
Wyszedł na środek ringu, sędzia podniósł jego ramię do góry, potem Filip ukłonił się skromnie publiczności i podszedł do narożnika przeciwnika. Lekarze ocucili go, ale chłopak nie wstawał, odpoczywał, bardzo wolno dochodził do siebie.

Filip siedział załamany na widowni, chociaż Marcel i dziewczyny bardzo mu gratulowali zwycięstwa.
– Już nie przejmuj się tak, nic mu nie będzie – pocieszał go trener. – Na pewno nieraz oberwał na dyskotekach bardziej i jakoś żyje, daj już spokój.
Łatwo powiedzieć, trudno zrozumieć. Przez myśl przemknęły mu wspomnienia z opowieści matki, jak to do ojca przylgnęło określenie „morderca” i jak bardzo zaważyło to na jego życiu. Nie chciał tak skończyć, nie chciał krzywdzić ludzi.
To tylko sport, tak, wiedział. Chłopaki poprzyjeżdżali tu, aby spróbować swoich sił. Większość to pewnie rozbójnicy, jak niegdyś jego ojciec, to prawda lub nie. Jednak nie chciał zabijać.
Luiza rozumiała jego stan, trzymała go za rękę i nie puszczała. Nie odzywała się prawie wcale.
– Jestem z tobą i kocham cię – tylko tyle i aż tyle.
W zupełności jej słowa wystarczały, aby czuł się lepiej. Obiecał sobie jednak, że po ostatniej walce odwiedzi znokautowanego zawodnika w hotelu.
Klar miał coś ważnego do powiedzenia o zainteresowaniu jego walkami, ale wolał odłożyć to na później.

Patrzyła na niego, jak wchodził na ring do ostatniej swojej walki w całym turnieju. Wystarczyło, że na nią spojrzał, a wiedział wszystko. Liczyła na niego, ale dla niej nie musiał wygrywać, miał wygrywać dla siebie. Chciał odnieść jakiś sukces i miał teraz okazję.
Wygrał swoją wagę i z tego powinien się cieszyć najbardziej.
Na ringu zobaczył prawdziwego gladiatora, czekał już na niego po przeciwnej stronie. Był to chłopak wysoki i szeroki w barach o postawnych nogach i wielkich pięściach.
Filip wcale się nie bał. Po gongu wszedł na ring, przeciwnik natarł z furią. Wielkie pięści zadawały bolesne ciosy w tułów i w pewnym momencie Filip aż jęknął. Dostał zawrotów głowy. Udało mu się jednak uciec ze zwarcia, nogi pracowały bez zarzutu.
Był skoncentrowany na walce i starał się trzymać przeciwnika na dystans, ale ten jakby kpił z jego długich chudych ramion. Odtrącał jego lewą prostą i pędził do przodu. Filip był defensywie przez całą rundę i dochodził do siebie po mocnym tłuczeniu w żebra. Nie zadał wielu ciosów i oszczędzał się. Bał się, aby podczas ataku nie otrzymać kolejnego ciosu w żebra.
Wreszcie upragniony gong.
– Filip, ten chłopak opuszcza lewe ramię, dlatego punktuj prawym sierpem i odskok. Wygląda na słabszego kondycyjnie niż ty.
Tak, trener miał rację, z boku widać to pewnie lepiej, ale następny cios w żebra może Filipa zmiażdżyć.
W drugiej rundzie realizował taktykę trenera. Faktycznie, przeciwnik o pięściach jak młoty opuszczał lewe ramię krótko przed i po ataku.
Flip zaczął taniec wokół niego. Przeciwnik atakował, Filip robił wszystko, aby unikać jego ciosów, następnie Filip celował prawym sierpem i wysyłał go w okolice ucha rywala. Ten, wydawało się, jakoś amortyzował cios i znowu atakował. Filip odskakiwał i ponawiał atak.
Z początku prawe nie trafiały, ale z czasem taktyka sprawdzała się. W pewnym momencie zauważył, iż przeciwnik stanął po jego prawym. Doskoczył i puścił lewego prostego w brodę. Zawodnik osunął się na kolana, a Filip zaskoczony odskoczył, chociaż miał uderzyć jeszcze prawym. Ochłonął w narożniku, podczas gdy sędzia wyliczał siedzącego.
Podjęli ponownie walkę. Przeciwnik wpadł w taką furię i złość, że jego praca nie przypominała boksu a bójkę uliczną. Sędzia próbował go jakoś uspokoić, lecz tamten odpychał sędziego przeklinając i złorzecząc Filipowi, że zaraz go zabije.
Filip w takich sytuacjach wykazywał stalowe nerwy i wyjątkowe opanowanie. Przypomniał sobie, jak to przed laty pan Juliusz ośmieszył jego ojca i zastosował tę samą technikę.
Rywal w furii młócił powietrze, a Filip doskakiwał i zadawał prawe sierpy i haki na korpus. Był nie do trafienia, a publiczność zaczęła nawet skandować „Ole!”, kiedy tamten nie trafiał.
Tuż przed samym gongiem namierzył lewą prostą stojąc zupełnie z boku zaskoczonego zawodnika i prawą niszczącą w szczękę posłał go na deski. Rozbrzmiały brawa. Walka podobała się dziewczynom z klasy aż piszczały, a sędzia wyliczał leżącego.
Miał mocną głowę, usiadł i wydawało się, że zaraz wstanie i znów zaatakuje, lecz nie, gong przerwał walkę.
Filip siedział w narożniku.
– Bardzo ładnie, tak dalej – chwalił go trener i wycierał mu twarz ręcznikiem.
Klar przestraszył się widoku nacierającego olbrzyma na jego chłopaka. Myślał, że Filip też przestraszy się i będzie uciekał, ale nie, miał widocznie charakter po ojcu, Andrzej, gdy widział mocniejszego od siebie, nigdy nie ustępował, dopiero włączał się w nim instynkt łowcy.
Po gongu Filip wyszedł na środek ringu, lecz sekundant przeciwnika poddał go. Sędzia ogłosił werdykt, a Filip ukłonił się wszystkim.
Zszedł z ringu i padł w objęcia ukochanej. Cieszył się, że ona tu przez cały czas była. Szli podziękować klasie, a następnie do szatni.
– Wiesz, jak się bałam o ciebie? – Szeptała. – Myślałam, że zrobi ci krzywdę.
– Prawie, w pierwszej rundzie tak mnie uderzył po żebrach, że chyba mi popękały. Jutro idę do lekarza, nie mogę się tam dotknąć.

Przez następne dni Filip nie schodził z ust szkolnego koleżeństwa. Wygrał turniej talentów w dwóch kategoriach. Zarobił na tym trochę pieniędzy, nagrody od sponsorów, puchary i dyplomy, a także połamane żebra i trochę doświadczenia.
W domu powitano go jak wielkiego zwycięzcę, a Ania przygotowała bratu piękny rysunek.
Zjadł obiad w towarzystwie matki i rodzeństwa, a następnie poszedł do swojego pokoju. Kamil wydrukował mu z Internetu trochę danych, które musiał przestudiować i wysłać swoje oferty giełdowe najpóźniej do północy. Filip zajmował dwunastą lokatę w konkursie giełdowej i wydawało mu się, że do końca grudnia będzie mógł jeszcze przesunąć się o miejsce.
Szybko uwinął się z pracą i poszedł spać. Matka chciała z nim jeszcze porozmawiać, ale poprosił, aby tę rozmowę przełożyć, dopóki nie wstanie. Poprosił także, aby rano w miarę możliwości nie budzili go, ponieważ ma zamiar spać długo, jak tylko organizm tego potrzebuje.

Był bardzo zmęczony i tylko przyłożył głowę do poduszki, a natychmiast zasnął. Jęczał z bólu, gdy bezwiednie kładł się na prawym boku, ale się nie budził.

ROZDZIAŁ 35 ROZDZIAŁ 37

Filip w porozumieniu z trenerem zrobił sobie wolny od nauki tydzień. Rano biegał, potem cztery godziny trenował refleks i kombinacje ciosów, dwie godziny przerwy na obiad i odpoczynek, potem znowu cztery godziny treningu, cięższego, bo z trenerem. Dzień kończył biegiem przełajowym, kąpał się, przeglądał papiery giełdowe. W pokoju Kamila i Ani sprawdzał w Internecie bieżące informacje i szedł spać.
Tego wieczoru przeglądnął już papiery i zamierzał wcześniej położyć się spać, kiedy mama weszła do pokoju.
– Filip, w piwnicy jest dla ciebie paczka, za duża, abym mogła ją przynieść sama – matka usiadła koło biurka.
– Z poczty?
– Nie, twój wujek przywiózł ją, prosiłam go o to po pogrzebie taty.
Składał papiery.
– Coś ważnego i ciężkiego?
– Rzeczy taty zostawione przed laty w piwnicy u wujka.
– I teraz po śmierci mają się przydać? – Nie rozumiał.
– Wiesz – spuściła głowę – przerwij na chwilę, chciałabym z tobą poważnie porozmawiać.
Odłożył swoje dokumenty i segregator.
– Nie uważasz, że trochę późno chcesz ze mną rozmawiać, kiedy przez ostatnie lata skutecznie zabijałaś milczeniem moją miłość do ojca?
Rozpłakała się, Filip też miał łzy w oczach.
– To nie tak miało być, wiem, chciałabym cię przeprosić.
– Sądzisz, że ojcu coś to da?
Wziął chusteczkę z paczki, wycierał nos, łzy nie chciały się zatrzymać. Nie wierzył sam sobie, przecież nigdy tak się nie rozczulał.
– Przepraszam – powiedział w końcu do matki, która była w podobnym do niego stanie – mów do mnie i obiecaj, że nigdy mnie już nie będziesz okłamywać.
Rzucili się sobie w ramiona.

Historia życia jego ojca była barwna i nietuzinkowa, jak z powieści awanturniczej Dumas’a. Przyszedł na świat w ubogiej rodzinie robotniczej jako wcześniak. Lekarze dawali mu niewielkie szanse na przeżycie, ale walczył i nie poddał się. Nie wierzyli własnym oczom, kiedy pewnego dnia rozkrzyczał się na całą porodówkę. To był pierwszy znak, że chłopak po miesiącu inkubatora zdrowieje.
Od dnia narodzin był bardzo uparty i zawzięty. Pierś matki mógł ssać godzinami i chociaż nie był głodny, to nie można go było od niej odstawić. Szybko przybierał na wadze i po sześciu miesiącach pierś mu nie wystarczał. Wszelkiego rodzaju odżywki i kleiki to nie była jego półka z żywnością. Dostawał w dzień dwie butelki grysiku, dwie miseczki zupy i kromkę chleba.
W wieku trzech lat przewrócił biblioteczkę pełną książek i wszyscy przewidywali, że będzie wielkim siłaczem. Zaczął chodzić bardzo szybko i jeszcze szybciej rozrabiać. Trzeba było przed nim wszystko chować. Ojciec pieklił się na niego, ale dla matki był bezkarny. Poczucie bezkarności towarzyszyło mu także w młodości.
Do szkoły zupełnie się nie nadawał, nie żeby był tępy, ale miał przysłowiowe owsiki, nie usiedział na miejscu dłużej niż pięć minut. Narzekali na niego rodzice, narzekali także nauczyciele i księża, narzekali sąsiedzi. Pierwsze pasy dostał od ojca, kiedy sąsiadka przyszła do rodziców na skargę, że pobił ich syna. Ów syn był starszy o cztery lata i dużo wyższy, a jednak oberwał.
Andrzej nie był normalnym chłopcem, ale rozbójnikiem. Wkrótce wszyscy zaczęli się go bać. Nie wiadomo było, co z nim zrobić. Uderzyć chłopaka nikt z dorosłych nie chciał, bo dziecko, z drugiej strony wytrzymać jego wybryki było rzeczą niemożliwą. Potrafił skakać po drzewach i stamtąd rzucać kamieniami w przechodniów, wchodzić na dachy bloków i kominy z zamiarem ich zwalenia, a nawet kraść warzywa w ogródku księży i sprzedawać je bezczelnie na targu.
Bardzo szybko dorastał i błyskawicznie rósł, zmieniał się przy tym w chuligana. W szkole miał same problemy, ale nauczyciele przepychali go z klasy do klasy, aby tylko się go pozbyć. Nie było dnia, aby coś nie zmalował, nie było tygodnia, aby policja nie odwiedzała ich w domu ze skargą na jego złe zachowanie, podejrzenia o kradzieże a nawet o pobicia.
Pewnego dnia dowiedzieli się, iż Andrzej prowokuje bójki w szkole ze starszymi chłopakami. Proponuje im walki na pięści za pieniądze. Jeśli któryś chce się z nim zmierzyć, musi zapłacić kaucję. Gdy wygra, powali go na ziemię lub doprowadzi do poddania się, otrzyma również jego pieniądze. Był chudy i wszystkich na to nabierał. Godzili się na jego warunki, potem najwyżej dwoma ciosami powalał ich i zgarniał pieniądze.
Wreszcie pozbyli się kłopotu nauczyciele z podstawówki, a zaczęły się problemy w średniej szkole. Zmieniał je regularnie, co pół roku. Pewnego razu stwierdził, że nie będzie tracił czasu na szkołę i przestał chodzić. Zanim jednak do tego doszło, zdążył znokautować niejednego maturzystę, pobić niejednego przypadkowo napotkanego chłopaka.
Rodzice ze zgryzoty nie wiedzieli, co mają z nim zrobić. Straszyli poprawczakiem, straszyli więzieniem i policją. Nie pomagało. Jego matka, babcie Filipa, zmarła dość młodo na raka, a ojciec bardzo się rozpił i po jej śmierci stracił sens życia. Na Andrzeja to nie podziałało. Szukał swego przeznaczenia, walczył, z kim się da, wracał po kilku dniach z aresztu, ale szumiał. Aż nadszedł pewien dzień.

Dwie ulice dalej od blokowiska Andrzeja, w domku jednorodzinnym mieszkała zamożna rodzina Klarów. Byli bogaci. Ich ojciec pracował dorywczo w Niemczech, a rodzina niemiecka regularnie ich wspierała. Mieli syna Juliusza, który był młodszy o rok od Andrzeja. Jego cechy charakteru to spokój i opanowanie, systematyczność w nauce i ogólnie wysoka kultura osobista. Dojeżdżał on również do Kluczborka do szkoły średniej, ale jakoś nie trafił na znanego wszystkim rozbójnika Dziubińskiego.
Wołczyn znał wówczas dwóch rozbójników, Rumcajsa z telewizyjnej dobranocki i Dziubińskiego. Ten drugi był o wiele groźniejszy i jego też bali się wszyscy, gdziekolwiek by się nie pojawił. Wszyscy chcieli z nim żyć w zgodzie i woleli schodzić mu z drogi.
Pewnego słonecznego dnia jednak nadszedł kres jego panowania na ulicach miasta. Szedł z kolegami chodnikiem a z naprzeciwka szedł Juliusz w towarzystwie dziewczyny. Rozmawiali sobie o różnych sprawach, gdy mijając chłopaków Andrzej celowo zrzucił dziewczynie na głowę kępę trawy. Przystanęli wszyscy, śmiali się i pokazywali na nią, jakie to niby ma piękne zielone włosy.
Juliusz stanął w obronie dziewczyny. Zaczęli go straszyć, „czy nie wie, do kogo mówi, przecież to Dziubiński, dostanie od niego po swoich równych białych zębach i mamusi będzie przykro”. Juliusz był nieco niższy, drobniejszy, jeszcze rósł, wyglądał na chudszego i w opiniach zebranych gapiów nie miał szans. Andrzej chcąc zaimponować dziewczynie, dał mu jeszcze możliwość wycofania się, ale tamten zawzięcie i honorowo odmawiał.
Przejeżdżający drogą samochód zatrzymał się z piskiem opon. Wysiedli z niego rodzice Juliusza i dołączyli do zebranych. O dziwo ojciec wysłuchał racji syna i głośno powiedział, że chłopak nie może się wycofać, bo chodzi o honor dziewczyny, ale pojedynek musi być toczony fair. Zeszli z chodnika na plac. Ojciec Juliusza kijem obrysował koło, wokół którego mieli zebrać się gapie i nie wolno było go przekroczyć. Dziewczyna, z którą szedł Julek o mało nie zemdlała ze strachu, prosiła dorosłych, aby nie pozwolili na walkę. Bez skutku.
Pół miasta przyszło obserwować wydarzenie. Taka gratka nie zdarza się często.
Ojciec Julka przy wszystkich obecnych zapytał jeszcze raz rywali, czy chcą walczyć, a może wolą zrezygnować z walki i podać sobie dłonie? Dziubiński nie chciał przeprosić dziewczyny, więc zaczęło się.

Andrzej z ogromnym impetem rzucił się w stronę rywala i młócił powietrze jak cepem. Nie trafił go. Wszyscy mówili, że Julek jakoś dziwnie stoi, bokiem, w dodatku lewym do przeciwnika i trudno jest w takim razie walczyć. Atakujący jednak nie dawał za wygrane. Dwukrotnie machał ramionami w stronę Julka, ale na próżno. Potem Julek przeszedł do ataku.
Przeczekał moment aż powracające ramię Andrzeja odsłoni jego szczękę, a potem lewą ręką trafił w nią dwukrotnie. Ciosu mocnego nie miał. Andrzej podniósł się z ziemi i ponownie zaatakował zapominając o obronie. Upadł po raz drugi, bo zamachnął się bardzo, a gdy nie trafił, stracił równowagę. Znowu szybko wstał i biegł w stronę przeciwnika. Nie trafił i trzeci raz upadł bez ciosu. Targany złością znów się podniósł. Ramiona wzniósł na wzór Julka.
Tym razem podszedł do niego powoli. Julek zaczął skakać i za każdą próbą ciosu Andrzeja, uchylał się. Andrzej już go nie trafił, pocił się, sapał, ale nie trafiał. Wreszcie usiadł na ziemi i przyznał, że Julek jest lepszy. Tego dnia na pewno go nie pokona, muszą przenieść walkę na inny dzień. Wszyscy śmiali się do rozpuku po tym oświadczeniu.
Jak się okazało, wujek zwycięzcy był zawodowym trenerem boksu w klubie policyjnym. Trenował Julka dwa razy w miesiącu, a całe wakacje chłopak wałęsał się z nim po różnych obozach treningowych i chcąc nie chcąc ćwiczył. W pojedynku spotkali się więc dwaj mistrzowie. Jeden to uliczny zabijaka, drugi to może słabszy, ale lepszy technicznie bokser amator.

Przez kilka dni Andrzej nie wychodził z domu. Wstydził się. Dostać łomot od chłopaków na jakiejś zabawie, wyjechać z dyskoteki z połamanymi rękami to nie wstyd. Dostać po pysku przy całym mieście od jakiegoś chudzielca to zniewaga.
Był jednak bardzo zawzięty i po kilku dniach stanął w progu domu Julka. Przeprosił jego, ojca, obiecał też przeprosić dziewczynę, ale błagał, aby pozwolili mu trenować razem z Julkiem. Znali jego reputację i najpierw zadzwonili do klubu z prośbą o opinię. Padło żądanie, aby chłopak przyjechał na sprawdzian w ringu.
Trener przygotował do walki dobrego zawodnika. Chciał, aby rozrabiaka dostał łomot i poczuł respekt. Ubrali Andrzeja w ochraniacze i pokazali ring. Nie pytał o nic, szedł na ring z żądzą walki. Nauczony podstaw obrony przez Julka nie szarżował. Niezdarnie robił wyuczone uniki i skłony. Dostał całą serię na korpus i głowę, potem drugą i trzecią. Trener był zachwycony, jego zawodnik był jednym z lepszych w tej wadze.
Kiedy już trener miał zamiar zakończyć walkę i odesłać rozrabiakę do domu z kwitkiem, ten nieoczekiwanie przeszedł do natarcia. Właściwie dwóch ciosów nie można nazwać wielkim atakiem, a jednak w tym przypadku były. Pewny siebie, przepisowo zasłonięty za podwójną gardą zawodnik odskakiwał właśnie od przegiętego nieco w pół kandydata na zawodnika, gdy otrzymał potężnego prawego sierpa w okolicę lewego ucha. Stanął ogłuszony jak ryba, ręce mu opadły nieco w dół i wtedy dostał poprawkę już na szczękę.
Na ring leciał ochraniacz na zęby a w ślad za nim zawodnik, za zawodnikiem jego ramiona.
Andrzej został natychmiast powołany do klubu, w którym mógł odsłużyć wojsko i zdobyć zawód, a po wyjściu dostać się do pracy w policji. Oczywiście, jeśli się sprawdzi i potem zda maturę.
Trafił zatem wreszcie na swoje miejsce i czas, mógł dowoli walić w worki i po szczękach, a nawet brać za to pieniądze. Po pół roku stanął na ringu w obronie barw klubu i nigdy nie zawiódł.

Kilka lat później, gdy wydawało się, że zmądrzał, robił oszałamiającą karierę i dobrze zarabiał, został wezwany do domu na pogrzeb ojca, o którym całkiem zapomniał. Poznał wtedy dziewczynę, w której się zakochał, zrobił jej dziecko, a następnie ożenił się z nią. To była ta sama dziewczyna, której kiedyś z głupoty włożył na głowę trawę.
Kilka miesięcy po ślubie, kiedy żona chodziła w ciąży, zaczął hulać i pić. Mówił, że z żalu, bo zmarnował życie matki i ojca, potem pił, bo dziewczyna w ciąży, bo się ożenił, bo urodził mu się syn.
Pewnego razu na chodniku spotkał Julka, którego kiedyś los postawił na jego życiowej drodze. Musiał z nim wypić, bo kolega także dostał pracę w policji. Bardzo się wtedy zaprzyjaźnili. Mieli też powody, aby pić. Jeden z radości, bo powiększała mu się rodzina, drugiego z kolei życie rodzinne po trzech latach nieudanego związku rozsypywało się wolno, więc pił z żalu.
Obaj patrolowali miasto, a po służbie szaleli. Hulali po zabawach i wszczynali bójki. Poznali ich bywalcy dyskotek i zabaw od Wrocławia po Cieszyn. Legitymacje policyjne ratowały ich z opałów. Andrzej całkowicie zarzucił karierę sportową, choć trener po niego wiele razy dzwonił i przyjeżdżał.
Julek jeździł na treningi z miłości do boksu. Mimo świetnej techniki nie miał jednak mocnego uderzenia i nie wierzył, że może czegoś w boksie dokonać. Kariera bokserska Julka upadła całkiem po wypadku na motocyklu. Jechał na nim pijany i miał szczęście, że przeżył. Dzięki Andrzejowi prawda została ukryta i kolega nie wyleciał ze służby.
Julek wrócił do pracy po długim okresie rekonwalescencji, był zmienionym człowiekiem. Chciał podjąć porzucone przez głupotę studia zaoczne i zrobić uprawnienia trenera boksu. Nawrócił się także jako ojciec. Chciał więcej czasu spędzać z synem Szymonem. Niestety, jego żona podała go o rozwód, gdy kiedyś poturbował ją w napadzie szału.

Andrzej za wzorem kolegi także poświęcał więcej czasu swojemu synowi, Filipowi. Trenował go na mistrza. Chłopak garnął się do boksu i wydawał się zdolniejszy od ojca. Miał charakter bardziej podobny do matki lub do Julka niż do ojca. Ćwiczyli z synem boks dzień w dzień, worek, skakanka, do znudzenia. Andrzej mawiał, że układa rękę małemu i ćwiczy technikę, bo siłę ma w pięściach jak byk. Oczywiście po ojcu, który specjalnie dla syna uszył skórzany pas mistrzowski.
Wiele razy Julek odwiedzał Andrzeja, doradzał mu, jak trenować, aby chłopaka nie zniechęcać i Filip robił zdumiewające postępy. Często słyszał z ust Julka zdanie: „Mój nie jest taki zdolny, ta bestia go tuczy” albo „Filip jest niesamowicie szybki, szczególnie jego prawy”.
Idylla trwała kilka lat. Filipowi urodził się brat, Kamil, miał też iść tego roku do szkoły, gdy wydarzyła się tragedia. Andrzej i Julek pojechali na wiejską zabawę, pili i awanturowali się, zaczepiali dziewczyny. Byli z Wołczyna i za dobrze sobie rządzili. Miejscowi nie wytrzymali i wyzwali ich na zewnątrz. Mieli walczyć.
Przed Andrzejem stanął osiłek wielki jak góra. Policjant lekceważył nieznajomego, stał z butelką piwa i czekał na jego pierwszy ruch. Tamten najwyraźniej też był pijany, klął i odgrażał się, wreszcie widząc w dłoni Andrzeja butelkę, wyciągnął nóż. Nie zdążył go użyć, bo dostał potężny prawy podbródkowy, aż coś zachrobotało. Jakby wyrwało go z ziemi. Runął na wznak i nie dawał oznak dalszej chęci walki.
Nikt więcej nie chciał się bić, więc obaj weszli do środka dalej hulać.
Dopiero po jakimś czasie wyprowadzono ich pijanych do radiowozu. Andrzej zabił tego człowieka, nie chciał tego zrobić, na pewno, ale jednak zabił. Potężny cios połamał nieznajomemu szczękę, a uderzenie głową o kamień dopełniło dzieła.
Kiedy dwa dni później wrócił do domu, nikt go nie poznał. Postarzał się, spoważniał, pożółkł i jakby spuchł. Na widok rękawic na rękach Filipa bez słowa zdjął je, zdjął worek bokserski, swoje rękawice, wszystkie pamiątki, puchary, sprzęty i w wielkim pudle wyniósł wszystko do piwnicy.

Działał w obronie własnej, napastnik miał nóż i nie był sam. Andrzej Dziubiński oraz Juliusz Klar zostali wciągnięci w zasadzkę i mogli się spodziewać agresji większej ilości napastników, dlatego ich działanie można było zaliczyć do obrony koniecznej. Brzmiał uniewinniający wyrok sądowy.
Następnego dnia Andrzej wyleciał z policji i wylądował w fabryce przy miotle. Juliusz natomiast otrzymał karę dyscyplinarną i ominął go awans.

Opowiadania o ojcu i dzieciństwie Filipa pobudzały jego pamięć i wiele obrazów zamkniętych gdzieś w pokładach świadomości dopiero teraz znajdowało swoje potwierdzenie. Trenowanie boksu w dzieciństwie wydawało mu się niedorzecznością lub snem. Teraz jednak zmienił zdanie. Wiele rzeczy zrozumiał, lecz o niektóre chciał jeszcze zapytać.
– Mamo, dlaczego to wszystko ukrywaliście w tajemnicy?
– Nie było się czym chwalić. Zresztą, jak ci miałam powiedzieć, że twój ojciec jest mordercą? – Zmartwiła się.
Filip milczał chwilę. Patrzył na zegar, było już bardzo późno.
– Mogę ci zadać ostatnie pytanie?
– Tak, proszę.
– Dlaczego nie wyszłaś za Julka?
Trafił na jej czuły punkt, na jej wielką tajemnicę. Domyślił się z jej opowiadania, chciała tego, musiał to kiedyś w końcu wyrzucić z siebie.
– Pamiętasz, rozmawialiśmy kiedyś o Luizie i ty powiedziałeś, że jesteś przy niej nikim? Zabolało mnie to. Moja historia powtórzyła się. Kiedy poznałam Julka, był w dobrej szkole, pochodził z bogatej rodziny, nie miałam szans. Parę razy zaprosił mnie na spacer, flirtował ze mną, ale nie wierzyłam, że może mnie pokochać. Po maturze poszedł do kolejnej szkoły, zdawał na studia, ożenił się i o mnie widocznie nie myślał.
– Rozumiem.

ROZDZIAŁ 34 ROZDZIAŁ 36

Rozdział 34

Umówił się z nią na niedzielny spacer. Przeszli przez rynek i skierowali się na cmentarz. Filip pomodlił się przy grobie ojca. Luiza także się modliła.
– Brakuje ci go? – Pytała w drodze powrotnej.
– Nie, nie brakuje mi go, ostatnio nie mieliśmy ze sobą kontaktu, ale dopiero teraz wiem, dlaczego.
Pogoda zepsuła się na tyle, że musieli przyspieszyć kroku.
– Idziemy do mnie, mama zaprasza cię na herbatę lub kawę i ciasto, nie możesz mi odmówić.
Przytuliła się do niego.

Weszli do niego do pokoju najedzeni.
– Ciasto było pyszne, jeszcze nigdy tyle nie zjadłam. – Zobaczyła kwiaty w wazonie. – O, jakie piękne kwiaty!
– To dla ciebie – podszedł do niej.
Odwróciła się do niego. Trzymał w ręku niewielką kolorową kopertę.
– Chciałbym – zaczerwienił się – dać ci jakiś prezent, ponieważ ty o mnie pamiętasz i dzięki tobie jestem, kim jestem.
Podał jej kopertę. Wyciągnęła długi gruby łańcuch srebrny z bordowym sercem z koralu. Oczka łańcuszka były niezwykłe, okrągłe i pięknie odbijały światło, serduszko było duże oprawione srebrem.
– Bardzo ci dziękuję – miała łzy w oczach i pocałowała go w policzek.
– Urodziny miałaś na początku roku, imieniny także. Chciałbym ci podziękować za to, jaka jesteś dla mnie. Bardzo cię kocham i chcę prosić, abyś o mnie zawsze pamiętała.

Nie spodziewała się tego, co przygotował dla niej Filip. Był bardzo miły, tak uroczo się tłumaczył i tak bardzo ją kochał. Płakała ze szczęścia. Potem mówił o ojcu, że nigdy nie miał dla niego czasu, nie rozmawiał z nim, przeżywał okres buntu i był zbyt krytyczny w stosunku do niego. Wreszcie przepraszał ją za fakt, że od początku ich znajomości nie miał dla niej czasu i nadal go niewiele ma, przepraszał, że był takim egoistą.
– Wariacie, dlaczego mnie tak przepraszasz, chcesz, żebym płakała cały wieczór? – Przytulała się do niego.
– Wiele rzeczy ostatnio zrozumiałem, dotarło do mnie i tyle. Pamiętam, jak spacerowaliśmy zawsze i rozmawialiśmy, zawsze moje tematy były najważniejsze, zawsze moje problemy. Ile razy przychodziłaś i odprowadzałaś mnie do autobusu, zawsze cierpliwie mnie słuchałaś. Wszystko pamiętam, za to cię kocham, nawet nie wiesz, jak bardzo.
Całowali się, ale z wrażenia dziewczyna płakała i nie mogła przestać. Nikt nie był dla niej jeszcze taki czuły.
– To miłe, że jestem pierwszy i chciałbym być ostatnim.
– Brzmi jak oświadczyny – wycierała nos.
– Już niedługo ci się oświadczę, zbieram na to pieniądze od jutra.
Roześmiali się oboje.
– Chciałbym, abyś opowiedziała mi o swojej pierwszej miłości, o rodzinie i o czym jeszcze będziesz chciała. Bardzo mnie to wszystko interesuje, ale jakoś zawsze ty mnie pytałaś, a ja opowiadałem.

Zaczęła opowiadać o rodzicach, jak w dzieciństwie odkryli, że ich córeczka jeszcze niewiele rozumie, ale powtarza jak papuga mówione na głos wyrazy, zdania. Niektóre były trudne i w pewnym momencie rodzice zaryzykowali i zaczęli uczyć ją wyrazów z języka angielskiego. Łapała je w lot i już w wieku pięciu lat potrafiła mówić zdaniami w języku obcym. Na początku były to proste „Przynieś chleb”, „Gdzie jest moja piłka?”. Później prowadzili już coraz bardziej zaawansowane dialogi.
W roku szkolnym rodzice załatwiali jej korepetytora, którego zadaniem było rozmawianie z nią, a nie nauka pisania i czytania. Tak, dobrze wspomina ten okres. Jej pierwszym nauczycielem, z którym rozmawiała wyłącznie po angielsku, był Dec. Filip poznał go. Dopiero w szkole podstawowej poznawała zasady pisowni języka angielskiego.
Czytać i pisać nauczyła się mimochodem. W domu zawsze było pełno książek. Mama zaczytana w książkach, tata w książkach, a jej zaprenumerowali czasopisma, które nosiła ze sobą i pokazywała obrazki. Wreszcie pewnego dnia mama zaczęła uczyć ją liter. Pierwsze wyrazy składała jako trzylatek, a jako czterolatek miała swoją kartę w bibliotece dziecięcej.
Potem przyszedł czas na dwór i koleżanki z podwórka. Jak tylko błysło słońce, nie mogła usiedzieć w domu. Zabierała wiaderko i łopatkę i szła do drzwi, mama wyprowadzała ją na podwórko, a tam czekała piaskownica. O, w blokach było bardzo dużo dzieci i mimo nawet złej pogody wychodzili i było z kim się pobawić. Uwielbiała podwórko i zabawy z innymi dziećmi, w domu czuła się bardzo samotna. Rodzice byli zajęci pracą, ale na szczęście miała ukochane zabawki i książki.
W czwartej klasie tata zauważył, że nie robi już postępów w angielskim i postawił przed nią ważny cel, certyfikat pierwszego stopnia, który będzie mogła zdać za parę lat. Wyjaśnił jej, że z jej wiedzą będzie mogła uczyć inne dzieci i udzielać korepetycji, będzie miała dużo pieniędzy na własne potrzeby. Nie rozumiała tego wówczas i buntowała się przeciwko nauce szczególnie wtedy, gdy na podwórku wrzało.
Nauka języka szła jej bardzo dobrze, wygrywała olimpiady i kończyła na centralnych, najwyżej jako czwarta w kraju. Już ją ta nauka nudziła, gdy tata podrzuciła jej książkę do podstaw niemieckiego. Bardzo jej się ten język spodobał, bardzo też chciała się go nauczyć. Kiedy stwierdziła, że nie da sobie rady w szkole, jeśli tyle czasu będzie poświęcać językom. Ojciec pocieszył ją mówiąc, iż ma się uczyć tego, co sprawia jej satysfakcję. Języki obce były i są jej pasją.
Już w klasie siódmej dawała korepetycje. Najpierw tłumaczył i pomagała koleżankom w klasie, potem dzieciom z bloków, które przychodziły do niej z prośbą o pomoc. Zamiast odrabiać im zadanie lub dawać ściągać, proponowała korepetycje. Ojciec był bardzo z niej dumny. Teraz mogła prenumerować pisma, jakie chciała, także kupować książki, które jej się podobały.
Dzięki językom miała kieszonkowe zawsze, chociaż rodzice mimo biedy nie szczędzili jej grosza. Miała to, co chciała i to, co aktualnie dla większości dzieci było modne. Pamięta nawet, kiedy pewnego razu rodzice pokłócili się. Mama była wówczas w ciąży z Sandrą. Dziewczyny jeździły po podwórku na rolkach, a ona stała i przyglądała się im. Mama koniecznie chciała kupić jej rolki i to natychmiast, tato twierdził, że mają ważniejsze wydatki. Dostała rolki, nie prosiła o nie, dostała je.
Podobnie dostawała rowery, magnetofony, łyżwy i inny sprzęt, kiedy tylko istniała taka potrzeba. Nigdy nie prosiła, rodzice sami zauważali, że potrzebuje, więc dostawała. Nie mieli pieniędzy, zaciągali kredyty, spłacali długi, ale uważali, że jej jest to potrzebna do ogólnego rozwoju. Bardzo ją kochali i nigdy niczego jej nie żałowali. Nie szantażowali jej też w sposób „Dostaniesz coś, jeśli…”, nie kazali dziecku czekać na urodziny, łaskę ciotek czy chrzestnych. Bardzo ich za to kochała.
Kiedy na świat przyszła Sandra, niczego to w ich życiu nie zmieniło. Mama tylko od czasu do czasu ostrzegała „Ten rower ma być jeszcze dla Sandry, nie zniszcz go, nie rzucaj, szanuj wszystkie zabawki”. Dzięki temu nauczyli ją szanować rzeczy i pieniądze.
Na wszystko, co samodzielnie kupowała, musiała mieć paragon, a jeśli to było jakieś urządzenie, gwarancję. Za zarobione pieniądze kupiła sobie walkmana, po prostu poszła do sklepu, wybrała najlepszego i kupiła. To był jej wybór i to jej się podobał, a tata zawsze chwalił ją i mawiał, że „ma być zadowolona z siebie i swoich wyborów, bo inaczej człowiek wiecznie jest nieszczęśliwy”. Zostało jej to do dziś.
Wspominała, jak pierwszy raz spodobał się jej chłopak z parku. Był ślicznym blondynem o niebieskich oczach. Chodziła do tego parku często w nadziei, iż spotka go jeszcze kiedyś, ale niestety. Widziała go potem może raz lub dwa razy. Po kilku latach niewidzenia i tak go poznała, a potem pokochała i to jest miłość jej życia, Filip Dziubiński.
Od chwili, kiedy spotkała Filipa, świat przestał dla niej istnieć, a jest tylko on.

Pocałował ją, kiedy skończyła opowiadać.
– A powiedz, żartujesz o naszym małżeństwie i dzieciach, czy mówisz poważnie? – Dopytywał się.
– Nie żartuję – patrzyła mu w oczy. – Ja skończę szkołę i właściwie będę gotowa. Niestety, aby uniknąć sądowych korowodów musimy czekać na ciebie.
– I rezygnujesz z kariery, przeprowadzki do wielkiego miasta, wielkiego świata? – Pocałował ją w rękę. – Z twoją urodą i talentem?
– Ty znowu pełen obaw i niewiary. Wszędzie można być szczęśliwym. Chciałbyś zarabiać krocie i być niewolnikiem pieniędzy? Potrzebujemy pieniędzy na mieszkanie czy dom, samochód, wychowanie i edukację dzieci. Możemy je zarobić wszędzie, nie trzeba ich szukać po całym świecie.
– Nie chciałabyś zarabiać więcej?
– Filip, czy chcesz mieć dwa domy, czy będziesz jednocześnie jeździł dwoma samochodami. Jest wiele zachłanności wśród ludzi. Chcesz być taki sam i nigdy nie mieć dosyć? Ja nie chcę poświęcać życia karierze i zarabianiu pieniędzy, ja chcę poświęcić je tobie i naszym dzieciom, to jest mój cel. Reszta to tylko sposób zarabiania na życie, na chleb.
– Zwierzęta jedzą tyle, ile muszą, aby przeżyć, a drapieżniki polują także tylko wówczas, gdy czują głód.
– No, pięknie nas podsumowałeś, nie ma co.
– Wszystko mi się mąci. Kiedy dostałem się do wymarzonej szkoły średniej, wydawało mi się, że osiągnąłem życiowy cel. Nie kojarzyłem go z przyszłością i pracą, rodziną, dziećmi.
– To błąd, ale kto z nas myślał o przyszłości? Dla większości przyszłość to sobota wieczór, ważny sprawdzian lub koniec szkoły, nie dalej.
– Ale ty myślałaś?
– Tak. Zawsze chciałam być dorosła, pracować, zarabiać i z rodziną poznawać świat. Podejrzewam, że wszystkie dziewczyny tak myślą.
– Chyba masz rację. Kiedy chłopcy bawią się w strzelanego, dziewczynki noszą na rękach lalki.
– Ja też miałam lalki, ale odkąd pojawiła się Sandra, rzuciłam je w kąt. Zrozumiałam, że najważniejsze są żywe lalki, ludzie, a nie kukiełki. Ucząc się języków zrozumiałam, że nie one są ważne, lecz ludzie, których będę mogła dzięki nim poznać, tutaj i za granicą. W szkole natomiast nauczyłam się, że nie szkoła jest ważna, lecz przyszły zawód i moja praca dla rodziny.
– Dlaczego zawsze mówisz o rodzinie?
– Bo ona jest najważniejsza. Będziemy żyli dla naszych dzieci, a one będą takie, jakie my. Tyle będą wiedziały o życiu, ile my im powiemy.
– Moi rodzice niewiele ze mną o tym rozmawiali – zasmucił się.
– Może nie mieli czasu, ale ty masz oczy i sam widzisz, myślisz i wyciągasz wnioski. Większość dzieci tylko krytykuje, nie myśli konstruktywnie, a jedynie neguje.
– Jak mają myśleć?
– Nie wiem. Ja nie krytykuję rodziców, widzę, ile wysiłku wkładają w pracę i ile nam dali z siebie. Współczesna młodzież jest nastawiona tylko na branie, więc jeśli nie dostają, buntują się i krytykują. Sami niczego nie potrafią zdobyć i stworzyć.
– Ja też nie – przyznał się Filip.
– A siatkówka, a szkoła? Przecież tyle lat treningów musiało kosztować wiele wyrzeczeń i pracy nad własnym charakterem.
Filip nie myślał tak o siatkówce. Wydawało mu się, że zaczął trenować całkiem przypadkowo, potem chodził na treningi, bo nie było nic do roboty. Fakt, siatkówka wypełniała jego życie, które byłoby bez niej bardzo nudne i nijakie. A może chował się do tej pory za nią? Możliwe, ale teraz dziękował Bogu, że akurat tak pokierował jego losem.

Luiza wstała.
– Czas na mnie, już późno, a ty masz jeszcze papiery.
Odprowadził ją pod sam blok babci i pocałował na pożegnanie.
– Dziękuję za prezent i kwiaty, jesteś bardzo kochany.
– Ty jesteś kochana.
Pocałował ją.
– Jaką miałeś w piątek pozycję w konkursie?
– Dwunastą i nie chciałbym jej stracić.
– A wiadomo, którego wyjeżdżasz na turniej?
– Za dwa tygodnie. To jest mój ostatni tydzień w szkole, potem zawieszam się w obowiązkach ucznia.
– To jak się będziemy widywali?
– Będę dzwonił.
– Widywali, a nie słuchali.
– Nie wiem, chyba nie będziemy.
Zrobiła obrażoną minę.
– Ale jadę z tobą na turniej?
– Ma trwać dwa dni, nie wiem, jakie będą warunki hotelowe?
Uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo.
– O to się nie martw, mogę sobie wynająć pokój, gdzie zechcę.
– Byłoby świetnie, gdybyś była ze mną, opatrywałabyś mi rany i pocieszała, kiedy oberwę.
– Kto walczy, ten obrywa, kto nie walczy, umiera rozżalony.

ROZDZIAŁ 33 ROZDZIAŁ 35

Dzień był zimny, ale na szczęście nie było wiatru. Ani Filip, ani Luiza nie lubili chłodnego wiatru. Jechali do Częstochowy dużym samochodem. Z przodu rodzice Luizy, a z tyłu Filip, Luiza i Sandra. Ojciec Luizy pierwotnie chciał, aby Filip jechał z przodu z powodu długich nóg. Filip wyjaśnił, że bardzo mu zależy na siedzeniu z Luizą.
Kosowscy wyglądali na bardzo szczęśliwą parę mimo upływu lat. Filip zdał sobie sprawę z faktu, że swoich rodziców nigdy nie widział razem, nie okazywali sobie też tak uczuć i szacunku.
Podczas jazdy rozmawiali o pogodzie i o wielu innych codziennych sprawach. Filip siedział przy swojej ukochanej dziewczynie i w większości milczał. Ten stan odpowiadał mu zupełnie, przebywanie w towarzystwie tej rodziny działało na niego kojąco. Jakoś nie potrafił myśleć o przykrych sprawach, było mu dobrze, lubił ich wszystkich. Widział, jak Kosowski przekomarza się z Sandrą, a Luizą z matka, jak jest im razem ze sobą dobrze. Zazdrościł im tego.

W kościele Filip poszedł do spowiedzi. Wydawało mu się, że nie potrwa to długo, ale od słowa do słowa i zaczął opowiadać niewidocznemu słuchaczowi swoje stosunki z ojcem, który zmarł, a któremu nie mówił, jak bardzo go kocha. Gardził nim za pijaństwo, a ojciec pijakiem nie był.
Uspokojony wstał w końcu od konfesjonału z poczuciem ulgi. Był szczęśliwy, że w końcu mógł przyznać się głośno przed Bogiem i nazwać swoje zachowanie.
Kiedy usiadł obok Luizy, był odmieniony.
– Pomogło? – Szeptała do niego.
Kiwał głową i wpatrywał się w ołtarz.
Chciał jeszcze chwilę posiedzieć, kiedy cała rodzina Luizy wyszła na mury obronne.

Sandra biegała z mocno naciągniętą czapką, a Luiza stała z matką pod ramię. Ruszyli, gdy dołączył do nich Filip. W milczeniu spacerowali po murach twierdzy.
Ojciec Luizy został z tyłu i szedł z Filipem.
– Zaraz jedziemy – powiedział. Wyglądało na to, że chciał z nim porozmawiać, lecz nie wiedział, od czego zacząć.
– Jeszcze dzisiaj mam trening.
– Trenujesz nawet w niedzielę?
– Tak, proszę pana, mam wiele zaległości technicznych i muszę je wyćwiczyć, zanim stanę na ringu i będzie za późno.
– A kondycja?
– W porządku. Nie jestem pewien tylko dwóch rzeczy.
– Można wiedzieć, jakich, jeśli to nie tajemnica?
– Pierwsza sprawa to taka, że nie wiem, na ile jestem odporny na uderzenia? Może się okazać, że raz dostanę i po walce. Tego się boję. Po drugie natomiast nie wiem, czy w ogóle chcę boksować? Teraz widzę nieco jaśniej pewne sprawy.
– Teraz, po śmierci twojego taty?
– Tak – Filip zamyślił się. – Wydaje mi się, że zacząłem boksować, bo chciałem jemu coś udowodnić. W ogóle nie znałem go, chociaż żył obok mnie, nie było czasu, aby się zbliżyć. Wiecznie szkoła, nauka, siatkówka. Zazdroszczę panu, że potrafi pan znaleźć czas dla rodziny.
– Nie mówił ci, że chciałby, abyś boksował?
– Nie, mało zresztą rozmawialiśmy.
– Ale zaraz, przecież sam boksował, więc na pewno chciałby, abyś i ty boksował?
– Mój ojciec nie boksował – Filip zaprotestował.
– Wydaje mi się, że tak, ale mogę się mylić.
– Na pewno. – Przez pamięć przeleciał mu jednak obraz ojca stojącego przed workiem w rękawicach bokserskich.
Szli dalej, kobiety przed nimi posuwały się wolno naprzód. Luiza odwróciła się i uśmiechnęła do nich.
– Wiesz – zaczął z powagą jej ojciec – Luiza jest teraz całkiem innym człowiekiem, odkąd poznała ciebie. Jej życie nabrało sensu i radości.
– Naprawdę? – Spytał zawstydzony Filip. – Moje życie też nagle pobiegło sprintem naprzód, podczas gdy do tej pory ślimaczyło się.
– Trzymamy za ciebie kciuki, abyś wygrał ten turniej i wracał w glorii do domu. Chcielibyśmy cię też zaprosić na Wigilię do nas, ale obawiamy się, że nie zechcesz z powodu…, sam rozumiesz?
– Tak – zastanawiał się. – Ta Wigilia będzie ciężka dla mojej rodziny.

Całe popołudnie i połowę nocy Filip miał zamiar spędzić nad papierami. Jego inwestycje stawały się coraz pewniejsze i bardziej profesjonalne, chociaż sam uważał, iż jest zwykłym laikiem, który niewiele wie o giełdzie. Dopiero lata treningu pozwalały mu zmieniać zdanie o sobie. Nie wierzył w sukces, jeżeli przychodził zbyt łatwo.
Gdy matka zawołała go późnym wieczorem do telefonu, myślał, że dzwoni Luiza.
– Tu Marcel, poznajesz kumpla z klasy? – Ledwo go słyszał.
– Tak, ale słabo cię słyszę! – Podniósł głos.
– Słuchaj, jestem z dziewczyną w pubie u was, miałeś tutaj urodziny.
– To świetnie.
– Tak, ale kilku osiłków czeka na mnie przed lokalem, chcą się bić, pomożesz?
– Zaraz tam będę!
Szybko ubrał buty i wziął kurtkę. Zerknął do pokoju, w którym matka oglądała telewizję.
– Mamo, idę do „Artusa”, mój kolega mnie potrzebuje. Wracam za pół godziny.
Szalik i rękawiczki ubierał w biegu.

Gdy dotarł do lokalu, zauważył przed nim dwóch nieznajomych. Wszedł do środka i wyglądało, że zdążył na czas.
Nieznajomy stojący tyłem do niego właśnie stał przy Marcelu i tarmosił go. Nalegał, aby wyszedł z nim na zewnątrz, bo inaczej weźmie go siłą razem ze stolikiem. Dziewczyna Marcela prosiła, aby zostawił go w spokoju, przecież niczego złego nie zrobił. Ale napastnikowi nie podobał się uśmiech Marcela.
– Może ze mną wyjdziesz?! – Filip krzyknął i zorientował się, że cała sytuacja przypomina scenariusz westernu.
Porównanie rozbawiło go nieco.
Przeciwnik odwrócił się do niego twarzą i ze zdumieniem rozpoznał w nim twarz swojego niedawnego sparing partnera, Marka.
– A, to ty, cześć, Marek! – Filip wyciągnął dłoń na powitanie.
– A, to ty! – Wykrzywił się tamten ironizując. – Więc teraz tobą się zasłania, mięczaku?!
Filip zorientował się, że nie ma przed sobą przyjaciela z sali treningowej, ale wrogo usposobionego boksera, który napada na chłopaków dla szpanu. Momentalnie zablokował entuzjazm, a jego organizm przestawił się na stan podwyższonej gotowości.
– Nie ma żadnego powodu – mówił spokojnie, ale dobitnie – abyś go bił lub wyzywał mnie. Jeśli koniecznie chcesz się bić, to wybierz mnie, on jest cywilem.
– Cywilem!? – Znowu ironicznie odpowiedział Marek.
– Wiesz, o co mi chodzi. Wyjdźmy w końcu na dwór, może oprzytomniejesz i pozbędziesz się swojego jadu!?
Napastnik był bardzo pewny siebie. Stanął blisko Filipa, był od niego niższy, za to szerszy w barkach i lepiej umięśniony.
– To mówisz, że chcesz poświęcić swoje cenne uzębienie dla kolegi?
– Nic nie mówię – odparł groźnie – to ty paplasz cały czas, jakby ci za to płacili, wychodź w końcu.

Wyszli razem, a za nimi Marcel z dziewczyną i całe towarzystwo z pubu. Filip zauważył, że Marek był z dwoma kolegami stojącymi obok brązowego mercedesa. Poznał ten samochód po trójkątnej naklejce na szybie. To Szymon ich przysłał, czuł to, każda szara komórka wołała jego imię.
Nie rozumiał, o co chodzi Szymonowi? Biada temu bandycie, jeśli w jakiś sposób myślał o Luizie.

Starał się skoncentrować przed walką. Zdjął kurtkę i niezauważalnie dla obecnych wetknął między zęby ochraniacz. Marek bardzo teatralnie zdejmował długi skórzany płaszcz i wręczał go kolegom.
Stanęli naprzeciwko siebie, Filip złożył ręce i ustawił bokiem do przeciwnika. Zeszła z niego cała złość, cały gniew, koncentrował się teraz nie przed workiem i urządzeniami, jak kilka godzin wcześniej na treningu.
A zatem to miał być sparing.

Marek zaatakował go nie ręką, ale kopnięciem. Filip był zaskoczony, nie wiedział, jak blokować kopnięcia, więc odskakiwał. Przeciwnik ponawiał kopnięcia i przez moment wyglądali dość zabawnie. Jeden kopał, drugi odskakiwał.
Bandyta roześmiał się i lekceważąco odwrócił głowę do kolegów. Ci zawtórowali mu śmiechem. Popełnił błąd, Filip miał go w zasięgu ramion, gdy odwrócił się, zobaczył go, ale nie miał czasu na wycofanie się. Filip pozorował atak lewym prostym, wysłał w stronę jego tułowia dwa takie ciosy, które nie doszły do celu, ale następne dwa prawe sierpy błyskawicznie wylądowały na szczęce rywala, przy czym drugi prawy dotarł do celu już w momencie, kiedy Marek padał na plecy po pierwszym prawym.
Betonowy parking bardzo twardo przyjął jego ciało.
Filip zwrócił się w stronę mercedesa. Podbiegł do pierwszego z kolegów leżącego.
– Ty, stawaj teraz, twardzielu, nie musisz zakładać kominiarki!
Tamten nie chciał wyjść na środek. Filip usilnie zachęcał go do tego, podniósł jego ramiona do góry.
– Broń się, no chodź, cwaniaku! Tacy jesteście dobrzy we trójkę z kijami baseballowymi?
W końcu ruszyli na niego we dwóch. Filip nie czekał, aż do niego podejdą. Wykonał dwa kroki naprzód w stronę pierwszego przeciwnika i uderzył go lewym prostym w brzuch. Tamten stracił oddech i osunął się na ziemię. Prawym hakiem trafił w szczękę, drugiego przeciwnika.
Nie mieli tego wieczoru dobrej passy i długo się zbierali, zanim wsiedli do mercedesa i odjechali.

Przez kolejne dni cała klasa huczała od nowości. Marcel opowiedział chłopakom oraz koleżankom, jak to Filip uratował jemu i jego dziewczynie życie ryzykując własne. Wiadomości dotarły także do Luizy, której koleżanka była świadkiem wydarzeń razem z Marcelem.
– Wiesz, to budujące – komentowała Luiza, gdy odprowadzała Filipa.
– Co takiego?
– Fakt, że Marcel zadzwonił do ciebie, widocznie uważają cię za wielkiego twardziela.
– O, niedługo będą mówić, że zadajesz się z bandytą.
– Mam nadzieję, że nie.
– Ja także.
Ostrzegł ją przed Szymonem. To jego kolesie gonili ich mercedesem i teraz na nich się natknął. Opowiadał także o rozmowie z trenerem, propozycji walki z Szymonem i jego groźbach wobec ojca.
– Do tej walki z pewnością nie dojdzie, chyba, że nieoficjalnie, tutaj w sali bokserskiej.
– Jak myślisz, masz szansę z nim w ringu?
– Niewielkie, jeśli prawdą jest, że wygrał tyle spotkań i ma bogate doświadczenie. Jednak w boksie, jak w każdym innym sporcie, nie zawsze się wygrywa. Pewnie, każdy chce wygrać, ale jestem przygotowany także na porażki.
– Ty nigdy w siebie nie wierzysz, Filip – to był wyrzut.
– Jestem realistą – spojrzał na nią. – I tak bardziej w siebie wierzę niż przed tym, zanim poznałem ciebie.

ROZDZIAŁ 32 ROZDZIAŁ 34

Marcel bardzo chciał go pocieszyć w szkole, nawiązać kontakt. Filip przedstawiał sobą cień człowieka i widać było, że śmierć ojca wywarła na nim bardzo mocne piętno.
Podczas przerwy Marcel wspominał imprezę urodzinową Filipa.
– Wszyscy świetnie się bawili bez alkoholu.
– Komentowali to?
– Nie, no co ty, było ok. Nikt się nie skuł i nie zaległ pod stołem.
– Ja też się cieszę.
– Cześć, chłopaki! – Justyna przeszła korytarzem.
Marcel przypomniał sobie coś i roześmiał się.
– Z czego się śmiejesz?
– Nie słyszałeś o Justynie?
– Co miałem słyszeć?
– Człowieku, nie uwierzysz. Ktoś jej podłożył na wycieraczkę placek – roześmiał się.
– Placek? – Filip nie rozumiał.
– No, krowi placek, rozumiesz? Ktoś jej podrzucił na wycieraczkę krowie gówno.
– A… – Filip zdziwił się bardziej niż roześmiał. Chyba domyślał się, kto za tym psikusem stał.

Siedział na krześle w auli i patrzył na klasę przygotowującą się do odtańczenia na studniówce poloneza. Koleżanki i koledzy pląsali, niektórzy się denerwowali, inni chcieli wprowadzić zmiany do układu. Miał z nimi tańczyć, ale teraz studniówka w ogóle straciła sens. Miał żałobę i wcale nie chciało mu się świętować stu dni przed wyjściem z przedszkola.
Patrzył na swoich rówieśników i myślał o ostatnich miesiącach, które przeżył. Jego życie tak bardzo się zmieniło. Przez blisko dziewiętnaście lat chodził po świecie i właściwie nie wiedział, po co, czemu to ma służyć. Poza tym, że wierzył w Boga i przyszłe życie po śmierci, to celowość bycia na ziemi i życia tutaj i teraz wydawała mu się absurdalna. Dlatego wcześniej nawet nie podejmował podobnego tematu w swoich rozmyślaniach.
NNie mógł patrzeć na infantylne zachowanie i kłótnie koleżanek z byle powodu. Czuł do nich teraz jakiś dystans. Chłopcy byli niedojrzali, ale bardzo modni. Nasmarowani żelami, ze stojącymi wbrew prawom fizyki grzywkami wydawali się gotowi na podbój świata. Jednak żyli w świecie medialnej i wirtualnej rzeczywistości. Opowiadali reklamy telewizyjne, relacjonowali fragmenty filmów video czy divixów, komputerowej odmiany piractwa. Przechwalali się grami komputerowymi i nowinkami technicznymi z czasopism.
Wszyscy byli zakochani w telefonach komórkowych, nowych bóstwach techniki. Kto nie tańczył i nie ćwiczył na próbie poloneza, ten siedział i bawił się komórką.
Filip przypomniał sobie, jak jeszcze rok wcześniej zapadli na chorobę zwaną czatowaniem. Całymi dniami mogli siedzieć przed monitorami pecetów i prowadzić rozmowy w Internecie z młodzieżą całego kraju. Filip także uległ tej chorobie. Nauka flirtowania przez Internet nie szła Filipowi jednak najlepiej. Szybko też okazało się, że ludzie są nieszczerzy na czatach, podszywają się pod zupełnie inne osoby, grają kogoś, kim nie są, a spora część tylko świntuszy na temat seksu.
Czatowanie to było wspaniałe odkrycie i bardzo potrzebne. Można było zapomnieć o kompleksach i szczerze pogadać, wyjść poza znajomych ze swojej klasy, szkoły czy miasta. Każdy potrzebuje kontaktu z drugą osobą. Natomiast komórki to już coś innego. Większość młodzieży ma aparaty na kartę i nie stać ich na bardzo drogie rozmowy. Piszą więc krótkie komunikaty sms. Ostatnio prawdziwy hit to wysyłanie samego sygnału. Funkcja telefonu pokazująca numery ostatnich dzwoniących pozwala na wyświetlenie i odczytanie, kim jest osoba dzwoniąca, pod warunkiem, że numer osoby wysyłającej sygnał jest dobrze znany odbiorcy.
Dla Filipa zabawa telefonem komórkowym to dziecinada. Dziewczynom jednak miło jest mieć komórkę i dostawać sygnały za sygnałami. Kto dostaje sygnały lub sms, jest bardzo popularny, ma powodzenie i chodzi dumny jak paw.
Do końca dnia zostały jeszcze dwie lekcje. Miały odbyć się dwa sprawdziany, bardzo ważne. Klasa robiła jednak wszystko, aby nie iść na owe lekcje i nie pisać sprawdzianów. Niewielu przejmowało się nauką.
Nieubłaganie zbliżał się grudzień, miesiąc świąteczny i dla szkoły krótki. Wielkimi krokami zbliżała się studniówka. Nauka odeszła na drugi plan. Rozmawiano o balu i kreacjach.

– Gdzie jest klasa? – Pytała pani profesor.
– Nie wiem.
Filip stał przed gabinetem i czekał na zajęcia. Profesorka wpuściła go do środka i zamknęła drzwi. Jedyny siedzący w klasie uczeń wyjął kartkę gotowy do pisania sprawdzianu.
Pani milcząca spoglądała na zegarek.
– To co, chcesz pisać sprawdzian?
Kiwnął potakująco głową. Podeszła do niego i podała zadania. Zabrał się do pisania. Zadania nie były trudne, więc szybko skończył. Pani sprawdziła w milczeniu i pochwaliła go.
– Świetnie, wpisuję ci piątkę do dziennika. A nie wiesz gdzie podziała się klasa?
– Mieliśmy próbę poloneza, wszyscy siedzieli w auli. Po próbie przyszedłem tutaj, a reszta nie wiem.
Chciał dodać, że w ogóle go nie obchodzi, co inni robią ze swoim życiem, ale nie wiedział, czy to nie jest znowu przejaw jakiegoś buntu. W ubiegłym roku szkolnym uciekał na wagary, jak tylko padało hasło i nie trzeba było go do tego przekonywać. Razem z klasą buntował się przeciwko godzinom lekcyjnym, źle rozłożonemu planowi godzin, przeciwko nadmiarowi lekcji i sprawdzianów w jednym dniu, zresztą nie trzeba było jakiegoś ważnego powodu, aby się zbuntować.
Teraz uważał takie zachowanie za dziecinadę. Wszyscy razem na zajęciach liczyli miesiące nauki w ostatniej klasie i wychodziło, ze jeszcze grudzień, styczeń, marzec i to wszystko. W kwietniu mieli zdawać egzaminy zawodowe i do tego czasu miały być wystawione oceny. Drugi semestr zapowiadał się zatem na bardzo krótki. Materiału i programu do realizacji jak na normalny pięciomiesięczny semestr – tak przynajmniej mówili niektórzy profesorowie.
Filip nie wiedział, czy w grudniu będzie mógł chodzić do szkoły, miał przecież turniej, chciał zrobić sobie tydzień treningowy bez szkoły. Nie wiedział też, w jakim stanie będzie po turnieju. Zależało mu na jak najlepszych ocenach teraz.

Po dzwonku na przerwę Filip czekał pod kolejnym gabinetem. Sytuacja powtórzyła się. Wszedł z profesorką, wyciągnął kartkę i czekał.
– A gdzie reszta klasy?
– Dojrzewają, pani profesor.
Spojrzała na niego analizując wypowiedziane zdanie. Dała mu zadania i zaczął rozwiązywać je, gdy do klasy weszli inni uczniowie. Wkrótce cała klasa siedziała nad zadaniami.

Po sprawdzianie podeszła do niego przewodnicząca w asyście kilku dziewczyn.
– Byłeś na poprzedniej lekcji?
– Tak.
– Nie wiedziałeś, że uciekamy?
– Wiedziałem, ale nikt mnie nie pytał o zdanie.
– Jesteś łamistrajk, wiesz o tym?

– Czy ja oceniam twoje życie i postępowanie? – Filip miał nastrój polemiczny. – Możesz się nawet zakopać do ziemi i udawać fasolę, twoja sprawa. Moja szkoła to moja sprawa a nie klasowa, nie twoja i nie wasza.
– Jak chcesz. – Dziewczyny nie miały argumentów i odeszły.
Tacy byli właśnie maturzyści, jego koleżanki i koledzy. Nie zapytali go na przykład, jakie zadania były na sprawdzianie, a mogliby się do niego lepiej przygotować, ale mieli jemu za złe, że poszedł i wyłamał się z grupy.
Tak, do tej pory nigdy wcześniej nie wyłamywał się z grupy i zawsze podporządkowywał.

Podczas przerwy podszedł do profesora z języka polskiego.
– Co jest Filip?! – Uśmiechał się do niego młody i przystojny nauczyciel.
– Chciałem zdać kilka lektur, bo nie wiem, czy będę w przyszłym tygodniu na zajęciach.
– Ale ja zaraz wychodzę, a ty skończyłeś lekcje? – Pytał uprzejmie.
– Tak.
– To czekaj, pójdziemy razem.
Szli chodnikiem, profesor pytał o różne lektury, a Filip odpowiadał. Na początku zdziwił się, że profesor będzie go pytał poza szkołą, ale teraz rozumiał już wszystko lepiej. Szkoła to nie jest zamknięte pudełko, tygiel z programami, książkami, nauczycielami i uczniami zamkniętymi i skazanymi na siebie. Szkoła to po prostu zakład pracy i życie.
Wcześniej miał inne zdanie o szkole. Kiedy wychodził ze szkoły, zostawiał w niej wszystkie problemy szkolne, podobnie jak w domu wszystkie problemy rodzinne. Nikomu o nich nie mówił, nikogo w tych sprawach się nie radził. Nie prowadził podwójnego życia jak wielu rówieśników. Mieli jedną twarz na użytek szkoły, drugą dla rodziców, jeszcze inną dla przyjaciół. Potrafili kłamać w żywe oczy nauczycieli, a okłamywać rodziców to już cała historia i sztuka, to prawie gałąź nauki wymyślonej przez uczniów.

Na rogu Krakowskiej czekała na niego Luiza.
– Dzień dobry – powiedziała, gdy ich zobaczyła.
– Dzień dobry – zerknął na nią profesor. – Bardzo dobrze, Filip, zaliczam ci wszystkie dzisiaj zdawane lektury, masz jeszcze coś do zdania?
– Nie, to już wszystko.
– To do zobaczenia – pożegnał się i poszedł.
Luiza wzięła go za rękę.
– Jak ci minął dzień?
– W porządku – opowiedział jej o sprawdzianach.

Stali na przystanku i czekali na autobus.
– Luiza, nie obraź się czasem, ale wiesz, wcale nie chce mi się iść na nasze studniówki. Zrozumiesz mnie, jeśli zrezygnujemy z tych imprez?
– Nie ma sprawy, też o tym myślałam i nie przejmuj się, jeszcze wiele zabaw przed nami.
Przytulił ją, dziękował Bogu, że zesłał mu tego anioła.
– Wiem coś o tobie – szeptał jej do ucha.
– Co takiego?
– Coś zostawiłaś na wycieraczce Justyny – uśmiechał się.
Popatrzyła mu w oczy rozbawiona.
– Więc rozumiesz, jak bardzo cię kocham i wierzysz?
– Tak, ja też bardzo cię kocham.
Przez chwilę milczeli.
– Filip, będziesz miał czas w weekend?
– Nie, ale w niedzielę będę cały dzień odpoczywał i pracował nad giełdą.
– To świetnie. Chciałam cię zaprosić na wycieczkę. Moi rodzice obchodzą rocznicę ślubu i postanowili uczcić to pielgrzymką do Częstochowy. Moglibyśmy pojechać z nimi samochodem, mamy swoje intencje, ty masz turniej niedługo, potem maturę. Co ty na to?
– Ale wrócimy po południu?
– Postaramy się.
Stali przytuleni pod dachem dworca, a wokół nich tętniło życie. Z nieba padał drobny śnieg, zwiastun zbliżającej się zimy i mrozów.

ROZDZIAŁ 31 ROZDZIAŁ 33