Tylko praca…

szkoła

Na egzaminie z literatury współczesnej profesor zagadnął mnie o tak zwaną szkołę galicyjską w literaturze polskiej XX wieku. Był to jeden z najważniejszych egzaminów na studiach i choć przygotowałem się do niego na 100%, to w pierwszym momencie zbił mnie z tropu. Oczywiście wiedziałem, każdy student na roku wiedział, że profesor jest z Galicji a nie np. z ziem odzyskanych, zatem poetów i pisarzy urodzonych na terytorium południowo-wschodniej Polski darzyliśmy niezwykłą atencją. W podobny sposób każdy nauczyciel odciska piętno na duszy swego ucznia. Najtrwalej jednak uczniowie pamiętają ocenianie ich pracy.

Znaki drogowe i kody werbalne

Gdyby pozostawić człowiekowi wolność, nie ingerować w wychowanie, nie socjalizować młodego pokolenia, zlikwidować szkoły, to… Ludzie w krótkim czasie wymordowaliby się, bo nie ma wolności bez prawa, prawo to nauka, nauka to szkoła. Spełnia też ta instytucja rolę powiedzmy ogólnie obyczajową, w sensie poznawania innych ludzi, porównywania siebie i swoich potrzeb do potrzeb rówieśników. Przebywanie w grupie rówieśniczej ma ogromny wpływ na kształtowanie się osobowości młodego człowieka.

Szkoła wprowadziła system ocen, aby uczniów klasyfikować według ich zaangażowania w pracy. Niestety, z ocenianiem wiąże się najwięcej wątpliwości. To także dramat życiowy nauczycieli humanistów. W przedmiotach ścisłych jest wszystko jasne- poza czasowymi nastrojami ludzkimi – gorzej w przedmiotach humanistycznych. Sytuację pogarsza różnica w wymaganiach i ocenianiu pomiędzy szkołami, ba, nawet w obrębie jednego pokoju nauczycielskiego spotyka się poważne rozbieżności co do ocen.

Generalnie należy dążyć od najmłodszych lat edukacji dziecka do stanu, w którym uczniowi będzie zależało na ocenach najlepszych. Aby sytuacja była czytelna, skala ocen powinna być przejrzysta i wyznaczana obligatoryjnie przez system oświaty i egzekwowana z całą starannością pod groźbą odpowiedzialności cywilnej w całym kraju.

W myśl reformy szkoła bierze całkowitą odpowiedzialność za wyniki nauczania konkretnego ucznia czy grupy. Ocenianie odgrywa ważną rolę w procesie dydaktycznym, często stanowi punkt odniesienia, wobec którego uczniowie próbują ustalić pewne kryteria doboru wiedzy i środków jej przekazu. Słowem poprzez ocenianie nauczyciel wyraża swoją postawę wobec obowiązków szkolnych ucznia i swoich własnych.

Ocena to wyraz zainteresowania nauczyciela postępami szkolnymi ucznia i powinna być zawsze sprawiedliwa i adekwatna do ciężaru i wkładu pracy. Niestety, ocena także świadczy o nauczycielu i często może być odzwierciedleniem jego niekompetencji pedagogicznych. Jeśli bowiem w klasie liczącej 30 osób z języka polskiego oceny niedostateczne otrzymało troje, pięcioro uczniów, to oznacza, iż porzucili naukę na rzecz innych zajęć i swoją karierę edukacyjną ukończą dość szybko. Natomiast gdy tych ocen niedostatecznych jest 90%, to znaczy, iż nauczyciel przyjął złą strategię i to być może z jego powodu dzieją się rzeczy złe.

REKLAMA

Jako wychowawca często obserwowałem słupki ocen niedostatecznych z przedmiotów ścisłych w dzienniku mojej klasy. Na pytania o przyczyny niepowodzeń na sprawdzianach, otrzymywałem odpowiedzi różne, ale w większości uczniowie przyznawali, że nie rozumieją partii materiału z chemii czy matematyki. Rozpoczynaliśmy wtedy obowiązkowe zajęcia pozalekcyjne dokształcające na poziomie klasy. Zmartwieni byli uczniowie, ja i oczywiście rodzice. Na jedną z wywiadówek zaprosiłem koleżankę, która powiedziała do rodziców bardzo ważne zdanie: „Proszę państwa, cóż, nie wszyscy w wieku waszych dzieci rozumieją meandry algebry czy chemii, oceny niedostateczne potwierdzają to. Są ludzie, którzy łapią w lot te sprawy, są tacy, którzy nigdy w życiu tego nie zrozumieją”. To rodziców uspokoiło na tyle, że przestali mieć pretensje do nauczyciela i szkoły. Gdyby jednak nie tłumaczył tego matematyk, eskalacja napięcia trwałaby aż do wybuchu buntu.

Oceniając, zawsze widzimy ucznia i jego problemy z konkretną dziedziną wiedzy. Dobry nauczyciel rozważa wszelkie za i przeciw, dążąc do tego, aby pozytywnymi ocenami zachęcać ucznia do pracy nad sobą. Uczeń niedostateczny nie sięga po zeszyt i nie odrabia zadań, ponieważ z założenia wie, że i tak dostanie „pałę”. Ponadto z reguły są to uczniowie z problemami zapóźnienia w realizacji materiału i na książki patrzą niechętnie, gdyż jest to ich „przypominacz porażek”. Z tego powodu lepiej częściej pytać z mniejszego zakresu materiału, nie czekać na partie większe, bo uczeń gubi się i potem nie radzi sobie.

Są nauczyciele lubujący się w ocenianiu, są także tacy, których do odpytywania, sprawdzianów trudno namówić. Niektórzy oddają prace w terminie dwóch tygodni, inni niewielkie sprawdziany po dwóch miesiącach. Jedni żądają od ucznia, aby zapisane w sprawdzianie definicje i myśli były w 100% tożsame z podręcznikowymi, dla innych nauczycieli ważniejsze jest samodzielne myślenie ucznia. Z kolei są nauczyciele odpytujący ucznia na środku klasy do momentu, aż nie potknie się i za to stawiają „pałę”, ale są też tacy, dla których najważniejsze jest, czy uczeń na środku rozumie sedno sprawy – styl wypowiedzi nie rzutuje na ich ocenach.

Poważną wadą, chorobą polskiej szkoły jest ów relatywizm nauczycielskich ocen. Oczywiście istnieją wymagania programowe, kryteria ocen wywieszane w gabinetach i informacje, za co można dostać jaką oceną. Informowani są także inni nauczyciele, wychowawcy i rodzice. W młodszych klasach nawet uczniom wkleja się do zeszytów przedmiotowych kryteria, a jednak. W prawie ruchu drogowego widnieje szereg znaków drogowych o jednoznacznych cechach. Powszechnie znane znaki nie mają żadnych innych symbolicznych, ukrytych wartości. Niestety, tej cechy nie posiadają oceny szkolne. Dodatkowo po wiekowych niemalże tradycjach z pięciostopniową skalą do szkół wprowadzono sześciostopniową skalę ocen. Czasem uczniowie śmieją się, że aby dostać „dopalacza” (dopuszczający) wystarczy wstać i głośno przypomnieć temat ostatniej lekcji zapisany w zeszycie, fraszka. Skąd więc tyle „pał” w dziennikach szkolnych?

Różne skale, różna temperatura otoczenia

Środowisko szkolne doskonale rozróżnia ocenę dopuszczającą od niedostatecznej, podobnie bardzo dobrą od celującej. Im wyżej jednak w skali ocen, tym problemy interpretacyjne rosną. W sześciostopniowej skali ocen trudno wycenić wypowiedź ustną ucznia, będącą na pograniczu ocen 3-4 i 4-5. Nauczyciel z wieloletnim stażem ma z tym problemy, ale jego autorytet zamyka niechętnym usta. W każdej chwili jednak niezależnie od wieku uczniów, nauczyciel jest obserwowany przez kilkudziesięciu „sprawiedliwych sędziów” szczególnie wrażliwych na punkcie ocen ustnych. Gorzej jeśli nauczyciel jest młodszy od ucznia, oczywiście doświadczeniem oceniania. Uczeń w szkole średniej ma za sobą dziesięć lat doświadczeń z wieloma charakterami ocen i pedagogów, młody nauczyciel dopiero wyrabia swoją prywatną skalę ocen.

Ścieranie się opinii środowiska szkolnego na temat ocen lub ich braku może prowadzić do sytuacji konfliktowych. Młodzież mojej klasy przybiegła onegdaj do mnie ze skargą na panią profesor, która ich zdaniem wystawiła niesprawiedliwe oceny końcowe. W zasadzie uczniowie żądali piątek za zaległe sprawdziany, zapomniane, obiecywane, ale nie wykonane zadania. Ważną rzeczą jest zatem dotrzymywanie obietnic, dawanie szans.

Jaka jest różnica pomiędzy uczniem jednego matematyka mającego dwie oceny na okres a drugiego mającego dziesięć ocen w tym samym czasie? Ten drugi miał osiem szans więcej wykazania swojej wiedzy, miał możliwość dania z siebie wszystkiego co najlepsze a pierwszemu z nich te szanse odebrano.

Wkład pracy nauczyciela często może nie przekładać się na oceny końcowe pracy uczniów. Miałem klasę, dla której robiłem wszystko, dwoiłem się i troiłem znajdując czas, aby sprawdzać ich wypracowania i pisać recenzje. Mieli o te osiem szans więcej niż rówieśnicy. Byłem z nich dumny, z siebie też, robiłem naprawdę tytaniczną pracę. Niestety, na egzaminie maturalnym dali się ponieść emocjom i zapomnieli wszystkiego, postawili na bezmyślne streszczanie lektur szkolnych, podejrzewam nawet, iż część bezmyślnie ściągała. To moja największa porażka.

System oceniania w polskiej szkole wymaga reformy. Szczególnie szkoła średnia, gdzie kontakt rodziców ze szkołą jest niewielki, normy powinny przybrać dość czytelny wymiar. Uczniowi należy się wyjaśnienie już na początku roku, że czekają go na przykład poważne trzy wypracowania klasowe z języka polskiego, dwa z języków obcych, trzy sprawdziany wiedzy z matematyki itp., może być więcej ale nie mniej. Powinniśmy zatem dążyć do szkoły nauczającej blokami przedmiotowymi, partiami, po których wszystkie strony procesu dydaktycznego mogą spodziewać się jakichś konkretnych efektów. Wprowadziłoby to swego rodzaju porządek na drodze szkolnej kariery uczniów i zmniejszyło stres.

Oczekiwania co do szkoły i postawa rodziców przez lata zmieniła się ze statycznej w dynamiczną, z zapominania o szkole w roszczeniową. Osiągnięciami szkolnymi dzieci interesują się zwykle rodzice uczniów dobrych, co do których nie ma żadnych zastrzeżeń, pozostali odwiedzają szkołę jedynie na wezwanie, nawet nie wiedząc często, do jakiej klasy chodzi dziecko. Z kolei w szkole średniej kontrola rodziców nie jest „trendy” i uczeń w oczach „ziomów” może wyjść na „głupa”. Oceny jednak zawsze wzbudzają jakieś odczucia i emocje.

Szkoła podstawowa jest najczęściej nie opodal domu. Łatwo do niej trafić, a kiedy już się wejdzie, mama czy tato mogą natrafić na koleżankę nauczycielkę lub kolegę. Nie ma problemów wówczas z nawiązaniem więzi ze szkołą i odwiedzanie jej nie stanowi problemu. Jednak jak doświadczenie uczy, system oceniania właśnie z powodów szczelności środowiska jest w wielu przypadkach wypatrzony. Mieszkającemu w tym samym blokowisku nauczycielowi trudno jest oceniać obiektywnie ucznia kłaniającego mu się na korytarzu domu czy rzucającego specjalnie śnieżkami po oknach dla zabawy. Trudniej też powiedzieć koledze lub koleżance: „Słuchaj, powinnaś udać się do poradni psychologicznej z twoim synem. Zauważam u niego objawy silnej nadpobudliwości i nieuzasadnionej agresji wobec otoczenia. Jest wulgarny i sama się go boję”.

Tajniki charakterów

W ciągu lat pracy szkolnej spotkałem się z wieloma sposobami oceniania. Najbardziej bulwersowały mnie te, które raziły uczniów. Nie do przyjęcia jest dla mnie na przykład legendarny system oceniania typu „tylko nauczyciel umie na piątkę, uczeń najwyżej na czwórkę”. Są nauczyciele, którzy nigdy nie stawiają piątek lub robią to bardzo rzadko. Zdarzyło mi się kiedyś spotkać sfrustrowanego nauczyciela, którego uczeń był lepszy od niego, a mimo to i tak klasyfikował go tylko na ocenę dobrą. Mylił także ocenę ze sprawowania z oceną za konkretną wiedzę.

Dobry nauczyciel nie tworzy pomiędzy sobą a uczniami szklanego muru. Jest to nieprzekraczalna linia, obie strony się widzą, ale żadna drugiej nie stara się rozumieć. Jako uczeń i student spotykałem nauczycieli piszących coś po tablicy i mówiących do siebie, a następnie zmazujących z tablicy niezrozumiałe dla uczniów i studentów wzory. Najwyraźniej nie zależało im na kontaktowaniu się ze słuchaczami- uczniami, do czasów sprawdzianów wiedzy, egzaminów. Wówczas także niczego nie tłumaczyli, nie komentowali, po prostu ich nie było. Zamieniali się w maszyny i roboty. Owszem, robili swoje, a czasem robili to bardzo dobrze i bywały wśród nich autorytety, ale rzadko.

Jeden z moich najlepszych profesorów przychodził na zajęcia z wiedzą w głowie. Potrafił mówić wielowątkowo, dyktować, abstrahować, wplatać cytaty w różnych językach a jednocześnie nigdy nie zapominał zamienić z kimś kilku zdań. Kontrolował czy studenci rozumieją, o czym mówi i eksponował najważniejsze elementy wykładu. Na egzaminie z kolei wymagał podobnej wiedzy. Nikt nigdy nie narzekał na jego system ocen. Dostać od niego „pałę” nie było ujmą, studenci czuli respekt przed wiedzą i to ona dawała profesorowi ogólny szacunek. Nie musiał podnosić głosu, nie groził i nie mścił się, nigdy też nie wywyższał się słowem czy gestem. Utopia? Są tacy.

Znałem też i nadal niemile wspominam profesorów wykładowców, którzy podczas prelekcji rozmawiali o wszystkim i o niczym. Natomiast na egzaminie wymagali szczególików, czepiali się wszystkiego. Do ich egzaminów należało mieć cierpliwość. Chociaż zdawała je większość, to jednak tygodniami, miesiącami trzeba było się nachodzić. Nie wiem do dzisiaj, dlaczego dziekanaty nie reagowały na opóźnione dostawy indeksów?

W szkole średniej znam nauczycieli, u których zdobyć piątkę jest ciężko, bo pani uważa, że tylko ona umie na piątkę. Zawłaszcza sobie skalę ocen a nawet możliwość ich stawianie w konkretnej klasie. Na przykład wymazuje oceny innych nauczycieli zastępujących ją podczas chorobowego lub je komentuje. Kiedy na koniec roku choruje, dyrektor biegnie do niej z dziennikami klas, aby raczyła wystawić oceny. Jest niezastąpiona, jedyna w swoim rodzaju, po prostu oprawiona w ramki – święta. A przecież uczy tylko tabliczki mnożenia – powiedziałby ktoś z boku.

Antidotum

Nie ma obiektywnych ocen, ponieważ możliwe jest, iż człowiek zasugeruje się czymś. Kiedy zaczynałem poprawiać swoje pierwsze prace maturalne, przesadziłem. Poprawiłem wszystkie jednego dnia. Wróciłem do nich jednak kilka dni później i okazało się, że sugerując się jedną z prac, zaniżyłem oceny pozostałych sprawdzanych po niej. Pisałem recenzje raz jeszcze i jeszcze aż do względnej obiektywizacji.

Krytyka systemu oceniania jest rozpowszechniona, ale nikt jakoś się tym nie przejmuje. Jedni nauczyciele „produkują” oceny, inni skąpią ich swoim uczniom aż do końcowych dzwonków szkolnych.

Poza ocenami w dzienniku szkoła to skupisko ludzi oceniających wszystko i wszystkich werbalnie. To wszak na szkolnych korytarzach powstają i ścierają się najczęściej powtarzane w domach, na placach zabaw, na podwórkach czy boiskach opinie i teorie. Na nie również szkoła ma wpływ pośredni, jakkolwiek nie podlegają one ocenom stawianym do dziennika.

Najlepiej byłoby kształcić taśmowo wspaniałych nauczycieli, którzy mieliby wszystko poukładane w głowie i potrafili oceniać sprawiedliwie…

Felieton z 2005 roku.

Rozważania o konkursach

Felieton z 2007 roku.

Sposób zatrudniania i funkcjonowania dyrektorów szkół w Polsce jest archaiczny. Nie gwarantuje rzetelności i uczciwości, nie jest pozbawiony nacisków politycznych, kumoterstwa i nepotyzmu – jak w całej sferze budżetowej. Prawdopodobnie nie ma systemu naboru, który byłby idealny, lecz uczciwe i poprawne byłoby takie rozwiązanie, w którym można by obserwować drogę kariery kandydatów. Najpierw przyszły dyrektor powinien by się sprawdzić w roli nauczyciela, potem wicedyrektora, później dyrektora, wizytatora, kuratora i pracownika MEN. Tego typu ścieżka planowanej kariery zniwelowałaby pokłady frustracji i niezadowolenia w wielu pokojach nauczycielskich. Pracują w nich mądrzy ludzie, elita społeczeństwa, dla której zamknięte są możliwości faktycznego awansu, a nie awansu papierowego z użyciem „segregatorów prawdy” (setki dokumentów poświadczających rozwój – udział w wielu fikcyjnych szkoleniach). Najlepszym rozwiązaniem byłoby powołanie korporacji dyrektorów, którzy byliby niezależni od lokalnych władz czy narażani na procesy patologiczne, a zajmowaliby się jedynie realizacją celów konkretnych placówek szkolnych. Z nich byliby rozliczani.

Aktualnie nie wiadomo, jakimi miarami mierzyć pracę dyrektorów. Jedni szczycą się uniwersyteckim poziomem nauczania w podległej im placówce, mają olimpijczyków i genialne dzieci, inni pracują w placówkach, w których sukcesem jest uzyskanie świadectw z czerwonym paskiem u 10% podopiecznych. Jedni jako gospodarze potrafią zapewnić szkole dostatek sprzętowy i kadrowy, inni nie potrafią zdobyć dla swojej szkoły ani jednej ponadprogramowej złotówki. W epoce PRL partia poprzez komitety wskazywała kandydatów i brała za nich odpowiedzialność. Jakiś procent odpowiedzialności ponosiło fikcyjne ciało powołane do kontrolowania dyrektorów, jakim było i jest kuratorium oświaty – strażnik ideologiczny, cenzor życia szkolnego i ostatnia rubież obrony systemu totalitarnego w terenie. Jakkolwiek przedstawiciele kuratoriów nie mogli nie podpisać nominacji uwierzytelnionemu przez partię „jedynie słusznemu” kandydatowi.

Współczesne konkursy przypominają te socjalistyczne. Większe szanse na zwycięstwa mają politycznie i towarzysko umocowane lokalnie jednostki. O ironio, system upodabnia się do średniego poziomu klientów szkoły, czyli uczniów.

Komisja konkursowa złożona z obszernego grona przedstawicieli: rodziców, grona, kuratora, związków, władz samorządowych – sprawdzają najpierw stronę formalną dokumentów, następnie czytają koncepcje rozwoju szkoły przygotowane przez kandydatów. Porównując je, można odnieść często wrażenie, iż dotyczą innych a nie tej samej placówki, tak różnią się merytorycznie. Jeden kandydat podaje sprawy do zrobienia, a drugi te same zaznacza jako wykonane lub je pomija.

Członkowie komisji mają jasność wyboru jeszcze przed wejściem na salę. Obecni na sali reprezentanci władz samorządowych także mają rozeznanie, kto przed nimi stoi, „swój” czy „obcy”.

Nauczyciele na co dzień krytycznie oceniają pracę swoich dyrektorów, kryteria ocen mają bowiem we krwi. Proces ten osiąga apogeum podczas konkursów na dyrektora, kiedy czują, iż mają realny wpływ na wybór przyszłego szefa. Wnikliwej analizie poddawane są możliwości wszystkich kandydatów na „nadzorców” (od nadzoru pedagogicznego) na kolejne pięć lat. Ci obcy, spoza pokoju nauczycielskiego z reguły nie mają żadnych szans. Pozostali w 100% są przewidywalni. Budzą uznanie lub strach, w najgorszym razie obojętność.

I KONCEPCJE TYPÓW KANDYDATÓW

Bodaj najważniejszym dokumentem konkursu jest pisana przez kandydatów koncepcja rozwoju placówki. Jej treść określa sposób działania, priorytety szkoły na kolejną kadencję. Komisja złożona z kilku czy kilkunastu osób czyta i przegląda, zastanawia się i radzi, oczywiście przesłuchuje, aż podejmie decyzję wiążącą. To ten, a nie tamten kandydat ma przez pięć lat zarządzać placówką. Po ogłoszeniu wyników „klamka zapadnie”. Mimo iż konkursy na dyrektorów szkół to w większości sprawdzian dla lokalnych układów, gra do jednej bramki, odgrywanie z góry przygotowanych ról, to pozory demokracji należy zachowywać. Z tego powodu każdy z kandydatów może roztaczać przed komisją swoje własne koncepcje, składać elaboraty i tomy świadczące o tym, jak bardzo przejmuje się pracą i wizjami rozwoju wskazanej placówki. „Papier wszystko przyjmie” – mówi powiedzenie, a świadomi problemu świadkowie konkursu wiedzą, iż szkoła ma przede wszystkim trzy zadania: opiekować się, kształcić i wychowywać młode pokolenia.

Wielu kandydatów na dyrektorów szkół może planować ogrom działań na różnych płaszczyznach, roztaczać pomysły i określać ich realizacje w przyszłości, wprowadzać innowacje i programy autorskie, reformy i rewolucyjne rozwiązania, staczać papierowe boje z analfabetyzmem wtórnym uczniów i wychowywać rodziców uczniów, walczyć o dofinansowanie i przekształcanie, ale prawda jest jedna. Jeśli ów kandydat sam nie potrafi niczego zrobić, żył sukcesami innych, nie ma pojęcia o kreatywności, współdziałaniu, przepadnie. To znaczy, może wygrać konkurs na życzenie partii rządzącej czy lokalnych układów, ale realnie przegra. Trzeba bowiem wiedzieć przed konkursem, iż najwięcej rzeczy w szkole przyszły dyrektor musi zrobić sam i za wszystko poniesie odpowiedzialność samodzielnie. Dotyczy to na przykład umiejętności rozliczania faktur, które będzie musiał podpisywać, jakości świadectw szkolnych lub też sposobu reagowania na szkolne konflikty.

W konkursie na dyrektora szkoły mogą wziąć udział różni ludzie. Można ich podzielić na następujące typy charakterologiczne i genealogiczne:
1. „Starzy” (dyrektorzy) walczący o drugą kadencję podzieleni na dwa typy:
a) sprawdzeni, z poparciem rad pedagogicznych i związków zawodowych lub bez ich poparcia;
b) karierowicze bez poparcia, ale za to „jedynie słuszni”.
2. „Namaszczeni” przez ustępującego/odchodzącego dyrektora:
a) zastępcy dyrektora;
b) pracowici fachowcy bez siły przebicia;
3. „Cienie” to pracoholicy drugiego planu:
a) idealiści, wielkie osobowości bez poparcia;
b) fantaści z wizją budowy szkolnego edenu.

1.1. STARZY i NAMASZCZENI

„Stary” lub „namaszczony” (popierany przez dyrektora, partię, lokalne władze itp.) kandydat podczas pisania koncepcji rozwoju szkoły, której ma dyrektorować, korzysta ze ściąg i matryc. Ilością stron i głębokością analizy życia szkoły „bije wszystkich na głowę”. Jego elaborat jest najgrubszy, bowiem wskazuje cele strategiczne i te mikro, zatem np. porusza problem wyszukania anglisty, zakupienia nowego mopa dla sprzątaczki czy koszulek dla reprezentacji piłkarzy klasy 5a. W informacji o koszulkach nie są ważne koszulki, lecz znajomość potrzeb klasy 5a. Kandydat ów jako jedyny wie, że pozostałe reprezentacje klas piątych takowe koszulki posiadają. W tym duchu jest utrzymana całość dokumentu. Ma to być wizytówka człowieka ze wszech miar oddanego „sprawie”, najbardziej odpowiedniego i godnego zaufania. Piszący korzysta z protokołów rad pedagogicznych, sprawozdań opartych na zgłaszanych wcześniej odpowiednim organom zapotrzebowań. Przykładem jest zgłoszenie potrzeby wymiany zniszczonej rynny. O fakcie tym nie wiedzą pozostali kandydaci. Ten właściwy wie najwięcej! Takie ma odnieść wrażenie komisja. Często bywa, iż jest to gra pozorów, bowiem rzeczony kandydat świetnie wie, iż gmina lub powiat nie da mu pieniędzy na remont. Jednak „gra rynną” to poważny argument za wyborem jego koncepcji szkoły.

W istocie „stary” lub „namaszczony” kandydat może „potknąć się” o pytanie brzmiące na przykład: „Dlaczego do tej pory Pan(i) nie wcielił(-a) w czyn swoich pomysłów? Rynna nie jest zepsuta od wczoraj, a dzieci z 5a nie od wczoraj pragną mieć nowe koszulki dla reprezentacji?”. „Stary” nie ma wyjścia, musi rozpocząć w tym momencie przygotowaną wcześniej samochwałkę w rodzaju: „Przez ostatnie pięć lat miałam(-em) pełne ręce roboty, bo wykonaliśmy….” I tutaj cała dziesięciominutowa lista chwalebnych czynów, rzutnik multimedialny, prezentacje w PPT itd. Gorzej, jeśli rozpoczął spotkanie z komisją od przedstawienia się i tegoż dorobku. Cóż, powtórzyć nie zaszkodzi.

Zastępca „starego” jest w lepszej sytuacji. Może bowiem wszelkie dotychczasowe niepowodzenia zepchnąć na karb braku komunikacji pomiędzy starą dyrekcją a nim i jeszcze napleść andronów co niemiara. Przytakiwać mu mogą, choć nie muszą, reprezentanci rady pedagogicznej znający poprzednią dyrekcję, od złej strony również. Z kolei „namaszczony” nie otrzyma od komisji tak banalnego pytania, ale można go zapytać o przedmiot, jakiego naucza i jakie innowacje wprowadził, jak mu się pracuje w szkole – prostszych pytań chyba nie ma? Jeśli zacznie się gubić, „stękać” lub utyskiwać na przestarzałą bazę dydaktyczną, jesteśmy w domu. Nie jest dobrym nauczycielem, więc jako dyrektor prawdopodobnie także się nie sprawdzi.

„Namaszczony” na kandydata na dyrektora przez „starego” to z reguły jego zastępca, choć może być spoza „grupy trzymającej władzę”, towarzystwa wzajemnej adoracji. To w większości umysły satelickie, często sympatyzujące towarzysko czy ideowo, najczęściej jednak finansowo z dyrektorem (nadgodziny, nagrody, dodatki motywacyjne, delegacje, dofinansowanie kształcenia itp.). Kandydat ów dogaduje się z poprzednikiem w cztery oczy. Ustępujący ma gwarantowane stanowisko zastępcy dla siebie lub wskazanej osoby, odchodzący zaś na przykład dostaje przyrzeczenie możliwości dorobienia w obrębie szkoły (ajencja sklepiku czy kortów tenisowych) albo, co częstsze, zachowania status quo dla określonego grona osób pozostających w szkole, np. żony, córki, zięcia itp. Z kolei „namaszczony” dostaje najlepsze laurki, oceny i korzysta z poparcia tudzież wydeptanych przez „starego” ścieżek urzędowych (politycznych), dostaje też głosy członków komisji konkursowej sympatyzujących ze „starym” – to jest w istocie sens „namaszczenia”. I tak to się kręci.

1.2. KARIEROWICZE I ICH STARANIA

To typ ludzi pragnących awansować za wszelką cenę a nawet pewnych swego, ponieważ działają w tym celu całe lata: podkopując autorytet innych, niszcząc radę pedagogiczną, pisząc anonimy i szkalując, tworząc obozy polityczne, grupy wsparcia itd. Cechą konkursów, w których biorą udział tacy ludzie, jest fakt, iż są „jedynie słusznymi” dobrze widzianymi przez władzę – z wielu powodów. Przez lata wmawiają innym nauczycielom jakoby praca dyrektora jest nieopłacalna i za trudna dla innych i tylko oni mogą jej sprostać. „Wychowują” grono pedagogiczne w przeświadczeniu, iż żaden inny kandydat nie może się liczyć, ponieważ nie ma poparcia wśród grona, w gminie, powiecie itp. Tworzą atmosferę podejrzeń i matactwa wokół potencjalnych kandydatów, mają wiele czasu, by zepsuć, ośmieszyć każdego z nich. Wprowadzają atmosferę wśród grona pedagogicznego świadczącą o tym, że są najbardziej zapracowanymi pracownikami szkoły, im należą się oklaski, nagrody itd. Podczas gdy „płyną na fali” sukcesów swoich podwładnych i czynią to z rozmysłem. Przekonują wszem i wobec, iż warunkiem konkursowym jest znajomość prawa, a nikt inny z grona nie zna tak dobrze prawa jak oni. W rzeczywistości każdą swoją decyzję konsultują z radcami kuratoryjnymi lub samorządowymi. Poprzez działania przemyślane podczas swojej kadencji wytworzyli krąg sprzyjających im „poddanych”, dzieląc grono na dwa obozy. Celowo zaniechali nagradzania wyróżniających się nauczycieli, a „głaskali po głowach” im przychylnych. Ostrzegają wszystkich ewentualnych kontrkandydatów, że po wygranym konkursie „dobiorą się do nich”. Prawdziwy karierowicz ma tzw. haki na każdego, więc nikt nie jest w stanie mu zagrozić. Jest jeszcze wiele innych przykładów działania „jedynych słusznych” kandydatów, jedno wszak jest dla owych działań symptomatyczne, wszystkie są nieetyczne i przypominają zasady walki totalnej: zniszczyć kontrkandydatów, zanim się umocnią.

W szkole, z której na konkurs stawia się jeden kandydat, tam może istnieć podejrzenie, choć nie musi, iż rada pedagogiczna jest skłócona, celowo, bardziej lub mniej niszczona lub „usypiana” przez dyrektorów i ich zastępców lub też istnieje prawdopodobieństwo demoralizacji pracowników, którym nie chce się pracować, rozwijać, awansować itd. Wydaje się, iż w interesie każdego dyrektora powinno leżeć staranie, aby kandydatów na jego miejsce było wielu. Cóż to za zwycięstwo bez rywala? Nie ma takiej sytuacji, aby wszystkim podobało się wszystko, aby nie można było wymyślić lepszych rozwiązań lub reform przestrzeni życia szkolnego dotyczących nieco zaniedbanych. Jeśli zatem jest jeden kandydat, to oznacza, iż wszyscy są zadowoleni, nikt nie wychyla się, nikt też nie chce niczego zmieniać, nie ma w szkole żadnych alternatywnych wizji lub są tłamszone. Patologia.

Bywa czasami, iż tylko jeden nauczyciel z grona spełnia formalne wymagania konkursu. Są to jednak wyjątki, ponadto każdy dyrektor w ciągu swojej pięcioletniej kadencji ma moralny obowiązek kształcić przyszłe kadry kierownicze, więc ta sytuacja jest również niekorzystna dla oceny jego pracy.

1.3. FACHOWCY

W grupie drugiej widzimy grupę fachowców. To ludzie nie wdający się w żadne układy, ale spolegliwi i wykorzystywani przez „nadzorców”. Nie ma ich za wielu, ale są. Ich koncepcja pracy szkoły jest jasna i przejrzysta, ale nie „wyczerpująca”. W wielu miejscach może się okazać, iż są lepsi od poprzedników. Niektórzy, chociaż o tym nie mówią, są skromnymi autorami 90% sukcesów swoich dyrektorów i autorami koncepcji „starych”, to znaczy że tak naprawdę to im się należały splendory i apanaże, im nagrody kuratora, burmistrza, starosty i MEN, lecz niestety, zawsze byli w cieniu, a nagrody wędrowały w ręce dyrektorów. Być może nie mieli charakteru i przebojowości, może dali się towarzysko skorumpować? A może po prostu czekali na to, aż dyrektorzy dostrzegą ich pracę, lecz zawiedli się. Nie chcieli awansów i władzy, ale teraz pragną spróbować. Wydaje się, iż nie należy zamykać im drogi do sławy. W wielu przypadkach jednak ich entuzjazm i zapał do twórczej pracy jest na wygaśnięciu. Przegapili swoje szanse. Pragnęliby teraz spokojnie unosić się na „łodzi, którą potrafią sterować”. Papiery na sterników wyrabiali u „dobrego kapitana”.

1.4. CIENIE

W grupie trzeciej kandydatów znajdują się idealiści, wielkie osobowości bez poparcia, ale z pełną głową pomysłów i zapałem do pracy, pracoholicy. „To oni, to oni!!!” – chciałoby się krzyczeć: „Wybierzmy ich!!!”. Za takim wyborem jednak nikt nie przepada, bowiem to oznacza rewolucję, wstrząsy, a w szkole wstrząsy są niepożądane. Z reguły ludzie tego pokroju są bezkompromisowi, mają wyrobioną markę nauczycieli sprawdzonych, wymagających, pracowitych i zdyscyplinowanych. „Wybierzmy ich!!!” To najlepsi z najlepszych, a jednak jest „małe ale”. Rada pedagogiczna nie popiera tych kandydatur. Pokutuje bowiem przekonanie, słuszne zresztą, iż wybierając wymagającego nauczyciela, wybieramy w jego osobie wymagającego dyrektora. Należy więc to przemyśleć. Przykład. W jednym z konkursów na dyrektora szkoły podstawowej brało udział dwóch kandydatów. Pierwszy był znany z wysokich wymagań wobec siebie i uczniów, drugi był znany z tego, że chodził do pracy, po prostu był, uczniami raczej się nie przejmował. Obaj stanęli ze świetnymi koncepcjami do konkursu i… wygrał ten drugi. W koncepcji rozwoju szkoły pierwszego ideowca i pracoholika była mowa o postępach, jakie niesie ze sobą informatyzacja życia szkoły, problemach dzieci z zapamiętywaniem swoich obowiązków, podał nawet pomysł, aby wszystkim uczniom stworzyć konta e-mail, na które nauczyciele wysyłaliby przygotowane materiały i zadania do pracy domowej. Podobnie drogą internetową chciał kontaktować się z pracownikami, aby przyzwyczaić ich do korzystania z rozwoju informatycznego świata, nowinkami techniki, pomysłami edukacyjnymi, nawiązywania łączności z dziećmi szkół partnerskich by internet itp., itd.

Drugi mówił o murach, o potrzebie poprawy elewacji i kolorystyki budynku, wymianie piwnicznych okien, odnowie łazienki dla nauczycieli. W jego koncepcji istniała zasada, „jak cię widzą, tak cię piszą” i miała ona spec znaczenie. Kandydat proponował „otwarcie się szkoły na potrzeby regionu” w sensie wynajmowania pomieszczeń szkolnych na różnego rodzaju imprezy lokalne, festyny itp. Szkoła w jego opinii mogłaby w ten sposób zarabiać krocie i przy tym stać się ośrodkiem kultury regionu. Obie wizje miały pewne zalety i wady. Wygrał jednak kandydat drugi. Pierwszy troszczący się o dzieci przestraszył najwyraźniej grono pedagogiczne wymaganiami stawianymi dzieciom, a więc i im. Drugi urzekł wizją centrum regionalnej kultury w placówce i tymi wirtualnymi jeszcze krociami. Który z nich miał rację, kto powinien wygrać, okazało się na kolejnym konkursie, pięć lat później, gdy „stary” dyrektor tłumaczył komisji, że nie mógł spełnić tego i tamtego wcześniej postulowanego zadania, a uczynienie ze szkoły centrum kultury regionu nie powiodło się. Po prostu gmina nie miała na to pieniędzy, a przez pięć lat pojawiło się zaledwie troje inwestorów wynajmujących sale szkolne. Jednak koncepcją na kolejną kadencję było już coś zupełnie innego. Mianowicie powołanie na terenie szkoły centrum edukacji dla osób starszych i centrum dokształcania nauczycieli.

Kontrkandydatem znowu był ów wymagający nauczyciel, który z uporem maniaka zwracał  uwagę na problemy uczniów z nauką, na pojawiające się przejawy szkolnej agresji. Chciał przeciwstawiać się patologiom, ale znów przegrał konkurs. Za każdym razem w powyższych konkursach wygrywały też dzieci, miały bowiem wspaniałego nauczyciela. Być może jako dyrektor szkoły zrobiłby więcej dobra, kto wie? Dyrektor zwycięzca nie przeskoczył „samego siebie”, nie dokonał wielkich rzeczy, nie pozwalały mu na to szczupłe szkolne fundusze. Wygrana ideowca i pracoholika w konkursie na dyrektora dałaby mu jednak sprawiedliwe uznanie lokalne, na które bardziej zasługiwał niż ten drugi, średniak, o ile nie miernota. System preferuje średniaków – cwaniaków?

Dygresja. Wśród dzieci i młodzieży w wieku szkolnym poparcie zyskują często ci uczniowie, którzy patrzą na szkołę zupełnie inaczej. Otóż jest to dla nich teatr, w którym grają główną rolę i potrafią to wykorzystywać często w perfidny sposób. To nie uczniowie genialni i pracowici zyskują sobie poklask i uznanie środowisk klasowych, lecz bumelanci łatwo manipulujący masą i nauczycielami. Jedni swą bezczelnością i głośnym zachowaniem wymuszają posłuch grupy rówieśników, inni siłą fizyczną i bezkompromisowością. Gdy przychodzi do wyborów przewodniczących klasy, okazuje się, iż popularni są uczniowie kategorii chodzących do szkoły, a nie uczących się. Podobnie rzecz ma się podczas urządzanych konkursów w szkołach na „najlepszego nauczyciela” w opiniach dzieci i młodzieży. Bywa, iż wygrywają je nauczyciele stawiający piątki za darmo, spolegliwi i nierzadko będący dla uczniów pośmiewiskiem. Uczniowie z przekory chcą wyrazić niezadowolenie z nauczycieli wymagających i wskazują im wzorzec, do jakiego powinni równać: np. fikcyjni tutaj pani Wiśniewska (uległa, mało wymagająca, często nieobecna, stawiająca z reguły piątki za nic) i pan Kowalski (opowiada dużo kawałów, ma wspólny język w sprawach sportowych i niewiele wymaga).

Pani Wiśniewska i pan Kowalski (fikcyjni nauczyciele o cechach leniwców) mogą odgrywać podobną rolę wobec pozostałych nauczycieli grona. Mogą, chociaż nie muszą, mieć największe szanse w konkursie na dyrektora szkoły. Nie będą stanowić bowiem zagrożenia dla większości nauczycieli, ponieważ nie znają się na edukacji. Ich przewaga nad innymi kandydaturami polega na niewielkim stopniu szkodliwości, to znaczy mogą być oceniani przez pozostałych z grona za nieszkodliwych w myśl zasady: „Wybierzmy Kowalskiego, nie będzie za wiele od nas wymagał, gdyż nie bardzo wie, na czym polega ta praca”. Instynkt przetrwania i zachowania choćby resztek honoru często sprawia, iż Wiśniewska czy Kowalski przegrywają z kontrkandydatami, lecz chodzi o to, że nie wygrywają też ci najlepsi, a władzę przejmują średniacy.
Przykład realistyczny. W jednej ze szkół nowo wybrany dyrektor chciał zamanifestować miłość do demokracji i zaufanie do rady pedagogicznej (czy też ludzkiej przyzwoitości?), może czuł się taki mocny, że nie zależało mu na tym, kim będą vice (a może przewidział wyniki głosowania?), trudno powiedzieć. Zaproponował więc, aby to nauczyciele wybrali dwóch zastępców. Wygrali Wiśniewska i Kowalski zgłoszeni jedno przez drugie (Wiśniewska zaproponowała Kowalskiego, ten w rewanżu ją), chociaż rada miała i inne kandydatury. Przegrali fachowcy uznawani za pracoholików, dzięki którym placówka zyskała renomę w środowisku lokalnym i prestiż wśród uczniów. Byliby zbyt groźni jednak dla nauczycieli, mogliby postawić przed nimi zawyżone wymagania w pracy zawodowej i utrudniać codzienność, zamiast ją ułatwiać.

Konkursy na dyrektorów szkół często wygrywają administratorzy murów szkolnych a nie pedagodzy, wybitni nauczyciele i mistrzowie. Jeśli mieliby wygrać ci ostatni, reszta może mieć kłopoty. Administrator będzie się zajmował murami, więc nikomu nie zaszkodzi.

Wielu dyrektorów szkół w Polsce kształci się i zwiedza świat za pieniądze uczniów. Dobrowolne wpłaty na samorządy szkolne, rady szkoły czy też podobne organa to dodatkowe pieniądze dla placówek. Bywa, iż dzieciom reprezentującym szkołę w zawodach sportowych nauczyciele opiekunowie kupują wodę mineralną lub bułki za własne pieniądze, bo szkołę nie stać… Wielu szkół nie stać na kupno w księgarni dyplomów sportowych w cenie 1.20 zł za sztukę i drukują byle jak na zwykłym papierze. Z drugiej strony dyrektorzy tych szkół z funduszy szkoły zwracają sobie studia podyplomowe i kursy.

Wielkim niebezpieczeństwem dla życia szkoły są dyrektorzy administratorzy, którzy w którymś momencie zapragną stać się dla swojej szkoły autorytetami, za odpowiednią zresztą gratyfikację pieniężną. Przejawia się to wprowadzaniem do życia placówki niedopasowanych profilowo regulaminów, przepisów czy nieprzemyślanych innowacji. Jedna ze szkół średnich wprowadziła na przykład kryteria ocen z zachowania skopiowane z internetu ze strony szkoły podstawowej (choroba XXI wieku). Rada pedagogiczna ufając w kompetencje dyrektora, przyjęła je we wrześniu. Dopiero w styczniu rozgorzała o to awantura, gdy okazało się, iż kryteria te nijak nie przystają do życia szkoły średniej. Oczywiście autorytet stracili wszyscy, dyrektor i rada pedagogiczna, po prostu ośmieszyli się wszyscy. Stawianie więc w konkursach na Wiśniewskich i Kowalskich to może być pyrrusowe zwycięstwo.

II WYKSZTAŁCENIE KANDYDATA

Poza reprezentantami rady pedagogicznej pozostali członkowie komisji mogą nie znać kandydatów na dyrektorów wywodzących się spośród grona danej szkoły. Wpływ na ich opinie może (powinna?) mieć dokumentacja określająca wykształcenie ocenianych osób. Można sądzić, iż im lepszy uniwersytet wystawił kandydatowi dyplom, tym lepiej i szanse na zwycięstwo w konkursie jest większe. Dodatkowe studia podyplomowe, stopnie specjalizacji i awansu zawodowego, ukończone kursy dokształcające to poważne dowartościowanie, ale czy wystarczające? Wykształcenie plus doświadczenie mogą przegrać w starciu ze zwykłymi ludzkimi odruchami, na przykład ze strachem.

Wykształcenie dyrektora ma wpływ na ciało pedagogiczne placówki i jego dobór. Każdy pracodawca chce mieć najlepszych pracowników. Najlepszych nauczycieli chce mieć każde dziecko, zatem i dyrektor szkoły. Podczas rekrutacji nowych pracowników dyrektorzy analizują podania i dyplomy uczelniane kandydatów do szkolnej pracy. Są szkoły w Polsce, które tradycyjnie zasilają swoje kadry absolwentami uniwersytetów z pierwszej trójki krajowej, tylko. Znane są też i takie rady pedagogiczne, w których 80% nauczycieli to absolwenci prywatnych szkół wyższych, gdzie dyplomy się kupuje lub absolwenci studiów zaocznych. Bywają w radach pedagogicznych wyraźne różnice w podziałach obowiązków i zaangażowaniu w pracy absolwentów różnych uczelni.

Kandydat na dyrektora szkoły, który studiował osiem lat lub dłużej na różnych uczelniach, będzie przyjmował do pracy takich „zdolnych” absolwentów jak on sam. Jeśli na dyplomie ma ocenę dostateczną, będzie pracował dostatecznie i odpowiednio wyżej. Oczywiście może być inaczej, ale nie musi. Gdy do konkursu staną na przykład dwaj absolwenci tego samego kierunku, z oceną dostateczną na dyplomie pierwszy i drugi z oceną bardzo dobrą, to ten drugi powinien mieć większe szanse zwycięstwa. Czy wygra, nie jest powiedziane, lecz w trakcie rzeczowej analizy dokumentów jest to rzecz istotna. Pierwszy kandydat może „przebić” drugiego dyplomem studiów podyplomowych, kursów, awansem zawodowym etc. Ważne jest, aby pamiętać, iż wykształcenie dyrektora będzie ważyło na późniejszym wykształceniu całej rady pedagogicznej, a zatem i uczniów.

III DYREKTOR – REALNY AWANS

Stopnie awansu zawodowego wniesione wraz z reformą to awans pożyteczny, ale nie jest realny, nie niesie bowiem ze sobą zwiększenia elementu władzy i odpowiedzialności. Można odnieść wrażenie, iż w rzeczy samej jest to rozwiązanie problemu typu: „Mamy trzysta tysięcy pracowników oświaty (powiedzmy), trzeba ich płace zróżnicować, lecz jak to zrobić, aby nikt nie poczuł się urażony i żeby na tym nie stracić?” I zróżnicowano. W pierwszym 2000/2001 roku szkolnym kandydaci do nowego typu awansu zawodowego byli niepewni, czy ów awans opłaci się finansowo. Lawina podań awansu i zbierania dokumentacji ruszyła, gdy okazało się, iż rzeczywiście są różnice w płacach, o które warto walczyć. Ale pieniądze to nie wszystko.

Wyobraźmy sobie awans w wojsku na stopień porucznika lub kapitana. Niesie on ze sobą możliwość dowodzenia plutonem i kompanią. Oficerowie ci poza odpowiednią ilością czy grupą szeregowych żołnierzy dowodzą podoficerami młodszymi i starszymi. To jest awans rzeczywisty i proporcjonalny. Wróćmy teraz na lekcję do szkoły podstawowej i zobaczmy nauczyciela, który mówi uczniom podczas zajęć: „Awansowałem na nauczyciela dyplomowanego”. Pytaniem zasadniczym w tej sytuacji jest: „Czy i co to zmienia w pracy tego nauczyciela i tej dziatwy? Czy to awans uznaniowy czy motywujący?” Jeśli w życiu zawodowym poza wzrostem wypłaty awans ten nic nie zmienił, to jest to dowód uznania państwa za wkład pracy, jaki wniósł do tej pory ów nauczyciel. Jeżeli natomiast zwiększa się odpowiedzialność za coś i kogoś, a nauczyciel dyplomowany ma w konkretnej szkole większe przewidziane prawnie zadania, to jest to awans rzeczywisty. Innymi słowy, jeśli państwo chce awansować urzędnika państwowego, to czyni to w określonym celu i jest nim z reguły nadanie mu większej odpowiedzialności za coś lub kogoś, za konkretne procesy, w tym przypadku edukacyjne. Podobnie jak mamy do czynienia w wojsku. W przeciwnym razie mamy do czynienia z działaniami pozorującymi skutki.

Zauważmy, iż w latach 2000-2007 państwo polskie przymusowo wysłało do szkół najlepiej  wykształconą i wręcz elitarną grupę zawodową Polaków – nauczycieli, stawiając to jako warunek dalszego awansu zawodowego, który jest fikcją. Chodziło w rzeczy samej o to samo, co ustawodawca wyraża poprzez dodatek za wysługę lat. Czy nie jest skandalem na miarę światową, aby kazać ludziom z dyplomami uczelni wyższych dokształcać się, brać udział w szkoleniach i studiach podyplomowych, ale zarobkiem równać ich z niewykwalifikowanymi robotnikami? Czyż nie jest  społeczną niesprawiedliwością, iż duży procent z tych zmuszonych do nauki nauczycieli nie potrafi związać finansowego końca z końcem? Ich zarobki są równe zarobkom pracowników fizycznych na różnych szczeblach w sferze przemysłu.

Formalnie nauczyciel dyplomowany stając przed uczniami nie różni się niczym od nauczyciela mianowanego, kontraktowego lub stażysty. Prawda. Porucznik stający przed plutonem nie różni się niczym od kaprala. Fałsz. Zarówno nauczyciel mianowany jak i stażysta mają dyplomy tych samych uczelni. Prawda. Kaprala w ogóle nie można porównać z porucznikiem. Prawda. Nauczyciela z nauczycielem można. Prawda. I dalej. Czy można porównać zarobki profesora uczelni państwowej z jego kolegą z uczelni prywatnej? Można. A czy ich zarobki można? Nie można. Czy porucznik w wojsku zarabia tyle samo niezależnie od regionu Polski? Tak. Czy nauczyciele zatrudnieni przez różne gminy i powiaty zarabiają tyle samo? Nie. Zatem ten sam nauczyciel o takich samych kwalifikacjach zarabia w wielkim mieście więcej niż gdyby pracował na prowincji? Tak. Czy to jest sprawiedliwe społecznie?

Przykład. Anglista w szkole podstawowej ma program nauczania. Fakt. Ma cztery podręczniki do nauki języka angielskiego w klasie czwartej, dla uczniów dwa, ćwiczenia i podręcznik i dla siebie dwa: zadania do sprawdzianów i podręcznik metodyczny. Fakt. Podczas 45-minutowych zajęć powinien na przykład zrealizować jednostkę lekcyjną – dwie strony tekstu z obrazkami (powiedzmy 8 zdań rozpisanych w komiksie sytuacyjnym), dwa nagrania z kasety lub CD, dziesięć ćwiczeń z podręczników, z czego połowę zada do domu. Fakt. Nie jest ważne dla ucznia, czy stoi przed nim nauczyciel mianowany czy też stażysta, bowiem zadanie nauczyciela jest to samo. Fakt. Ta sama lekcja jest prowadzona przez nauczyciela w wielu polskich szkołach w ten sam sposób. Nauczyciel dyplomowany nie zmieni ani jednego słowa z programu. Wszyscy językowcy realizują ten sam program. Pytanie: dlaczego jeden z racji stażu pracy i kilku kursów komputerowych ma zarabiać więcej, a drugi mniej? Czy to jest w ogóle uczciwe? Nie. Przecież już raz przy wypłacie zaznaczono jednemu z nich większy dodatek za wysługę lat. Angliście mianowanemu, aby mógł zarabiać więcej, nakazano ukończyć studia podyplomowe. Ukończył germanistykę. Dodatkowo przeszedł przez fikcyjne kursy organizowane dla nauczycieli i zgromadził dwadzieścia pięć zaświadczeń. Wreszcie awansował, stał się nauczycielem dyplomowanym. Kiedy jednak wszedł na lekcję do klasy czwartej, stanął przed tymi samymi uczniami i miał na ławce te same podręczniki, cztery, dwa dla uczniów i dwa dla siebie… Ani dyplom upoważniający go do nauczania języka niemieckiego, ani dwadzieścia pięć zaświadczeń z kursów do niczego nie są mu tutaj potrzebne. I to ma być dla niego awans realny? Czy może państwo z niego zakpiło? Wydaje się, że jednak zakpiło i z niego, i z jego młodszego kolegi, któremu wmawia poprzez stopień awansu, że jest gorszym nauczycielem. Kropka.

Nie papierowy awans na kolejne stopnie mianowania jest najważniejszy, ale stworzenie możliwości awansu faktycznego. Na przykład awansu na dyrektora, zastępcę byłby odpowiedni dla ludzi zdolnych i pracowitych.

Realny socjalizm

Konkurs na dyrektora szkoły? Wielka rzecz? Teoretycznie niby chodzi o niewielki kawałek władzy, bo czy dyrektorowanie szkole może być czymś wielkim? Globalnie nie, lecz lokalnie, regionalnie może stanowić trampolinę do większej kariery. Życie pokazuje, iż na przykład z sołtysa można „ulepić” w Polsce posła, a z nauczyciela fizyki premiera. Kto zatem bagatelizuje pewne procesy demokratyczne i marginalizuje tego typu niewielkie kroczki po szczeblach awansu społecznego, ten wykazuje się krótkowzrocznością lub też jest hipokrytą. Nie można nauczycieli pozbawiać naturalnego prawa do awansu zawodowego. Otóż postulowałbym natychmiastowe skrócenie pięcioletnich kadencji dyrektorów – to nie prezydenci- do lat trzech, a stanowisko zastępcy dyrektora szkoły powinno być rotacyjne, obligatoryjnie i bez możliwości reelekcji, bezterminowej ciągłości kadencji. Zastępca dyrektora i dyrektor szkoły to stanowiska, które powinny pracować dla szkoły, a nie odwrotnie. Aktualnie bowiem to szkoły pracują na dyrektorów i zastępców. I jeszcze jeden ważny argument za skróceniem kadencji dyrektorów i ich zastępców. Otóż, jeśli nauczyciel ma do przepracowania, powiedzmy, 30 lat i po jedenastu latach pracy nabiera uprawnień do awansu na stopień nauczyciela dyplomowanego, to przez pozostałe 19 lat nie ma żadnej motywacji do pracy. Staje się rzemieślnikiem i wyrobnikiem. Trzykrotnie mógłby starać się awansować na stanowisko dyrektora, przy konkursach co pięć lat, a przy kadencjach co trzy lata odpowiednio sześć razy. Jednak jeśli mógłby starać się awansować na  stanowisko wicedyrektora szkoły co dwa lata, miałby motywację do pracy i szanse na realny awans. Aktualnie zastępcy „przyklejają się” do dyrektorów i dyrektorują całymi wiekami, zamykając karierę najlepszym.

Powinno być tak: świetny i pracowity, dokształcony fachowiec awansuje na zastępcę dyrektora, sprawdza się – zostaje dyrektorem, to otwiera mu szansę na udziały w konkursach na stanowiska np. kuratoryjne i lokalne, sprawdza się – kuratorem, potem zasila szeregi urzędników wyższego szczebla MEN. Odchodząc na emeryturę ma po pierwsze poczucie spełnienia, po drugie godną swojej życiowej pracy emeryturę. Czy pieniądze są bez znaczenia w tej kwestii? Ależ mają. O ile większy pożytek miałoby państwo z urzędników mogących awansować realnie, a nie fikcyjnie? Szkolne patologie biorą się też stąd, że środowiska są podzielone na aktywnych i mało aktywnych. W tej drugiej grupie jest większość dyrektorów. Z pewnością nie są animatorami zmian i ewolucji, postępu, a raczej stróżami…

IV ZASTĘPCY NA ZAKRĘCIE

Spojrzenie na długość pracy dyrektorów i zastępców jest skażone doświadczeniem historycznym. Można w tej kwestii stracić obiektywny sposób patrzenia. Znane są bowiem dwudziestopięcioletnie kadencje dyrektorów szkół a ich praca podlega ocenom negatywnym jako w ľ bezwartościową, wręcz szkodliwa dla ich współpracowników, uczniów i placówek skazanych na zapomnienie lub złą sławę. Są to ludzie piastujący kierownicze i vice dyrektorskie funkcje zanim stawali się dyrektorami naczelnymi, często dawniej z namaszczenia partyjnego lecz nie tylko. Po kilku latach pracy z fantazją popadali w rutynę i zamieniali się w stróżów własnych „karier”.

Wyobraźmy sobie trzy koleżanki zostające dyrektorkami wzajemnie wspierającymi się. Dyrektorka A działa dwie kadencje, łącznie 10 lat, potem ustępuje dyrektorce B w zamian za stanowisko vice. Po dziesięciu latach dyrektorka B ustępuje koleżance C w zamian za bycie vice. Zadanie dla ucznia z klasy pierwszej szkoły podstawowej: „Ile lat rządzili dyrektorzy A, B i C?” Odpowiedź: 30 lat. Patologia. Przez 30 lat skrzętnie zbierali dokumentację świadczącą o ich pracowitości, przy czym zaniżali osiągnięcia całego grona, aby „nie wychować” sobie mocnego kontrkandydata.

Niemoralne jest zderzenie dwóch rzeczywistości. Oto pierwsza rzeczywistość: pracoholiczny nauczyciel mający nienaganny stosunek do pracy, organizujący dzieciom życie szkolne i pozaszkolne, będący wzorem pracowitości i wychowujący uczniów wg najlepszych wzorców, działający społecznie jako związkowiec przez 30 lat, systemowo pozbawiony możliwości awansu. I druga rzeczywistość: dyrektor szkoły, który przypadkowo, z namaszczenia, został zastępcą dyrektora, potem naczelnym, cieszył się niezasłużonym prestiżem i przez 20 lat dyrektorowania, był zwykłą miernotą intelektualną, kawalarzem i klaunem. Jako emeryci spotykają się z trzecią rzeczywistością: oto pierwszy straciwszy zdrowie na zajęciach szkolnych nie ma na lekarstwa, drugi żyje w nimbie dyrektorowania. Mało. Tego drugiego pasożyta można spotkać jeszcze na konkursach dyrektorskich, w których zasiada z ramienia związków – ma energię, by w nich działać, wcześniej je zwalczał.

V ZAROBKI DYREKTORÓW

Zarobki nauczycieli reguluje Karta Nauczyciela. W ustawie budżetowej co roku określa się kwotę bazową dla poszczególnych stopni awansu zawodowego. W 2006 roku kwota bazowa wynosiła 1795,80 zł.- brutto. Nauczyciel stażysta zarabia 82% tej kwoty, kontraktowy 125%, mianowany 175% i dyplomowany 225%. Państwo zapewnia te pieniądze, ale jednostki samorządowe mogą je podnieść dowolnie z własnej kasy. W Rozporządzeniu Ministra Edukacji Narodowej i Sportu z dnia 2 lutego 2005 r. w sprawie dodatków do wynagrodzenia zasadniczego oraz wynagrodzenia za godziny ponadwymiarowe i godziny doraźnych zastępstw dla nauczycieli zatrudnionych w szkołach prowadzonych przez organy administracji rządowej (Dz. U. z dnia 9 lutego 2005 r.) w paragrafie 4 p. 1. czytamy, iż nauczycielowi, któremu powierzono stanowisko dyrektora lub wicedyrektora szkoły albo inne stanowisko kierownicze przewidziane w statucie szkoły, przysługuje dodatek funkcyjny w wysokości nie niższej niż 5 % i nie wyższej niż 70 % otrzymywanego przez nauczyciela wynagrodzenia zasadniczego. W punkcie 7. Wysokość dodatku funkcyjnego dla dyrektora szkoły ustala organ prowadzący szkołę, a dla nauczyciela, w tym dla wicedyrektora lub nauczyciela zajmującego inne stanowisko kierownicze – dyrektor szkoły. 8. W stosunku do nauczyciela, o którym mowa w ust. 1, przyznając dodatek funkcyjny należy uwzględnić wielkość szkoły, jej strukturę organizacyjną, złożoność zadań wynikających z zajmowanego stanowiska, liczbę stanowisk kierowniczych w szkole, wyniki pracy szkoły oraz warunki geograficzne, w jakich szkoła funkcjonuje. Zatem im większa szkoła, tym walka o fotel dyrektora bardziej opłacalna. Dla przykładu w jednej z gmin w Polsce w powiecie żyrardowskim średniorczne wynagrodzenie (liczone za 2005 rok) dyrektorów szkół podstawowych i gimnazjów wynosi  4584,00 zł., a dyrektorów przedszkoli 3570,00 zł. W średniej uwzględniono składniki wynagrodzenia, o których mowa w art. 30 Karty Nauczyciela. Początkujący nauczyciel stażysta z przygotowaniem pedagogicznym i tytułem magistra otrzyma 1143,00 zł. Nauczyciel z tytułem zawodowym licencjata (inżyniera) z przygotowaniem pedagogicznym-983,00 zł. Nauczyciel dyplomowany – 2059,00 zł. (kwoty wynikają z Rozporządzenia MENiS). Średnia płaca dyrektora szkoły (lub placówki oświatowej), dla której organem prowadzącym jest powiat żyrardowski wynosi 3662,00 zł (brutto). Najniższa średnioroczna płaca (za 2005 rok) wynosi 2629,00 zł./2.906,00 zł., a najwyższa w grupie dyrektorów (za 2005 rok) – 5040,00 zł. Wynagrodzenie dyrektora szkoły naliczane jest według tych samych zasad, co wynagrodzenie nauczyciela. Jedyną różnicą jest dodatek funkcyjny, przysługujący mu z racji sprawowanej funkcji. I tak, nauczycielowi, któremu powierzono stanowisko dyrektora lub wicedyrektora albo inne stanowisko kierownicze przewidziane w statucie szkoły, przysługuje dodatek funkcyjny w wysokości określonej w tabeli płac. Pensja zależy od ilości oddziałów w placówce oświatowej, np. 17 oddziałów i więcej dyrektor szkoły otrzyma o 30-40% więcej do wynagrodzenia zasadniczego.

Na dzień dzisiejszy, to jest 14.03.2007 roku, z punktu widzenia zarobków dyrektora awans nie będzie wielki. Kwota dodatku funkcyjnego nie „powala na kolana” i nie zmienia zaszeregowania w progach podatkowych. Niemniej stanowisko daje inne, odczuwalne zyski, o które walczą zainteresowani konkursowicze. Pozwala mianowicie realizować własne wizje i poczuć to, co czują dowódcy w wojsku: władzę i odpowiedzialność. Dla niektórych kandydatów te wartości są najważniejsze, dla innych prestiż i możliwość spełnienia się. W interesie państwa leży, aby takich ludzi rozpoznawać, zachęcać do współpracy i wysysać z nich to, co najlepsze dla systemu oświaty. I na zakończenie jedna uwaga. Jeżeli w konkursie na dyrektora szkoły wygra jednostka wartościowa, pół biedy. Po trzech latach „zarządzania zasobami ludzkimi” zdemoralizuje się do tego stopnia, iż „ocuci” ją walka o reelekcję. Jeśli zaś wygra średniak czy miernota, owe lata jego kadencji zamienią się w męczarnie dla wszystkich, a reelekcja w „krwawą rewolucję”. Niewtajemniczonym i przeciwnikom rotacji, zmniejszenia trwania kadencji dyrektorów szkolnych uświadamiam, iż jest to praca lekka, łatwa i przyjemna, bowiem podwładni to elita świetnie znająca swoje obowiązki i najlepiej z możliwych przygotowana do pracy. Dlaczego więc nie można by wyróżniać spośród nich tych zasługujących na to, awansując ich na dyrektorów i zastępców częściej niż do tej pory?

Felieton z 2007 roku.

Wśród grona pedagogicznego polskiej szkoły pojawiają się coraz częściej nauczyciele nauczający kilku przedmiotów. Są wśród nich pedagodzy z dużym doświadczeniem w pracy z dziećmi i młodzieżą, którzy chcąc awansować na nauczycieli dyplomowanych, musieli ukończyć dodatkowo studia podyplomowe. Z tego powodu posiedli uprawnienia do uczenia drugiego lub kolejnego przedmiotu. Czy praca tego typu nauczyciela, którego nazwę mianem „multimagister” (ładniej brzmi niż np. wieloprzedmiotowiec), jest wartościowa i czy jest wybawieniem lub zagrożeniem dla systemu edukacji w Polsce? Prześledźmy dwa znane mi przypadki pracy nauczycieli, aby potem wyciągnąć jakieś wnioski.

Pierwszym przykładem multimagistra będzie tutaj praca pani Anny Kowalskiej, nauczycielki szkoły podstawowej. Ma za sobą dwadzieścia pięć lat pracy jako polonistka, od trzech lat uczy także historii, od dwóch przedmiotu nadobowiązkowego wychowania do życia w rodzinie, a dla jednej z klas piątych jest również wychowawczynią. Ze swoją klasą spędza tygodniowo: 5 godzin języka polskiego, 2 godziny historii, 1 godzinę wychowania do życia w rodzinie i 1 godzinę lekcji wychowawczej, łącznie pani Kowalska widuje swoich piątoklasistów przez 9 godzin w tygodniu.

Lekcja języka polskiego u pani Anny to sprawdziany ortograficzne, ćwiczenia gramatyczne raz w tygodniu, czytanki i ćwiczenia podręcznikowe. Zapowiedziała dzieciom także omawianie lektur w liczbie piętnastu, ale przez siedem miesięcy roku szkolnego zdążyła „przerobić” dwie. Na lekcjach historii pani Kowalska wskazuje dzieciom numery stron, podaje daty, które dzieci mają omówić w notatce i odszukać w podręczniku, a następnie oddaje się czytaniu internetu lub rozmawia na gadu-gadu ze znajomymi.

Zajęcia wychowawcze przygotowujące do życia w rodzinie to z reguły oglądanie filmów pożyczonych z biblioteki szkolnej, a godzina lekcji z wychowawcą to uzupełnianie dziennika.

Pani Anna ma wrażenie, iż zna dzieci bardzo dobrze, na wylot. Oceniając pracę na języku polskim i zaangażowanie dzieci, stawia im takie same oceny z historii, zupełnie ignorując fakt, iż dzieci uczą się samodzielnie materiału. Wydaje się, iż z historii dzieci powinny otrzymywać od nauczycielki oceny wyższe, a oceną wyjściową powinna być piątka. Zdarzają się nauczyciele, którzy niczego nie uczą i taka jest pani Kowalska, ale aby dzieci nie demoralizować wysokimi ocenami, woli bezpieczną czwórkę i ogłoszenie klasowe: „Kto chce piątkę, ten musi zdać to i tamto”. Często podczas zdawania wiedzę lub błędy ucznia pani klasyfikuje negatywnie, oceniając styl, a nie wiedzę, ponieważ akurat z historii pani Ania wie mniej od zdających. Sprawnie nie daje tego po sobie poznać.

Szczytem hipokryzji pani Kowalskiej i niestety podłością jest oświadczenie na zebraniu rodziców swojej klasy: „Cóż, klasa generalnie należy do słabych.” Prawda jest jednak inna, może i dzieci nie są największymi umysłami w tej szkole, ale pracują więcej niż ich rówieśnicy w klasach uczonych solidnie przez solidnego fachowca od historii. Pani Kowalska jest polonistką rzemieślnikiem i co do nauczania tego przedmiotu, ma jakiekolwiek rozeznanie, mgliste, lecz ma. Jednak w przypadku pozostałych przedmiotów jej inwencja i zaniechanie działania, skupienie się na postawionym w pracowni komputerze i gadu-gadu, to kpina.

Lekcje historii pani Kowalskiej, historyka podyplomowego, czyli w tym przypadku żadnego, w klasach pozostałych to trochę większy wysiłek. W równorzędnej klasie piątej, w której ma tylko dwie godziny historii, jest skłonna stawiać dzieciom lepsze oceny, ponieważ nie zna ich z lekcji języka polskiego.

Mimo wieloletniej pracy nauczyciela nie wypracowała sobie systemu oceniania. Ignoruje fakt, iż w jej klasie jest grupa uczniów zdolnych. Jedną z nich jest na przykład Małgosia, uczennica sumienna i bardzo pracowita. Miała same piątki i czwórki u pani, ale okazało się, że dziewczynka robi błędy ortograficzne, więc na piątkę nie zasługuje. Podczas wystawiania ocen pani stwierdziła, że daje Małgosi czwórkę, chociaż z powodu ortografii powinna jej wystawić czwórkę minus. A zatem ustalmy: dziewczynka rewelacyjnie czyta, rewelacyjnie recytuje, jest zawsze aktywna i współpracuje z panią na zajęciach, przeczytała nie dwie ale piętnaście lektur, jest wzorem pracowitości, ale w sprawdzianach z ortografii zrobiła trzy błędy. Pani Kowalska mogła sprawdzić prace domowe, zeszyt tej uczennicy, aby przekonać się, czy może dziecko pracuje w domu nad ortografią, ale nie ma na to czasu. Zeszytu uczennicy pani Kowalska nie widziała na oczy.

Niestety, w pracy wychowawczej pani Kowalska jest nauczycielem nagannym. Mimo iż w dzienniku jest zeszyt uwag, pani zupełnie to ignoruje. Konkretnego dnia kilku chłopców zrobiło sobie pośmiewisko z pani od religii, przeszkadzali rzucając papierki, przeklinając, wyłączając światło w klasie itd. Pani w końcu nie wytrzymała ciśnienia, złapała jednego z awanturników za ramię, aby zaprowadzić go do dyrektora. Ten wyrwał się i popędził do domu bez tornistra i kurtki, a była mroźna zima. Matka owego ucznia wtargnęła do pokoju nauczycielskiego z awanturą i wygrażaniem pani katechetce. Z kolei pani Kowalska, wychowawczyni podczas lekcji wychowawczej prowadziła odrębne nieoficjalne śledztwo w tej sprawie. Wypytywała o katechetkę i jej zachowanie. Nie zauważyła, iż sama jest winna zaistniałej sytuacji, ponieważ nie zareagowała wcześniej na uwagi i skargi katechetki umieszczone w zeszycie uwag. W ogóle nie interesowała się klasą do tej pory, a praca wychowawcza to dla niej abstrakcja.

Pani Anna Kowalska rzeczywiście istnieje, pracuje w polskiej szkole i ma się bardzo dobrze. Miano multimagistra do niej jednak nie pasuje, podobnie miano nauczyciela dyplomowanego, którym jest.

To był przykład negatywny ze wszech miar. Zdemoralizowany, ogorzały w swojej pracy nauczyciel nie poddaje się żadnym reformom, bo i reforma nie zniesie lenistwa i tumiwisizmu tego typu osób. Może gdyby dyrektor placówki rozdzielił zajęcia pani Kowalskiej, nie pozwolił jej uczyć i przebywać tylu godzin z jedną grupą dzieci, może wtedy jej praca byłaby o wiele wartościowsza? Nie od rzeczy byłoby także wyłączenie internetu w gabinetach lekcyjnych poza pracownią komputerową.

Drugim przykładem multimagistra jest pani Barbara Nowak, nauczycielka fizyki w zespole szkół ponadgimnazjalnych. Jest to nauczyciel mianowany nauczający fizyki, w ilości ośmiu godzin etatu, technologii informacyjnej oraz pracowni ekonomicznej- pozostałe godziny. Będąc na trzecim roku fizyki pani Barbara rozpoczęła studia ekonomiczne i ma dwa dyplomy uczelniane wystawione przez wydział fizyki i przez wydział ekonomiczny uniwersytetu. Aż dziwne, że pani Barbara nie szuka pracy poza oświatą, wszak mogłaby zarabiać więcej w przemyśle lub prywatnej przedsiębiorczości.

Technologia informacyjna to przedmiot zajmujący się nauczaniem podstaw obsługi komputera. Z kolei pracownia ekonomiczna to zajęcia z klasą o profilu ekonomicznym. Dotyczą kursu obsługi podstawowego oprogramowania stosowanego w polskich przedsiębiorstwach, uczą księgowania, obsługi sklepu, magazynu, prowadzenia elektronicznej księgowości firmy.

Jako że pani Nowak jest człowiekiem o umyśle ścisłym, ma przygotowane materiały na każdy dzień pracy. Najważniejsze w jej pracy są dwa komplety rozkładów materiałów i dwa dyski CD z ćwiczeniami na zajęcia w pracowni komputerowej. Rozkłady materiałów to szczegółowy zapis, jak i kiedy, co należy zapisać na tablicy, jakie zadania należy zapisać i przećwiczyć na tablicy podczas zajęć z fizyki, jakie testy i doświadczenia przeprowadzić na jakich zajęciach, jakie i ile zadań zadać uczniom do domu, które prace i zadania mają wykonać uczniowie zdolniejsi.

Podobnie na płytach CD pani Barbara ma zapisany program nauczania, podręczniki i ćwiczenia do zajęć w pracowni komputerowej. Swoim uczniom nie pozostawia ani chwili na bezmyślne serfowanie w sieci, chyba że ktoś już rozwiązał lub napisał wszystkie zadania. Rzadko się jednak zdarza, aby ktoś zdążył, dla tych są kolejne zadania i ćwiczenia. Pani Barbara z kolei nigdy nie siedzi za biurkiem, zawsze stoi za plecami uczniów i kontroluje sposób wykonywania zadań, pomaga, podpowiada, zawsze cierpliwa i życzliwa.

Pani Nowak nigdy nie chciała podjąć się pracy wychowawczej. Bała się, że nie miałaby o czym rozmawiać przez czterdzieści pięć minut z młodzieżą. Tego nie da się zaplanować, nie można też przewidzieć pytań, jakie mogliby jej zadać. Z tego powodu skromnie, ale też z obawą odmawiała.

Uczniowie pani Barbary Nowak boją się jej, wymagań i stresu związanego z rozwiązywaniem kolejnych zadań. „To pozytywistka, tylko praca i praca, jakby nie było następnego dnia, kiedy można byłoby dokończyć zadanie”- mawiają. Nigdy nie odzywa się do uczniów ponad to, co jest określone w planie lekcji, rozkładzie materiałów, tak jakby nie miała nic więcej do powiedzenia, niczego nie komentuje, nie daje się wciągnąć w rozmowy o niczym, tylko praca, tylko nauka. Taki styl myślenia narzuca swoim uczniom i na każde próby nawiązywania przez uczniów kontaktu z nią odpowiada pytaniem: „Czy to dotyczy zadania?” lub „Której fazy zadania dotyczy to pytanie?”

Dwa przykłady multimagistrów nie dają obrazu całego zjawiska. Prawdą jest, iż każdy nauczyciel to odrębnym charakter, inny człowiek o specyficznym zachowaniu i kulturze osobistej. Cechą osobową pożądaną w pracy nauczyciela przedmiotowca jest wewnętrzny porządek i jasne określanie celów działania. Jeśli rozumie cele stawiane przez nauczany przedmiot, przenosi je na jednostki lekcyjne i poszczególne etapy kształcenia, zadania wykonywane na i poza lekcjami. Ważną sprawą są także odpowiedzialność, sumienność i uczciwość zawodowa.

Nauczyciel jak nikt inny powinien mieć świadomość, iż oto przed nim siedzi trybunał sędziów, jury, które dzisiaj posłusznie wykonuje jego polecenia, jutro zaś wystawi nauczycielowi rachunek za jego pracę. W przypadku pani Kowalskiej nie będzie to ocena pozytywna. Trzeba mieć nadzieję na to, że jej uczniowie trafią kiedyś na panią Nowak. Od niej nauczą się więcej. Jednak czy zdążą? Problem polskiej reformy i polskiej szkoły polega też na tym, że współczesny świat nie potrafi walczyć ze stereotypami wyniesionymi z epok minionych.

Multimagister to nie jest zjawisko nowe dzisiaj (luty 2007). Na tak wielką skalę pojawia się dopiero wraz z reformą i wymaganiami awansu zawodowego nauczycieli. Wielu pedagogów ukończyło studia podyplomowe, co tworzy nowe jakości nauczania, ale też niesie ze sobą wiele zagrożeń. Z jednej strony to wspaniała rzecz móc wiedzę, nauczanie jednego przedmiotu popierać wiedzą z drugiego i dokonywać swoistej korelacji i syntezy wiedzy uczniów. Z drugiej strony nauczycielowi może zlewać się wiedza z przedmiotów pokrewnych i przez to staje się on mało obiektywny, twórczy i zaangażowany. Na przykład podczas odpowiedzi z historii o starożytnej Grecji uczeń streszcza mity poznane na języku polskim. Jeśli oba przedmioty ma z tym samym nauczycielem, może dostać ocenę wyższą albo za tę samą wiedzę może być oceniony na dwóch różnych lekcjach.

Nie można zapominać, że odpowiedzialnością za rozłożenie zajęć i przydział czynności jest dyrektor szkoły. Znając bliżej swoich podwładnych, których wcześniej jako nauczyciel w większości obserwował podczas pracy z dziećmi i młodzieżą, powinien rozważać możliwość przydzielenia pani Kowalskiej do nauczania konkretnej klasy czy też zastąpienia ją panią Nowak. Do takiej sytuacji negatywnej, jaką niesie ze sobą przykład pani Kowalskiej, nie powinno dojść i winę za patologię ponosi również dyrektor. Oczywiście że ów dyrektor nie nakazał jej obniżenia poziomu nauczania w klasie piątej, nie zwolnił jej z obowiązków pracy, które ona ignoruje. Niemniej jednak błędy nauczyciela są również błędami dyrektora i odpowiedzialność w tym przypadku rozkłada się, a może nawet jest większa po stronie dyrektora. Do jego zadań bowiem należy nadzorować, kierować, pilnować, dbać o poziom nauczania etc.

Felieton z 2007 roku.

O wadach konkursów na dyrektorów szkół.

W językoznawstwie istnieje zasada poprawności wypowiedzi oparta na zwyczaju społecznym. Jeśli na przykład większość męskiej populacji społeczeństwa mówiłaby „poszłem” (było tak do lat 90-tych) a nie „poszedłem”, to poprawna byłaby pierwsza forma, łatwiejsza wyraźnie i milsza ekonomice języka. Społeczeństwo demokratyczne samo wyznacza sobie kanony językowe. Idealnie. W ten sposób wiele błędów językowych można by uznać za zjawiska poprawne, gdyby nie inne kryteria wykluczające je ze słownika. Na przykład kryterium zgodności z systemem języka mówi o tym, iż każde wypowiedzenie musi być zgodne z zasadami gramatyki języka polskiego, na straży której stoją językoznawcy. I chwała im za to.

System naboru na stanowiska dyrektorów szkół w Polsce nosi znamiona procesu demokratycznego, ale w rzeczywistości nim nie jest. Zgodnie z prawem każdy dyrektor musi przejść przez „sito” konkursu. Ten system ma jednak wady i im się przyjrzymy.

O stanowisko dyrektora może starać się nauczyciel, który ma ukończone kursy lub studium „Zarządzania oświatą”. Aby ukończyć takie szkolenie, trzeba zapłacić pieniądze uczelni. Jeżeli nauczyciel nadający się na stanowisko dyrektora nie ma funduszy, to musi zrezygnować z ambicji i niestety traci na tym szkoła i demokratyczne społeczeństwo. To jest poważna wada systemu naboru i ograniczenie konkursowe. Jest bowiem wiele rad pedagogicznych, wśród których znajdują się jednostki wybitne, ale nie mają odpowiedniego „kwitka” na rządzenie. Zaświadczenie takie warunkuje udział w konkursie, ale czy stoi za nim fachowe przygotowanie? Rzecz dyskusyjna.

Do konkursu może stanąć nauczyciel, dla którego znajdzie się parę godzin zajęć z jakiegokolwiek przedmiotu w rzeczonej placówce. Zatem osoba kandydująca z zewnątrz jest zagrożeniem etatów nauczycieli i dlatego przegrywa na starcie. Mimo iż to gmina lub starostwo rozpisuje konkurs na stanowisko dyrektora, jest to w istocie konkurs zamknięty dla ludzi spoza danej szkoły. Jeśli owa placówka jest dotknięta jakąś patologią, a wybór człowieka z zewnątrz tego układu jest pożądany, to i tak nie ma na to szansy. Demokracja sama sobie zamyka oczy.

Każdy, kto choć raz brał udział w konkursie na stanowisko dyrektora szkoły, wie, iż jest ono prawną formalnością tylko. Spotykają się na niej bowiem zwykle dwie strony z już ustalonym wynikiem. De facto konkursy są rozstrzygane przed wyznaczonym terminem i godziną. Kandydaci wchodzą, prezentują się komisji, lecz nie jest istotne to, co sami mają do powiedzenia i kim są. W rzeczywistości konkurs wygrywa kandydat „mocniejszy”, z większym poparciem – ilością głosów, jeszcze zanim wszedł na salę przed oblicze komisji. Głosy te są łatwe do obliczenia czy też przewidzenia.

Największą wadą konkursów i niebezpieczeństwem jest brak odpowiedzialności komisji za wybór. Pomimo bowiem spełniania przez kandydata warunków formalnych, może on być na przykład zupełnie nieodpowiednią osobą na to stanowisko a komisja i tak go uszczęśliwi zwycięstwem.

Przykład nr 1. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy do konkursu zgłasza się kilkoro kandydatów. Jednym z nich jest dyrektor ubiegający się o drugą kadencję. Zupełnie się nie sprawdził, jest znany z arogancji wobec nauczycieli, nie ma pojęcia o kreatywności i bije rekordy lenistwa, powszechnie znany jest z tego, że nie chodzi na własne lekcje, a powinien, natomiast regularnie w każdy poniedziałek przychodzi do pracy „wczorajszy”. Jego prezentacja przed komisją jest jednak najbardziej rzeczowa, bowiem korzysta z danych znanych tylko księgowej i jemu, a komisję interesują na przykład tylko liczby i po liczbach ocenia atrakcyjność.

Wyliczmy głosy, na które może liczyć ów nieodpowiedni kandydat: głos inspektora lub naczelnika oświaty w gminie czy powiecie, bo znają się dobrze i wiele niedziel ze sobą „przepijali”; głosy przedstawicieli kuratorium w liczbie trzech, ponieważ owe osoby opierają się na opinii inspektora lub naczelnika; podobnie na tej opinii opierają swoje zdania przedstawiciele samorządu lokalnego w ilości trzech osób, a zatem to kolejne trzy głosy; dwa głosy oddadzą na tego kandydata przedstawiciele rodziców uczniów szkoły, których kandydat-dyrektor osobiście zachęcił i przekonał do siebie przed wyborami, nie wnikajmy w jaki sposób tego dokonał. Z głosami przedstawicieli związków zawodowych (dwa związki to dwa głosy) i nauczycieli (z reguły dwóch przedstawicieli) rzeczony kandydat w ogóle nie musi się liczyć, a przecież ci ostatni znają go lepiej niż pozostali członkowie komisji konkursowej.

Co i komu jest wybaczalne w powyższej symulacji? Przybywające na konkurs osoby z kuratoriów tak znają sytuację szkoły, jak przeciętny mieszkaniec Polski. Intuicyjnie stawiają na kandydata wskazanego przez naczelnika lub inspektora oświaty, bowiem to ów urzędnik odpowiada za dyrektorów szkół, a nie komisja. Nie interesuje ich tak naprawdę los konkretnej placówki i bezpieczniej jest posadzić na stołku dyrektora osobę już tam siedzącą. Zaznaczmy też, iż osoby z zewnątrz nie mają obowiązku zasięgać opinii rady pedagogicznej, związków zawodowych itd. O dziwo, przyjeżdżają, podbijają delegację, głosują tak, jak im każe czy sugeruje lokalny zwierzchnik oświaty i znikają. Można im wybaczyć to zaniedbanie? Jeśli wynika z lenistwa, owszem, jeśli zaś jest ustawowe, nigdy! Mogliby chociaż oni i urzędnicy lokalni reprezentowani w komisjach zrobić minimum. Pójść na zebranie rady pedagogicznej i poprosić o wypełnienie przez nauczycieli krótkiej ankiety, oceny pracy aktualnego dyrektora-kandydata, wykonać podobną śród uczniów „uczonych” przez niego na temat frekwencji, poziomu wymagań etc. Jednakże ustawa o wyborze na stanowisko dyrektora szkół nie narzuca im takiego obowiązku, nikomu takiego obowiązku, żadnego obowiązku poznania wskazanej konkursem szkoły nie nakazuje. Zna ją inspektor lub naczelnik. To wystarcza? Komu i do czego? Koniec przykładu nr 1.

Dygresja o urzędnikach samorządowych. W istocie kim są inspektorzy i naczelnicy oświaty, urzędnicy szczebla władz samorządów lokalnych? Cóż, trudno określić. Na stanowiska dyrektorów szkół, przedszkoli i innych placówek edukacyjnych, wychowawczych i kulturalnych wymogi są konkursowe i jasno sprecyzowane, chociaż jakość owych zasad podlega dyskusji. Paradoksalnie wielu dyrektorów szkół podlegających bezpośrednio władzom lokalnym „melduje się”, „raportuje”, doradza i rozlicza przed inspektorami, naczelnikami, którzy nie wiadomo skąd, nagle, po wprowadzeniu reformy oświaty rozpoczęli zarządzanie. Jest wśród nich spora liczba ludzi nieodpowiednich bez jakichkolwiek przygotowań merytorycznych. Oczywiście mają w swoich papierach kwitki na ukończenie kursów zarządzania oświatą i studia podyplomowe zrobione w trakcie, ale. Gdzie nie ma obligatoryjnej wymiany kadr, kadencyjności, tam są patologie.

Nie będzie „odkryciem Ameryki” stwierdzenie, iż wspomniani urzędnicy nadzorujący pracę szkół i przedszkoli „obrastają w tłuszcz”, bez uzasadnienia roszczą sobie prawa do bycia autorytetami w zakresie edukacji i zarządzania, zachowują się w stosunku do podległych im osób jak udzielni książęta, mało tego, żyją mentalnie w czasach socrealizmu.

Przykład nr 2. Do jednego konkursu stanął kandydat bezpartyjny popierany przez radę pedagogiczną i związki. Nauczyciele mieli już dosyć patologii w zarządzaniu przez urzędującego dyrektora o cechach narcyza i szubrawcy, jego nepotyzmu, kumoterstwa i głupoty. Ba, dyrektor ów miał firmę handlującą używanymi samochodami przepisaną na szwagra. Korzystając z koniunktury dał kilka luksusowych aut swojemu naczelnikowi i staroście. Rzeczą jasną jest, iż naczelnik miał to zrozumieć we właściwy sposób. Miał mu gwarantować reelekcję, a potem wybór na to samo stanowisko żony. Niektórzy wspaniale potrafią się „ustawić”, prawda?

Kontrkandydatem starego dyrektora podczas konkursu był nauczyciel wychowania fizycznego, który nie przyjął od szwagra dyrektora prezentu w postaci używanego auta. Był „czysty” od wszelkich patologii i w nim wszyscy pokładali nadzieje. Dlaczego? Ponieważ aktualny dyrektor traktował placówkę jak własne ranczo, stał się w dodatku tak pazerny na pieniądze, że gdzie tylko mógł, ustawiał swoich ludzi i do jego kasy strumieniami wlewała się gotówka. Pieniądze brał od fotografa robiącego dzieciom zdjęcia na terenie szkoły, od agenta ubezpieczeniowego, od firmy remontującej łazienki szkolne, a nawet prowizję od woźnego, któremu załatwił pracę w szkole.

Podczas konkursu najwięcej pytań zadał naczelnik oświaty nauczycielowi wuefiście. Dogłębnie wypytywał o prawo oświatowe, księgowość szkolną i finanse. Nauczyciel odpowiadał, że od finansów szkolnych jest skarbnik powiatu i szkolna księgowa. Członkowie komisji konkursowej zdawali sobie sprawę z faktu, iż naczelnik dąży do ośmieszenia tej kandydatury. Dopiero jednak, gdy w swoich pytaniach zagalopował się zahaczając o życie prywatne kandydata, wtedy zaprotestowali nauczyciele i przedstawiciele związków. Było jasne, że poza nimi ów kandydat nie zdobędzie głosów. Nikt, żaden inny kandydat nie wygrałby z aktualnie rządzącym dyrektorem. Koniec przykładu nr 2.

Poważną wadą konkursów na stanowisko dyrektora szkoły jest fakt, iż niezależnie od tego, kogo wskażą wyborcy-komisja, mogą wybrać miernotę, średniaka lub po prostu idiotę. Konkurs nie chroni systemu edukacji przed karierowiczami i nie promuje najlepszych! Najlepsi to oczywiście ludzie oceniani przez lata swojej edukacji najlepiej z możliwych. Gdyby zatem prześledzić dokumentację 100 konkursów na stanowisko dyrektora szkół dowolnie wybranych w Polsce, może okazać się, iż tak ważny czynnik jak ocena kandydata na dyplomie lub rodzaj studiów nie jest cechą ważną kandydata, a elementem formalnym, ot, kandydat musi mieć ukończone studia wyższe. Koniec. Otóż nie, to nie powinien być koniec, ale początek.

Każdy student uczelni wyższej pragnie skończyć studia, ale też pożyć i pokosztować studenckiego życia. Jedni potrafią znaleźć w tym umiar, inni często zapominają o celu zasadniczym studiowania. Jedni są zdolni, inni mniej zdolni, a system ocen w jakimś stopniu to odzwierciedla. Wiele komisji konkursowych nie tylko na stanowisko dyrektora szkół o tym zapomina i zupełnie ignoruje, a przecież wiadomo, że bardzo dobra ocena na dyplomie świadczy o tym, iż mamy do czynienia z człowiekiem pracowitym, rzetelnym, zdolnym itd. Średnia ocena ze studiów jest wynikową wielu ocen wielu ludzi, a nie kilkunastu zebranych przypadkowo członków komisji konkursowej, w okresie kilku lat pracy ze studentem. Czy ocena na dyplomie, lata ciężkiej pracy studenta, mogą być godne zaufania?

Przykład nr 3. W gminie X odbywały się wybory na stanowisko burmistrza. Do konkursu stanęło troje kandydatów: nauczycielka nauczania początkowego, wieloletni dyrektor domu kultury z dyplomem technika i zaświadczeniem, że jest aktualnie studentem drugiego roku resocjalizacji studiów zaocznych, a także trzeci „człowiek znikąd”, absolwent wydziału prawa administracyjnego i studiów zarządzania. Pierwszy kandydat miał poparcie prawicy, drugi lewicy, trzeci lokalnego koła wyborców. Konkurs wygrał dyrektor domu kultury i później dokończył studia. Okazało się, iż nie były istotne oceny na dyplomach dwóch uczelni o światowej renomie trzeciego kandydata, nieistotna była ocena na dyplomie uczelni wyższej nauczycielki. Ważniejsze były interesy partii rządzącej. Koniec przykładu.

Dygresja. Dla wyjaśnienia powyższego przykładu można by zapytać, jakim prawem o stanowisko burmistrza czy starosty walczą osoby zupełnie do tego nieprzygotowane formalnie? Jak to jest, że nauczycielka nauczania początkowego ma ambicje zarządzać gminą czy powiatem? To samo dotyczy owego zwycięzcy, dyrektora domu kultury. Czyż nie byłoby logiczne, aby do takich stanowisk prawo predestynowało wręcz kandydata numer dwa? To pytanie musielibyśmy rozszerzyć na całe państwo i zapytać wprost: Dlaczego na przykład chcąc być lekarzem lub nauczycielem czy policjantem, należy spełniać wymogi formalne, na przykład mieć ukończone studia lub zdaną maturę, a na stanowisko burmistrza, starosty, posła na sejm nie ma takich wymagań? Wystarczy być członkiem odpowiedniej partii.

Czy to jest sprawiedliwe, aby reprezentantem nauczyciela w sejmie był jego uczeń, który nie miał siły i wytrwałości, aby zdać maturę, lecz zrobił karierę polityczną? Czy to aby nie patologia społeczna? Wstecznictwo.

Wracając do konkursów na stanowisko dyrektora szkół, powiedzieć należy, iż konkursy także bywają polityczną rozgrywką pomiędzy wzajemnie zwalczającymi się ugrupowaniami.

I ostatnia wada, kadencyjność. Pięcioletnie kadencje dyrektorów szkół były być może uzasadnione w systemie nauczania szkół pięcioletnich, choć wątpię. Ponieważ uczniowie szkół gimnazjalnych i średnich uczą się w systemie trzyletnim, pracę dyrektorów szkół można ocenić teraz prędzej. Nie ma takiej potrzeby, aby dyrektorzy piastowali urzędy dwa lata dłużej od uczniów, którzy rozpoczynali pierwszą klasę razem z dyrektorem, gdy ten rozpoczynał urzędowanie. Dzięki reformie oświaty, sprawdzianom i egzaminom, maturom, szkoła ma narzędzie obiektywnej oceny pracy nauczycieli i dyrektora również. Zatem należałoby zrobić wszystko, aby je wykorzystać dla dobra szkoły, dzieci i nauczanej młodzieży.

Jednym z najlepszych rozwiązań byłoby utworzenie Korporacji Dyrektorów Szkół odpowiedzialnej i rozliczanej za efekty pracy w systemie trzyletnich kadencji. Wszystkie wady konkursów mogłyby być zniwelowane przez pracę dyrektorów spoza środowiska konkretnej szkoły.

Statut takiej instytucji precyzowałby dokładnie, kto i na jakich zasadach miałby do niej należeć. Praca dyrektorów byłaby oceniana poza szkołą i jej środowiskiem lokalnym. Z pewnością na wstępie w jej poczet zostaliby wcieleni wszyscy aktualni dyrektorzy, lecz oceną ich pracy nie zajmowałby się lokalny urzędnik, lecz fachowcy. Z kolei władze lokalne zgłaszałyby „zapotrzebowanie” na konkretnego fachowca o cechach i wykształceniu takim, a nie innym, z doświadczeniem takim lub innym, w celu rozwiązania określonych problemów w konkretnej placówce.

Korporacja sama dokonywałaby naborów i egzaminów na stanowiska dyrektorskie w oświacie. Pierwszeństwo mieliby ludzie o określonych ocenach na dyplomach uczelni zależnie od profilu kształcenia w konkretnej szkole itd. Pomysłów na zorganizowanie takiej korporacji na wzór Okręgowych Komisji Egzaminacyjnych może być wiele.

Wydaje się koniecznością, aby pracować nad takim rozwiązaniem jak najszybciej, gdyż dotychczasowa forma zatrudniania, nadzoru pedagogicznego, rozliczania dyrektorów szkół już nie zdają egzaminów. Są przeżarte korupcją i patologią, skłócają i stresują środowiska, dzielą je i obniżają wartość systemu edukacji. Sprawiają też wrażenie podobieństwa do wspomnianego na początku kryterium zwyczaju społecznego. Otóż można odnieść wrażenie, iż wady systemu konkursów na dyrektorów szkół weszły w społeczny krwioobieg i są uznawane za właściwe i etyczne, za normę. Niestety, nie ma innych norm, tak jak w językoznawstwie, które wykluczałyby patologie konkursowe. No, jest jeszcze etyka pracy i etos, ludzka przyzwoitość, ale gdzie toczy się walki o władzę, tam potrzebne są obligatoryjne i prawne rozstrzygnięcia.

Felieton z 2007 roku