Wulkan rozdział 17

Kamil z Filipem siedzieli nad korektą projektu strony internetowej dla szkolnej giełdy papierów wartościowych. Młodszy brat czuł się już bardzo dobrze i po napadzie bandytów nie było ani śladu. Fizycznego, bo psychiczny uraz dawał o sobie znać, jak tylko padało hasło „szkoła”. Kamil bał się szkoły.
– Jutro wracasz do szkoły, masz wszystko przygotowane? – Filip martwił się o niego i podczas zwolnienia lekarskiego załatwiał mu notatki.
– Tak – był smutny. – Nie musisz mi psuć humoru.
– Posłuchaj – Filip odłożył myszkę i odsunął krzesło od biurka. – Jestem twoim bratem i nie pozwolę, aby ktokolwiek cię krzywdził.
– Będę pamiętał.
– Powiedzieliśmy, komu trzeba o zajściu, musimy czekać. – Filip martwił się o brata. – Myślisz, że będą cię jeszcze atakować?
– Oni nikogo się nie boją, potrafią całe godziny grać w karty na lekcjach, głośno się śmiać, wyzywać nauczycieli za ich plecami, podkładać im kredę i takie rzeczy.
– A nauczyciele nie reagują?
– Co im mogą zrobić? Na angielskim cały czas gadają, śmieją się, zaczepiają dziewczyny i ganiają po klasie. O, albo zwalniają się do ubikacji i drą się na korytarzu.
– Nie ma na nich silnych do czasu, aż w końcu ktoś dobierze się im do tyłków.
– Po skończeniu szkoły? Szkoda gadać, to już będzie za późno. Przepychali ich z klasy do klasy, teraz też tak będzie. Jeszcze mają specjalne przywileje. Raz facet z angielskiego postawił ich do kąta, bo na klasówce zżynali. Polecieli na przerwie do pedagoga szkolnego, pedagog do dyrektora i facet miał rozmowę w stylu „tak nie wolno, trzeba wychowywać, a kara to nie metoda”.
– Skąd to wiesz?
– Mówił nam na kółku teatralnym, na szczęście oni tam nie chodzą. Wyobraź sobie, wszyscy piszą sprawdzian, a Guzik śpiewa piosenkę i głośno gada z tym debilem Prokopem. Zupełnie ignorują nauczyciela. Facet trzy razy każe im przestać, bez skutku. W końcu dla dobra wszystkich, którzy piszą sprawdzian i chcą się uczyć, wyprasza ich z klasy. Wychodzą żegnając się jak jacyś bohaterowie i stoją za progiem, a on ich pilnuje. Lecą na skargę do pani pedagog, że on ich wyrzucił i nie mogli napisać sprawdzianu. Znowu ma dywanik. Na każdej lekcji wydziwiają i mają wszystkich gdzieś.
– Żartujesz?
– Nie.
– Ale na lekcjach wychowawczych pewnie rozmawiacie o ich zachowaniu.
– Filip, chyba mnie nie słuchasz?! – Zdenerwował się Kamil. – Oni zastraszyli całą klasę, nikt im się nie postawi, chłopaki muszą nosić im torby, a dziewczyny śniadanie.
– Zwariowałeś? To nie może być prawda! – Filip nie wierzył, że może być aż tak źle.
– Myślisz, że za co ja dostałem?
Dzwonek u drzwi przerwał im rozmowę.
Filip wyszedł do przedpokoju i otworzył drzwi. Na korytarzu stali dwaj chłopcy, piegowaty szatyn i niższy od niego blondyn.
– Jest Kamil? – Piegowaty szatyn ogolony na trzy milimetry pytał drżącym głosem.
Filipa coś tknęło, miał ochotę przeprowadzić przesłuchanie i prywatne śledztwo w sprawie Guzika i Prokopa. Nadarzała się świetna okazja.
– Jest, możecie wejść.
– Ale my bardzo się śpieszymy i prosimy go tylko na chwilkę na korytarz – pośpiesznie cedził przez żółte zęby blondyn.
– To miłe, że przyszliście go odwiedzić. Kamil, koledzy do ciebie!
Młodszy brat wyszedł z pokoju i kierował się w stronę drzwi, a Filip mijał go w drodze do pokoju. W pewnym momencie poczuł, jak Kamil zaczepia dłonią jego ramię i je ściska. Uścisk był nienaturalnie mocny.
Filip spojrzał na brata. Wydał mu się bardzo blady.
– Słabo ci? – Przestraszył się, że chłopak zaraz upadnie na podłogę i chciał go objąć ramieniem, ale brat odsunął pomocne ramię.
– To oni – powiedział przez zaciśnięte zęby.
Filipowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Już był na korytarzu, już obu małoletnich bandytów trzymał za szyje i wnosił przez próg. Kopnął drzwi, które z wielkim trzaskiem zamknęły się za nimi. W mgnieniu oka obaj winowajcy leżeli na podłodze przedpokoju, a Filip z pasją odpinał od spodni szeroki pas przerażonemu piegowatemu szatynowi. Złożył go na pół i powietrze zaczęło furkotać.
– Filip!!! – Kamil rzucił się na brata. – Chcesz ich pozabijać?!
– Przestań, panuję nad sytuacją! – Spojrzał na leżących, którzy w ogóle nie próbowali się bronić, tylko krzyczeli.
– Nie bij, my przepraszamy!!! – Zarzekali się niemal chórem.
– Po co tutaj przyszliście?! – Filip podejrzewał, że chcieli zastraszyć brata, aby wycofał skargę.
– Chcieliśmy przeprosić – odpowiedział właściciel pasa i pokazał małą bombonierkę czekoladek.
W tej samej chwili drugi z leżących również pokazał bombonierkę.
Spojrzenia braci skrzyżowały się, Kamil nawet się uśmiechnął i kiwnął głową.
– Wstańcie – rozkazał.
Kiedy wstali, podali Kamilowi bombonierki.
– Przepraszamy, postaramy się jakoś ci się zrewanżować.
– Kupicie mu nową wątrobę lub śledzionę, co?
Nie śmiali się wcale. Potraktowali to jako ostrzeżenie i przez chwilę nikt w przedpokoju nie wiedział, co dalej.
– Dobra, możecie już iść – Filip oddał pas szatynowi.
Ruszyli wolno do wyjścia, kiedy drzwi się otworzyły i weszła matka.
– Dzień dobry – zamknęła za sobą drzwi i ubierała kapcie.
– Do widzenia – żegnali się małoletni bandyci.
– Do widzenia.
Dziubińska spojrzała na synów. Obaj stali uśmiechnięci, młodszy trzymał w ręku dwie bombonierki.
– To miłe z ich strony, że cię odwiedzili.
Kamil spojrzał na Filipa, a starszy brat kiwnął do niego przecząco głową. Wolał, aby nie mówił, kim byli owi koledzy. Chciał oszczędzić matce dodatkowych nerwów.

Guzik i Prokop nie doznali niebiańskiego nawrócenia i nie przyszli do Kamila z własnej woli.
Dzień wcześniej radiowóz policyjny podjechał pod stary blok, w którym mieszkała rodzina Prokopa.
Komendant, z gumową pałką w lewym rękawie – sytuacja wyjątkowa – bezszelestnie wspinał się po schodach, aby po chwili stanąć pod drzwiami małoletniego bandyty. W ciszy i półmroku korytarza słuchał, czy z mieszkania dochodzą jakieś odgłosy. Niestety, chyba nikogo nie zastał, ale sprawdził to pukaniem i dzwonieniem do drzwi.
Głucho.
Kiedy schodził po schodach, spotkał ojca poszukiwanego chłopca wracającego ze spaceru z niewielkim psem.
– O, witaj, komendancie! – Mężczyzna nieco młodszy i dużo niższy znał Klara.
– Dobrze, że cię widzę, mam do ciebie sprawę – mówił poważnie.
– A, co się stało?
– Wejdźmy do ciebie, nie będziemy gadać na korytarzu.
W mieszkaniu zastali nieład i duchotę. Ktoś tam dużo palił tytoniu, a rzadko otwierał okno i prał skarpety. W powietrzu wisiał odór przetrawionego przez organizm ludzki alkoholu.
Na twarzy gospodarza domu widać było skutki częstego nadużywania napojów alkoholowych.
Komendant wyprowadził psa do drugiego pokoju i zamknął za nim drzwi.
– Przypomnij mi, jaka była umowa między nami, bo wydaje mi się, że o niej zapomniałeś?
– A, o co chodzi…
Klar nie lubił, jak go obrażano. Wyciągnął policyjną gumową pałkę, chwycił mężczyznę za bluzkę, lewą ręką pociągnął go do siebie, a pałką przeciągnął po udach.
Bolało. Mężczyzna aż przysiadł na podłodze.
– Umawialiśmy się – komendant mówił spokojnie bez żadnych min i złości – że ty będziesz wychowywał swojego syna, a nie ulica. Ostrzegałem cię, że chłopak schodzi na margines i obiecywałeś tym się zająć.
– Ja jestem niewinny, ja nic nie zrobiłem! – Wolał nie wstawać z podłogi.
– Ojcowie są odpowiedzialni za synów. Rok temu obiecywałeś, że go przypilnujesz, a tymczasem synek kradnie, pije, pali i terroryzuje całą szkołę. Przedwczoraj pobił niewinnego chłopaka za to tylko, że nie chciał przez cały dzień nosić za nim szkolnego plecaka.
Przestał mówić i rozpiął guzik od kołnierzyka.
– Tak będzie szumiał i rozrabiał, a ty będziesz to ignorował, dopóki sam od niego po gębie nie dostaniesz?
W tym momencie ojciec małoletniego bandyty rozpłakał się. Klar spojrzał na niego i wszystko zrozumiał.
Żal mu się zrobiło Prokopa, którego znał jeszcze jako młodego awanturnika i kilka razy gościł w celi posterunku. Wybryki ojca rozpoczęły się jednak w dojrzałym wieku i ograniczały do dewastacji otoczenia w stanie nietrzeźwym, kilka razy połamał ławkę w parku, kopał po jezdni kosz na śmieci. Dwaj starsi jego synowie byli resocjalizowani już za kradzieże. Jednak najmłodszy zaczął najwcześniej i to od rozbojów.
Komendant wstał i pomógł podnieść się z podłogi znajomemu.
– Przepraszam, stary, nie wiedziałem. Gdzie go mogę znaleźć?
– Na boisku szkolnym albo w „Pokerze” – czyścił nos chusteczką.
Policjant chował pałkę do lewego rękawa marynarki munduru.
– Wygląda na to, że twój syn nie wróci na noc do domu. Możesz więc spać spokojnie.

Klar wiedział, gdzie zastanie ojca małoletniego i notowanego już Guzika.
PPodjechał radiowozem z włączonym kogutem na dachu na Dworcową do „Jezioranki”, miejscowej pijalni piwa. Dawniej takie lokale nazywano pijalniami piwa, a piwo kojarzyło się z dobrą zabawą i tańcem, wolnym czasem i odpoczynkiem. Dzisiaj przybytki tego typu zyskały miano „mordowni” i nikt inaczej na nie nie mówi, przynajmniej w Wołczynie.
Podobne miejsca przyprawiały go o mdłości a każde niecenzuralne zachowanie biesiadników w jego obecności doprowadzało do furii. Razem z Dziubińskim w młodości byli panami takich przybytków, wodzirejami, ale to był inny świat.

Stanął na progu „mordowni” i rozejrzał się po sali. Większość obecnych mężczyzn tam to alkoholicy i margines społeczny notowany w policyjnych kartotekach.
Szedł między stolikami i momentalnie robiła się cisza, pijący przerywali rozmowy.
Stanął przed stolikiem, przy którym siedziało trzech mężczyzn.
– Panie Guzik, mamy do pogadania, więc dopij pan piwo, bo wychodzimy stąd – mówił łagodnie, ale stanowczo.
Cierpliwie czekał, chociaż jeszcze kilkanaście lat wstecz, wziąłby pijanego delikwenta za kołnierz i wyprowadzając, pozamiatałby nim podłogę. Taki miał wstręt do pijaków. Alkohol jego zdaniem rozkładał wszystko i wszystkich, którzy się za niego brali, nawet komendę i policjantów. Ba, alkoholizm to choroba zawodowa policjantów, jak utrata głosu u nauczycieli czy pylica u górników.
Guzik wstał i wyszli razem. Radiowóz zajechał pod posterunek, do którego weszli obaj. Krótko potem wyszedł komendant, nieco później zaś pijak. Rozmowa z komendantem miała podobny charakter do tej, którą Klar przeprowadził w mieszkaniu Prokopa.
Obu młodzieniaszków znalazł w „Pokerze” i kazał im wsiąść do radiowozu. Byli bardzo rozbawieni i żartowali, że jadą na dyskotekę.
Przywiózł ich do sali bokserskiej i zamknął za sobą drzwi.
– Ubierajcie to – pokazał ochraniacze skórzane na krocze, pas na podbrzusze i nerki.
– Będziemy walczyć – humor im dopisywał.
Następnie wyciągnął z rękawa gumową, starą, komunistyczną jeszcze pałkę.
– Już kiedyś mieliście mieć spotkanie z tym przyrządem, ale obiecywaliście, że będziecie dobrze się zachowywać – mówił łagodnie i spokojnie.
Chodził dokoła nich.
– Tymczasem słyszę, że pijecie – wyliczał wolno, aby zrozumieli – palicie, terroryzujecie nauczycieli i swoją klasę, bijecie własnych rodziców, a ostatnio pobiliście w parku Kamila. Miarka się przebrała.
Dostali obaj po jednej pałce, według przepisów po umięśnionych częściach ciała. Jak przewidywał, złamali się. Płakali, przeklinali i zwijali się po podłodze. Wiedział, że dużo w tym jest gry aktorskiej, chociaż uderzenie pałką jest przykre i bolesne.
– Czy macie coś na swoje usprawiedliwienie, szanowni twardziele?
– My nie będziemy…
Dostali jeszcze po jednej pałce i powtórzyli głośniej przedstawienie z krzykami.
– Czy nie wyrażacie chęci naprawienia wszystkich szkód i powrotu do normalnego życia społecznego? – Podniósł pałkę do góry, aby pokazać, że jest gotów do trzeciej serii.
Była niepotrzebna. Zwykle dwie pałki mają wartości resocjalizacyjne, trzecia to przesada, a czwarta to przestępstwo – uważał Klar.
Chłopcy naturalnie wyrażali chęć i godzili się na wszystko, byle tylko nie dostać pałką. Obiecywali, że przeproszą całą klasę za swoje zachowanie i nauczycieli, chłopaków, których pobili, matki, których nie szanują i pobitych ojców, a nawet obiecali, że zaczną się uczyć i chodzić do kościoła.
Klar wiedział, że ich zachowanie jest wypadkową wielu czynników, ale najważniejszym z nich był brak prawdziwego domu i normalnych warunków rozwoju. Tak to jest, kiedy rodzice nie mają czasu dla dzieci albo są sami niewychowanymi idiotami.
– Wstawać, bohaterowie! – Odłożył pałkę. – Na początek waszej resocjalizacji kupicie bombonierki i pójdziecie przeprosić Kamila.
– Ale my…
– Jakieś problemy? – Przez cały czas mówił do nich normalnym tonem, nie krzyczał, nie zmieniał mimiki, nie okazywał pogardy czy nienawiści.
Leczył ich z nienawiści do całego świata. Teraz mają nienawidzić jego jednego lub zacząć nowe życie bez nienawiści, a resztę ludzkości kochać. Taka była w skrócie jego filozofia, dzięki której w mordowni było mało pijaków, w więzieniach niewielu wołczynian, a ludzie mogli po zmroku chodzić bezpiecznie.
– Nie mamy pieniędzy – szlochał piętnastoletni Guzik.
– Ja mam i dam je wam zarobić, wyjątkowo dzisiaj, bo przez miesiąc będziecie pracować społecznie.

Chłopcy wysprzątali salę i umyli podłogę, przetarli także szatnię. Codziennie mieli się meldować na posterunku w drodze do szkoły i przez miesiąc dwa razy w tygodniu sprzątać salę bokserską. Jeśli im się spodoba pomysł, będą mogli trenować w sali. Ale to nie koniec.
Komendant, po pracowitym popołudniu w sali, zaprosił ich na dobrą kolację na posterunek, kolację z noclegiem. Każdy miał dostać celę, aby zastanowić się nad swoim postępowaniem i własną przyszłością.
Noc w areszcie, czego im nie mówił, miała zapobiec ewentualnym kłótniom w domach rodzinnych. Wiedział, że podrostki wszelką złość i frustrację odreagują na pijanych ojcach i matkach. Tak było zawsze.

ROZDZIAŁ 16 ROZDZIAŁ 18

Skomentuj