Roxana, Rozdział 10

Był późny sierpniowy wieczór. Inspektor Dornik miał już dość pracy na dzisiaj. Zmęczony całodziennym poszukiwaniem dróg wyjścia z patowej sytuacji rozważał w myślach różne warianty postępowania. Uczepił się jednak jednej hipotezy i nie wyobrażał sobie wykrycia sprawcy morderstwa na rodzinie Janowskich bez odnalezienia choćby zwłok Majora.
W podświadomości czuł zbyt szybki upływ czasu, bał się, że sprawcy oddalą się za granicę i nigdy ich nie złapie. Każda chwila wydawała mu się cenna, lecz po rewizji wszystkich swoich atutów stwierdził, że przyjdzie mu się udać chyba do Pana Boga po wskazówki. Śledztwo utknęło w martwym punkcie i nie zanosiło się na zmianę. Z tego też powodu chodził jak struty i wszystko wkoło drżało.
Przyjechał do Aśki i od razu wszedł pod natrysk. Dziewczyna krzątała się w kuchni i szykowała kilka kanapek. Razem zasiedli przy stoliku w dużym pokoju i Asia z nudów włączyła telewizor. Widziała, że jej mężczyzna nie jest w dobrym humorze i nastroju do mówienia. Nie chciała przeszkadzać mu w rozmyślaniach. Jeśli coś go gnębi, to powie jej o tym, gdy uzna za stosowne.
W telewizji kończyło się ostatnie wydanie dziennika. Spiker poinformował, że teraz przekażą informację z Wrocławia. Jak zawsze w takich wypadkach przycisnęła guziczek fonii i po sekundzie głos z ekranu stał się bardziej donośny.
Na całej szerokości ekranu ukazało się zdjęcie nieznanego człowieka, który zginął w kraksie samochodowej niedaleko Wrocławia. Zaraz potem pojawiło się drugie zdjęcie i lektor oświadczył, że jest to druga ofiara tego samego wypadku. Pod zdjęciem widniał napis Adam Wroński.
Joanna struchlała, wypuściła z rąk filiżankę z herbatą i zbladła. Artur szybkim ruchem podniósł szklankę, która się nie rozbiła i zaniósł ją do kuchni. Mokrą szmatką wycierał dywan i spojrzał na twarz dziewczyny. Przestraszył się
– Co się stało, kochanie? – Przytulił jej głowę.
– Nic, wypadła mi szklanka, przepraszam – jej głos drżał.
W końcu opanowała się, lecz trzymaną kanapkę odłożyła na bok. Nie mogłaby teraz nic przełknąć. Nie rozumiała jak to się stało, że Walter zginął. Podejrzewała, że centrala widocznie nie zdążyła zareagować na jej wskazówkę, co do odwołania Waltera na jakiś czas.
W takim razie to ona wyrówna rachunki z mordercami.
Dornik zjadł trzy kanapki i dolał sobie herbaty z dzbanka. Widać było, ze lepiej się już czuje. Spoglądał od czasu do czasu na Joannę, aż nagle coś sobie uświadomił. Nie mógł usiedzieć na fotelu i przypadł do kolan dziewczyny.
– Słuchaj no, czy ty czasami czegoś przede mną nie ukrywasz? – Spytał podejrzliwym tonem.
– Co masz na myśli? – Dziewczyna teraz dopiero się zlękła.
– No, wiesz, przed chwilą zrobiłaś się taka blada, nie chcesz nic jeść, to jest podejrzane. Może ty jesteś w ciąży? – Spoważniał
Przez chwilę milczeli.
– Powiedziałabym ci wtedy pierwszemu, głuptasie – odetchnęła. – A chciałbyś?
– No pewnie! – Ucieszył się.
– Żartujesz?
– Nie. Pomyśl, jakie by to było pięknie? Gdyby była dziewczynka, to za kilkanaście lat podglądałbym w łazience Gremliny Juniory – żartował i śmiał się.
– Ale ty jesteś – zawstydziła się i wplotła dłonie w jego włosy. – A jeśli byłby to chłopiec?
– Nie, ja chcę Gremliny Juniory! – Roześmiał się całkiem wyleczony z zamętu w swojej głowie. – No to jak właściwie z tobą jest, mam kupować pampersy?
– Jeszcze nie.
Artur ucałował ją w policzki, które nabrały już kolorów. Nie miała jednak ochoty na miłość. Połączyli na dłuższą chwilę swoje usta i Artur uniósł ją na rękach. Sam usiadł w jej fotelu a Aśkę posadził sobie na kolanach. Wtuliła się w niego.
Właśnie redaktorzy w jakimś programie reporterów rozmawiali ze sobą, w końcu zaprosili telewidzów do obejrzenia sondy ulicznej. Jej tematem był wzrost przestępczości właśnie we Wrocławiu. Po chwili pojawił się na ekranie komisarz Sadowski.
Mówił o wzroście fali przestępczości, chodziło zarówno o przestępstwa pospolite jak i morderstwa. Wymienił kilka nazwisk ofiar. Potem narzekał na brak ludzi i małą skuteczność działań funkcjonariuszy. Nie starczało również środków finansowych na prowadzenie zwykłego nadzoru i działań prewencyjnych. Wspomniał o limicie pięćdziesięciu kilometrów przypadających na dobę dla jednego wozu patrolowego. Policjanci z dziennej zmiany chodzą piechotą po mieście, pozostawiając owe pięćdziesiąt kilometrów limitu kolegom z nocnych służb. Zarysował sytuację w ten sposób, że samemu Dornikowi przeszły ciarki po plecach.
Zaraz potem pokazano uliczną sondę, w której mieszkańcy miasta wypowiadali się ze sceptycyzmem o działaniach wrocławskiej policji. Każdy z zatrzymywanych przechodniów rozgrzeszał jednak policjantów tłumacząc, że obecne warunki spowodowane są brakiem odgórnych działań prawnych.
Dornik wziął do ręki pilota i miał zamiar wyłączyć telewizor, gdy redaktor podszedł do jakiejś kobiety z dwiema torbami w ręku. Na zadane pytanie odpowiedziała, że problem nie jest jej dobrze znany.
– Ale że ta zaraza się rozrasta, to fakt – mówiła kobieta z ekranu. – Sama, proszę pana, znalazłam konającego w krzakach mężczyznę, ale za wygląd dałabym jemu dwadzieścia lat. Nie wiem, jak on się przyczołgał do naszych Nadolic, nie było żadnej zabawy, ale to, proszę pana, dzisiaj normalne.
Inspektor wyłączył odbiornik, na co dzień miał dość podobnych komentarzy. Zastanowił go jednak fakt, że nie spotkał się w raportach z terenu z opowiadanym przez kobietkę zdarzeniem, a przecież przeglądał je wszystkie kilkakrotnie.
Trzymając na rękach Alinę, wstał i zaniósł ją na łóżko. Wziął z półki mapę samochodową i odszukał wspomniane Nadolice. Były na wschód od Wrocławia. Poczuł nagły przypływ energii. Wyszedł z pokoju i po chwili wrócił ubrany.
– Kochanie, muszę gdzieś pilnie pojechać – nachylił się nad nią.
– Długo cię nie będzie? – Nie otworzyła nawet oczu.
– Postaram się wrócić jak najszybciej.
Jakoś bez pośpiechu wyszedł z domu i wsiadł do czekającego samochodu. Za kierownicą jak zwykle siedział Borucki.
– Dokąd ruszamy, panie inspektorze?
– Do Nadolic, to nic pilnego.
Sam nie wiedział, dlaczego tak mówi. Nie spieszyło mu się zbytnio, chciał mieć czas na myślenie.

Było przed północą, gdy samochód z anteną na środku dachu minął tablicę drogową z napisem Nadolice. Dojechali do niewielkiego rynku, ale żaden z policjantów nie wiedział, w którą stronę teraz się udać. Na szczęście Dornik zauważył idącego chodnikiem mężczyznę.
Wyszedł z samochodu.
– Przepraszam, gdzie jest posterunek policji? – Zapytał.
– Pierwsza w prawo – odpowiedział przechodzień.
– Dziękuję. – Zastanowił się chwilę. – Słyszałem, że znaleziono u was poturbowanego mężczyznę niedawno?
– Tak, ale to nie nasz, jakiś przyjezdny.
– Dzięki!
Podziękowanie wypowiedział inspektor przez zaciśnięte prawie zęby. Zbierał się w nim gniew i wiedział, przeciwko komu ma go skierować.
Posterunek zastali otwarty. Dornik wszedł do środka. Jeden z pokoi był oświetlony. Przy biurku siedział mundurowy i stukał coś na maszynie. Starszy i otyły mężczyzna męczył się nad jakimś raportem.
W końcu zauważył gościa.
– Co jest? – Rzucił spod nosa.
– Ja jestem! – Dornik z wściekłości podsunął mu pod oczy pistolet.
Policjant zamarł ze strachu dopiero po chwili, gdy doszło do niego, że to, co ma przed sobą nie jest atrapą, ale takim samym P64, jakie miał przy pasie.
– Sam jesteś? – Maltretował go psychicznie Dornik.
– Sam. – Zdziwił się.
– Wstawaj! – Krzyknął stanowczo inspektor.
– Ale…
– Stul gębę – inspektor był spokojny – dawaj broń!
– Ale…
– Nie gadaj, dawaj pistolet!
– Nie mogę – pożółkł na twarzy i prawie mdlał ze strachu
– Już się zesrałeś w portki, czy jeszcze mam tobą potarmosić?!
– Już…
– Co już? – Zdziwił się Dornik.
– Już narobiłem w portki…
Mundurowy policjant rzeczywiście wyglądał na prawdo mówczego.
– Dobra, koniec tej zabawy. Książka z listami gończymi.
– Tu jest, proszę – podał mu skoroszyt.
Inspektor sprawdził szybko, list gończy za Majorem dotarł tutaj.
– Gdzie jest ten znaleziony pokłuty mężczyzna?
– Znaleźliśmy go kilka dni temu, ale zabrali go do szpitala rejonowego.
– Przeżył?
– Tak.
– Na drugi raz melduj od razu, jasne?! – Rzucił z progu Artur.
Nie tłumacząc niczego posterunkowemu wsiadł do poloneza i odjechał. Wściekłość całkiem się już rozpłynęła po tym, jak dowiedział się, że ranny mężczyzna przeżył. Ta blokada informacji, której dokonał policjant z Nadolic kosztowała Dornika dużo nerwów, więc teraz niech się on przynajmniej zastanowi nad swoim postępowaniem. Lepsze pełne gacie niż natychmiastowe zwolnienie za niedopełnienie obowiązków służbowych.

Pokazał lekarzowi dyżurnemu czarnobiałe zdjęcie. Major został rozpoznany. A więc inspektor miał rację, to Major był ofiarą. Jednak, jako recydywista na pewno nie będzie chciał współpracować z policją. Należało użyć podstępu, aby wydobyć od niego poszukiwane informacje.
Siedząc w samochodzie, wziął do ręki radiostację.
– Dwa – pięć – pięć do bazy, odbiór…
– Tu baza, słabo cię słychać, odbiór…
– Przysłać natychmiast naszą karetkę reanimacyjną do szpitala w Janowie, kryptonim sprawy „Chopina 15”, odbiór.
– Przyjąłem, bez odbioru.
Na szczęście priorytet obiecany przez Imperatora był respektowany i po pół godzinie pojawiła się przed rejonowym szpitalem specjalna karetka pogotowia kliniki policyjnej. Pacjenta przewieziono do szpitala we Wrocławiu tłumacząc mu jedynie, że w dotychczasowych warunkach nie ma możliwości dokonania specjalistycznych badań zoperowanych narządów wewnętrznych. Major nie sprzeciwił się, zależało mu na jak najszybszym dobraniu się do skóry ludziom, którzy go upokorzyli.
Rozmowę z nim inspektor postanowił jednak przełożyć, chciał przygotować sprzyjające ku mówieniu warunki. Przestępca zapewne widział swoich oprawców i może pamięta numery samochodów, którymi się posługiwali. Ale odznaka policjanta nie wyciągnie z niego zeznań, trzeba było wymyśleć inny sposób.
Uspokojony tym, że nareszcie odnalazł ogniwo łączące uprzednio odkryte poszlaki, Artur wrócił do Aliny. Zastał ją siedzącą w fotelu i popijającą herbatę. Podszedł do niej i dotknął szklankę.
– Może zrobić ci świeżej? – Czule zapytał, bo żal mu się zrobiło jej smutnych oczu
– Nie, dziękuję. Jesteś pewnie zmęczony, chodźmy spać.

Skomentuj