Roxana, Rozdział 12

Borucki ubrany w mundur policjanta zjawił się w biurze. Inspektor siedział przy jakichś papierach i przeglądając je drapał się po głowie.
-Jestem, panie inspektorze, cały na niebiesko- zameldował się.
-Dobrze, mam dla pana rolę dzielnicowego, musi ją pan dobrze zagrać.
Udali się razem do kliniki policyjnej, w której przebywał Major. Z rozmowy telefonicznej z lekarzem przeprowadzonej przez Dornika wynikało, że pacjent na tyle doszedł do siebie, iż może z łatwością odpowiadać na zadawane pytania. Najpierw jednak należało stworzyć odpowiednią atmosferę, aby w ogóle zechciał udzielić jakichkolwiek informacji. Inspektor miał w głowie plan podstępu.
Wszedł do pokoju lekarza dyżurnego i długo z nim rozmawiał. Nie była to łatwa rozmowa i w obecności Boruckiego lekarz wciąż odmawiał współpracy. W końcu jednak udało się go przekonać i poszli do Sali numer szesnaście. Stały tam dwa łóżka. Pod oknem leżał zoperowany recydywista, bliżej drzwi przebrany za pacjenta funkcjonariusz policji.
Inspektor nie wszedł do sali razem z lekarzem i Boruckim. Przez uchylone drzwi nasłuchiwał rozmowy wraz z drugim funkcjonariuszem przebranym za salowego, którego zadaniem było również pilnowanie Majora.
-To ten policjant, panie dzielnicowy- wskazał Majora Boruckiemu lekarz.
-Kiedy został przywieziony?
-Trzy dni temu z Nadolic.
-Obywatelu!- Zwrócił się policjant do Majora, który miał zamknięte oczy- Proszę podać swoje dane personalne!
Borucki podszedł do łóżka Majora i poruszył jego ręką.
-Słyszał pan? Proszę podać swoje imię i nazwisko!- Zwrócił się do lekarza.- Czy pacjent jest przytomny?
-Tak, ale udaje, że śpi.
-W takim razie może odciski jego palców nam coś powiedzą. Mam tu ze sobą odpowiednie rzeczy. Panie doktorze, proszę mi pomóc.
Lekarz spełnił prośbę Boruckiego i podszedł do łóżka. Wziął rękę pacjenta i odwrócił dłoń do góry. Policjant otworzył teczkę i wyciągnął z niej buteleczkę z fioletową cieczą.
-Dobra, po co te ceregiele!- Odezwał się groźnie Major.
-Jeżeli pan nie chce mówić, to przewieziemy pana do szpitala więziennego, tam już pana przebadają dokładnie.
Zadaniem sierżanta i lekarza było wystraszenie pacjenta, który widać było zastanawiał się nad czymś. W końcu jednak ponownie przemówił.
-Marian Sikora, piąty luty czterdziesty drugi rok w Trembowli, narodowość polska, obywatelstwo polskie.
Borucki zanotował wszystko.
-Zamieszkały?
-Plac Alberta we Wrocławiu numer osiemdziesiąt dziewięć przez dwa.
-Zatrudniony?
-Cegielnia przy Ostrowskiej.
-W jaki sposób odniósł pan te rany?- Dalej notował.
-To moja sprawa.
-Myli się pan, to również moja sprawa.
Stojący za drzwiami Dornik spodziewał się właśnie takiej reakcji Majora na widok policjanta.
-Wypiliśmy trochę z kolegami…
-I?
-Nic więcej nie pamiętam.
-Nazwiska kolegów?
-Nie pamiętam.
-Jak to, nie pamięta pan, z kim pił?
-Za szybko się urżnąłem.
-Gdzie piliście?
-W parku.
-Którym?
-Nie pamiętam.
-Dobrze, że chociaż nazwisko własne pamiętasz. Nie martw się, wszystko sprawdzimy.
Udający dzielnicowego Borucki schował notes do teczki i zwrócił się do lekarz.
-Jak długo pacjent będzie leżał w tym oddziale?
-Rany są bardzo poważne. Przebita wątroba, pocięty woreczek żółciowy i żołądek. Zaleczenie powinno potrwać jakieś półtorej miesiąca, a potem jeszcze dwa rekonwalescencja i zupełna kontrola lekarska.
-Aż tak długo? Przyznam, że miałem ochotę porozmawiać z nim prędzej w cztery oczy. W takim razie przestępcy mają większą szansę ucieczki.
-To i tak dobrze, że w ogóle wyżył.- Dodał lekarz.
Obaj odgrywający scenę wyszli. Major przysłuchiwał się ich rozmowie z obojętnością, ale teraz dopiero wzburzył się i zacisnął pięści.
-Te parszywe gnoje rzeczywiście uciekną- wyszeptał pod nosem.
-Słucham?- Odezwał się współpacjent leżący obok.
Major całkowicie zignorował to pytanie.

Pierwsze kroki zostały postawione. Artur cieszył się, że wreszcie Major być może zacznie coś mówić. Zależało mu na tym, bo sporządzone rysopisy a może i numery samochodów wniosą jakieś światło do sprawy. Gra przed recydywistą dopiero się jednak zaczęła.
Odczekawszy godzinę, Dornik tym razem sam wszedł do sali Majora, ale skierował się do łóżka wtajemniczonego w sytuację policjanta.
-No, witam cię stary i przepraszam za długie milczenie, ale wiesz, ciągle brak czasu, akcja za akcją!
-Cześć Artur! Jak tam, udało się wtedy?-Pacjent odgrywał swoją rolę.
-Możemy tutaj rozmawiać?- Spojrzał znacząco na Majora odwróconego do okna.
-Spokojnie, gościu na pewno śpi.
-A więc akcja powiodła się, zainkasowaliśmy nieźle, chłopaki po piętnaście, ja oczywiście dziesięć razy tyle. Twoja dola leży u mnie.
-Coś ty, przecież ja wypadłem z gry?
-Zachorowałeś, gdyby nie to, byłbyś ze mną zamiast Długiego- Dornik specjalnie posługiwał się pseudonimami z „Liliputa”.
-Poszło gładko?- Zadawał ustalone scenariuszem pytania chory.
-Nie tak znowu, Baca miał pecha i nakryli go, ale bez towaru. Papuga mówi, że po przesłuchaniu go wypuszczą.
Inspektor postępował według wcześniej ustalonego planu. Chciał najpierw wywołać w Majorze strach, więc przekonał lekarza, aby skłamał w imię dobra sprawy. Lekarz nie był zadowolony, ale wypowiedziana przez niego diagnoza podziałała na wyobraźnię pacjenta. Szczególnie miesiące rekonwalescencji i nadzór szpitalny. Mnogość ran wewnętrznych odniesionych przez niego też nie była tak wielka, jak to przedstawił lekarz.
Po wyjściu Boruckiego recydywista pozostał sam z własnymi myślami, w których na pierwszy plan wysunął się problem czasu. Zdaniem Dornika powinien zdać sobie sprawę z faktu, że ludzie, którzy go poranili, mogą rozpłynąć się w powietrzu. Należało szybko działać. Jednak działania Majora ograniczały poniesione rany i sprawa honorowa. Nie mógł się skontaktować ze swoimi kolesiami, pozostawał mu, więc ktoś obcy, ale oczywiście z branży.
Tym człowiekiem zesłanym przez los miał być Dornik udający przestępcę.
-Dobrze, stary, powiedz mi, kiedy wychodzisz?- Spoglądał na Majora ukradkiem.
-Jutro, mówił lekarz, że jutro rano albo jeszcze przed obiadem.
-Przyślę po ciebie chłopaków. A może masz jakieś życzenia?
-Nie, dzięki, nic mi nie potrzeba- przebrany policjant położył się na łóżku
-No to do zobaczenia przy robocie, trzymaj się- Dornik podał mu dłoń i wyszedł z Sali.
Na korytarzu westchnął i pomyślał, że wszystko dzieje się po jego myśli. Za kilka godzin Major powinien zmięknąć i skontaktować się z nim. Do tego czasu nie zajdą pewnie żadne zmiany w prowadzonym śledztwie.

Od momentu podania przez telewizję wiadomości o śmierci Wrońskiego Roxana podjęła decyzję o samodzielnym dochodzeniu w tej sprawie. Przebrana za starszą kobietę odwiedziła dom zabitego agenta. Celem jej wizyty było złożenie kondolencji wdowie i wspomożenie finansowe.
Roxana uważała także, iż morderców Waltera należy szukać w jego własnym domu. Była pewna, że wrócą tam, żeby dokładanie sprawdzić czy posiadane przez inżyniera informacje nie rozeszły się w jakiś inny sposób. Będą chcieli ustalić zapewne czy wiadomość o rzekomych rakietach nie została przekazana żonie lub komuś innemu.
Z tego też powodu, będąc u Wrońskiej i wykorzystując wyjście jej do kuchni, Roxana otworzyła wyjęte z torebki pudełeczko metalowe. Znajdowały się w nim cztery przedmioty podobne kształtem do małych guziczków. Wyciągnęła jeden z nich i odkrywszy serwetę, przyczepiła go pod blat stołu.
Teraz mogła mieć pewność, że ewentualni goście Wrońskiej nie pozostaną anonimowi. Przebrana w skórzany kombinezon siedziała na motocyklu nieopodal bloku mieszkalnego, w którym mieszkała wdowa po Walterze. Spod kasku wystawał czarny przewód słuchawki odbiornika umieszczonego wewnątrz kurtki. W słuchawce słyszała jakieś trzaski i rozmowy Wrońskiej z córkami. Z daleka obserwowała wejście do klatki schodowej i parking przed domem.

Było kilka minut po dwunastej w południe, gdy przed blokiem mieszkalnym zatrzymał się brązowy mercedes. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn i nie zamykając samochodu, skierowali się do budynku. Po kilku minutach w słuchawce Roxany zadźwięczał dzwonek domowy. Owi mężczyźni weszli widocznie do mieszkania Wrońskiej, bo po chwili słychać było strzępki jakiejś rozmowy prowadzonej w progu mieszkania.
Wreszcie rozmowa stała się głośna i czytelna. Goście Wrońskiej usiedli blisko założonego podsłuchu.
-Panowie z policji już byli u mnie i wszystko im powiedziałam-tłumaczyła wdowa.
-Ale my nie jesteśmy z policji, lecz tak jak już kolega wspomniał, z wielonakładowej gazety „Policjant”- mówił jeden z gości.- Nasi czytelnicy chcieliby zapewne dowiedzieć się szczegółów dotyczących okoliczności śmierci pani męża.
-Nie wiem, czy jest to takie interesujące?- Wątpiła kobieta.-To był chyba normalny wypadek drogowy, chociaż kto wie?
-Czy istnieją jakieś fakty, które spowodowały pani wątpliwości?- Zainteresował się nieznajomy.
-Nie wiem, czy mogę o tym mówić?- Zastanawiała się Wrońska.- Otrzymała list od męża, w którym był także drugi list…
-Proszę, niech pani nie przerywa- naciskał jeden z gości.
-Nie wiem, co było treścią tego listu, ale był skierowany do funkcjonariuszy Urzędu Ochrony Państwa…
-Niemożliwe?!- Prawie krzyknął zainteresowany.- Czy ma pani ten list?
-Nie, byli u mnie wczesnym rankiem dwaj panowie i dałam im go, bo do nich był adresowany.
-I nie przeczytali go na głos?
-Nie, zabrali list ze sobą, być może znajdują się tam jakieś ciekawe informacje?
Milczenie trwało długą chwilę, aż Roxanie wydało się nagle, że być może zepsuł się odbiornik. Mężczyźni jednak zastanawiali się nad kolejnym krokiem. W końcu jeden się odezwał.
-Wie pani, chyba powinniśmy skontaktować się z nimi, może dowiemy się od nich czegoś ciekawego.
Wrońska nie reagowała.
-Czy zostawili pani swój telefon?
-Tak, podali mi swoje nazwiska i telefon, pewnie są w komisariacie. Proszę, tutaj jest karteczka z ich numerem telefonu.
Dalej nastąpił jakiś szelest w słuchawce, goście opuszczali dom wdowy. Dziękowali jej bardzo za pomoc i napomknęli coś o artykule w czasopiśmie. Opis śmierci jej męża i wszystkie okoliczności miały zostać opisane w październikowym numerze „Policjant”.
Dwaj mężczyźni wyszli z klatki samochodowej i odjechali brązowym mercedesem. W ślad za nim podążał motocykl prowadzony przez Roxanę. Wkrótce zorientowała się, że pojazd kieruje się w stronę Ściernic i zawróciła. Pamiętała numery rejestracyjne rzekomych dziennikarzy, ale zastanawiała się, czy odkrycie ich miejsca pobytu i zdemaskowanie nie przeszkodzą w prowadzonej akcji agencji. Miała już pewność, że Walter nie zginął w wypadku, a jego mordercami są ludzie zamieszani w handel skradzionymi kodami. I tylko ten fakt wstrzymał ją od dokonania na nich aktu zemsty, który to odwet odłożyła do chwili ewakuacji wojska radzieckiego ze Ściernic. Tymczasem udała się do wynajętego pokoju w ośrodku wczasowym, gdzie czekał na nią zaszyfrowany rozkaz prosto z Berlina.

Skomentuj