Roxana, Rozdział 13

-Ej, ty tam, koleś!- Wołał do siedzącego na łóżku współpłacenia Major.
-No, czego sobie życzy, wezwać siostrę?- Prawie cały dzień upłynął przebranemu za pacjenta policjantowi na czekaniu, aż w końcu Major odezwał się.
-Słuchaj, potrzebuje twojej pomocy…- zakrztusił się chory.- Słuchaj brachu, potrzebny mi jest ten twój koleś, co cię rano odwiedził.
-To nie jest chłopak na posyłki, chyba nie wiesz, o kim mówisz.
-Pies go tam lizał, ty nie wiesz, z kim rozmawiasz!- Zdenerwował się recydywista, aż mu żyły nabiegły krwią.
-Mówisz o Arturze, przyjemniaczku, największym handlarzu broni w kraju.
Ten bluff był przemyślanym krokiem inspektora, który sam ułożył scenariusz rozmowy z Majorem.
-Takie chłopaczki jak on mówią do mnie Majorze!
-Teraz pełno majorów kręci się po mieście- nie dawał za wygrane policjant.
Major próbował podnieść się na łóżku po tych słowach, ale jego organizm był wycieńczony. Zacisnął pięść i groził policjantowi.
-Gdyby nie te rury- wskazał na dreny kroplówki i krwi- inaczej bym z tobą gadał!
-Nie muszę cię słuchać- odwrócił się do niego plecami.
-Dobra, zacznijmy jeszcze raz- Major ochłonął.- Słyszałem waszą rozmowę. Długi i Baca, o których mówiliście, to moi ludzie, można ich najczęściej spotkać w „Lilipucie”. Baca może poświadczyć.
-Niestety, on siedzi.
-Do jasnej cholery, odwróć się do mnie i patrz mi w oczy, frajerze, bo sam mnie zmuszasz, abym twoim mózgiem wysmarował ściany.
Major krzyczał tak głośno, że policjant przeraził się i zbladł. Nie wiedział, co ma robić. Na szczęście do Sali wszedł przebrany policjant z obstawy i udawał, że myje zlewozmywak. Trwało to może piętnaście minut. Wymienił porozumiewawcze spojrzenie z kolegą i wyszedł.
-Słuchaj, powtarzam jeszcze raz, jestem Major i mam dla twojego szefa propozycję. Od ciebie tylko chcę, żebyś natychmiast się z nim porozumiał i sprowadził go tutaj, tylko tyle.
-A co on z tego będzie miał?
-Niech cię już głowa o to nie boli, zasrany… No dobra, załatwisz mi to, czy mam ci połamać kark na śpiąco?- Zgrzytał zębami.
-Niech ci będzie, pójdę do niego zatelefonować, ale nie obiecuję, on ma masę spraw na głowie.

Drzwi do pokoju Wasiaka i Kani były otwarte. Inspektor wszedł tam, bo chciał się usprawiedliwić z niemożności przyjścia na obiecane spotkanie.
-Siadaj Artur- zaprosił go Wasiak.-Niewesołą masz minę.
-I to z dwóch powodów. Moja dziewczyna dzwoniła, że nie będzie mogła dziś przyjść, bo ma pilny wyjazd do Monachium.
-To ona też pracuje w naszej firmie?
-Nie, ma kwiaciarnię i często wyjeżdża po sadzonki lub inny towar.
-A druga sprawa?- Uśmiechnął się pojednawczo Wasiak.
-Mam na oddziale w klinice recydywistę, który nie pali się do zeznań, a od nich wiele zależy.
-Nie przejmuj się, nam też nie idzie jak po maśle, dopiero skończyliśmy raport dla naszego szefa i przekroczyliśmy termin. Musieliśmy odwiedzić paru ludzi i nie zdążyliśmy.
-Już widzę jego minę- wtrącił wesoło Kania.- Nareszcie będzie miał prawo do pojeżdżenia sobie po nas. Albo jeszcze gorzej, pomyśli, że zaginęliśmy w akcji.
Roześmiali się. Mimo wszystko byli w dobrych nastrojach. Przez cały dzień porucznicy odwiedzali zakład pracy Wrońskiego i ludzi z nim związanymi. Nie dowiedzieli się niczego nowego. Inżynier miał bardzo dobrą opinię w dyrekcji i w swoim biurze. Nie było człowieka, który by powiedział na zmarłego złe słowo. Te informacje również chcieli dołączyć do raportu, który niedokończony leżał na biurku.
Zadzwonił telefon i przyjaciele umilkli. Kania podniósł słuchawkę. Usłyszał kobiecy głos.
-Córka wiceburmistrza? Rozumiem, dobrze, przyjedziemy do pani jeszcze dzisiaj, dziękuję, do zobaczenia.
Kania odłożył słuchawkę i spojrzał na wpatrującego się w niego Wasiaka.
-Zdaje się, że zapomnieliśmy o drugiej ofierze wypadku- skonstatował.-Dzwoniła właśnie córka wiceburmistrza Ściernic, mówiła, że nasz telefon dała jej Wrońska. Chce żebyśmy wpadli do Ściernic, bo ma coś dla nas.
-To nawet nieźle się składa. Artur, musimy nasze spotkanie przełożyć na jutro.
Wasiak z Kanią założyli marynarki i szykowali się do wyjścia. Wasiak wziął ze stołu zapisane kartki raportu i wręczył je Dornikowi.
-Wsadź nasz raport do swojego sejfu, sam widzisz, że nie mamy czasu, aby go dokończyć.
-Dobra, macie drugi klucz?- Wziął raport od Wasiaka, który kiwnął mu przytakująco głową.

Dornik wszedł do dyżurki. Usiadł w fotelu w oczekiwaniu na telefon ze szpitala. Od niechcenia wziął do ręki zeszyt z wykazem telefonów sporządzanych przez oficera dyżurnego. Były tam zapiski rozmów telefonicznych, które nie zostały zrealizowane.
Po kościach przeszedł mu dreszcz, gdy na jednej ze stron zauważył nazwisko Janowskiego. Pojawiło się ono jeszcze trzykrotnie. Ktoś usilnie próbował się z nim skontaktować, nie wiedząc przypuszczalnie, że prawie od tygodnia Janowski już nie żyje.
Odszukał pierwszy telefon do zamordowanego inspektora i odnalazł przy nim nazwisko dzwoniącego. Nazwisko to brzmiało jakoś znajomo, już gdzieś je słyszał. Tak, przypomniało mu się, Tuczapski to ten miliarder. Ciekawe, czego mógł chcieć taki bogacz od Janowskiego.
Pewnego dnia Janowski podczas oglądania telewizji przypomniał sobie starego znajomego. Dornik przyszedł wtedy do niego, by wspólnie popracować nad aktami sprawy zabójstwa handlarki złotem. Janowski na widok reklamy hurtowni „Oriona” opowiadał o koledze, który przed laty namawiał go do zawiązania niewielkiego przedsiębiorstwa. Teraz żałował, że nie miał odwagi zainwestować rodzinnego majątku w spółkę z Tuczapskim.
-Kto odbierał ten telefon dzisiaj?- Wskazał na zapisek w zeszycie oficerowi dyżurnemu.
-Ja, panie inspektorze- odpowiedział policjant zajęty pracą.
-Dlaczego nie poinformował mnie pan o tym?
-Nie miałem czasu, widzi pan, ciągle nadaję, za duży ruch w interesie.
Rzeczywiście oficer dyżurny zajęty wciąż przy pulpicie z masą telefonów i lampek kontrolnych nie miał czasu na rozmowę. Nie odrywając wzroku od telewizora z obrazem mapy miasta na ekranie, podał inspektorowi słuchawkę telefonu.
-Do pana.
-Dornik, dobrze, jadę tam.

Wchodził z podniesioną głową do Sali szpitalnej. Przybywał tu, jako uznany handlarz bronią, a więc w hierarchii świata przestępczego stał ponad całą masą pospolitych rabusi i bandziorów. Akta osobowe Majora dostarczyły mu wielu ważnych szczegółów z jego biografii i fizjonomii recydywisty.
-Czy to prawda, że leżysz tutaj z Majorem?- Pytał policjanta.
-Twierdzi, że tak jest.
Dornik zwrócił się do przestępcy.
-Baca wiele o tobie mówił, nawet chciał cię ściągnąć na akcję. Nie można jednak wierzyć we wszystko, w każdym razie nie każdemu- spojrzał na Majora wyzywającym wzrokiem.
-Jak mam udowodnić?- Major był pokorny w tej chwili.
-Ponoć masz wytatuowaną ośmiornicę na jednym z ramion…
-Na prawym- przerwał mu i podciągnął rękaw piżamy.
Nieco wyżej, nad łokciem miał granatową ośmiornicę na szerokość całego ramienia. Wytatuowane zwierzę spoglądało groźnie czerwonymi oczami.
-No dobra, widzę, że możemy pogadać- zdecydował inspektor.
-Ale wyrzuć najpierw tego frajera stąd, niech pilnuje pod drzwiami.
Dornik skinął na drugiego pacjenta, który momentalnie wyszedł z pościeli i udał się na zewnątrz pokoju.
-To mów, słucham.
Major opowiedział zajście, które przepłacił życiem.
-Potrafiłbyś opisać tych pajaców?
-Nie bardzo, było ciemno, ale to byli jacyś Cyganie albo, co, bo mordy mieli jakieś brudne.
Dla inspektora to był prawdziwy sukces, przy zastosowaniu konwencjonalnej metody policyjnej przesłuchania nie udałoby się z Majora wyciągnąć słowa.
-A co ja z tego będę miał?- Uśmiechnął się Dornik.
-Jak to co, mnie, moich ludzi, wszystko, czego chcesz. Masz u mnie za darmo usługi, za które innym musiałbyś płacić. Więc jak?
-Zrobię to dla ciebie, roześlę ludzi za samochodem, uruchomię swoje wpływy i zobaczymy. Powinniśmy ich dopaść, może uda się odnaleźć samochód. W każdym razie umowa stoi.
Podał rękę Majorowi i wyszedł z sali. Nie dowiedział się od niego zbyt wiele. Major nie pamiętał twarzy przestępców i w przyszłości jego zeznania na wiele się nie zdadzą. Numery samochodu mogły być dawno zmienione.
Mimo wszystko jednak potwierdziła się jego hipoteza. Janowskiego i Majora napadli ci sami ludzie, z zimną krwią zabili całą rodzinę inspektora i aż dziw, że nie przyłożyli się zbytnio do zabicia recydywisty. Może w innych podobnych przypadkach wystarczały dwa pchnięcia nożem, tym razem jednak mocny organizm Majora wyszedł z opresji cało.

Był już późny wieczór, gdy dwaj ochroniarze zatrzymali samochód pod wskazanym przez telefon adresem w Ściernicach. Przed nimi stał domek jednorodzinny dość dobrze oświetlony z zewnątrz.
Kania i Wasiak podeszli do niewielkiego ganku i skorzystali z dzwonka. Zapaliło się światło w hallu i po chwili usłyszeli kroki. Otworzyła im ubrana do wyjścia dziewczyna, myśleli, że zastaną ją w koszuli nocnej lub szlafroku, trochę się zdziwili. Weszli do hallu i zamknęli drzwi.
Jednak na myślenie nie mieli więcej czasu. Dziewczyna zniknęła z horyzontu i w tej samej chwili wpadło do hallu dwóch ludzi w maskach przeciwgazowych na twarzach. Oddali dwa strzały w stojących i skoncentrowanych oficerów. Kania próbował wyciągną broń, ale działanie paraliżującego gazu uniemożliwiło pracę mięśni.
Gdy obaj upadli na podłogę, mężczyźni o zakrytych twarzach podeszli do nich. Klęknąwszy, jeden z nich wyciągnął strzykawkę napełnioną jakimś płynem. Połowę jej zawartości wstrzyknął Wasiakowi, połowę Kani, podczas gdy drugi podwijał oficerom rękawy.
Przez tylne drzwi wynieśli ciała obu oficerów i włożyli je do stojącego tam białego dostawczego forda z odrapanym prawym bokiem. Dziewczyna zaparkowała samochód poruczników nie opodal w sadzie, następnie przesiadła się do brązowego mercedesa i ruszyli. Pierwszy na drogę do Poznania wyjechał biały ford, za nim w odległości stu metrów podążał mercedes.

Skomentuj