Roxana, Rozdział 15

Roxana siedziała w barze naprzeciwko komisariatu. W uchu miała małą słuchawkę połączoną kabelkiem z odbiornikiem wsuniętym wewnątrz kombinezonu motocyklisty. Przysłuchiwała się rozmowie prowadzonej pomiędzy Arturem i pułkownikiem Potockim, Domyślała się, że teraz jej ukochany czy, czy nie, będzie musiał natknąć się na ślady jej problemów. Zastanawiała się tylko, czy nie wynikną z tego powodu jakieś komplikacje dla sprawy handlu tajnymi kodami.
Dopijała kawę i rozmyślała nas następnym swoim krokiem. Mogła czekać teraz na posunięcie Artura i ewentualnie przypatrywać się z boku prowadzonemu przez niego śledztwu. Miała dużo czasu również na planowanie swoich działań. Knox niedwuznacznie wytknął jej niesubordynację, a konsekwencje działania na własną rękę mogą być zatajone. Grupę Specjalną musiała odwołać, ale nie było wyraźnych rozkazów, co do urządzeń, którymi byli zainteresowani terroryści z Czarnych Dni. Centrala mówiła o ewentualnych drogach przerzutu z Europy na Bliski Wschód, ale ową drogę można poznać, a urządzenie zniszczyć.
Zlikwidowanie urządzeń na terenie Polski lub kradzież przez nią mogła pociągnąć za sobą międzynarodowe skutki. Na to nie mogła sobie pozwolić. W każdym razie odnosiła wrażenie, że centrala na coś czeka, może na wyklarowanie sytuacji w tamtym związku, może w stosunkach pomiędzy Arabami a Żydami.
Z rozmyślań wyrwało ją nagłe trącenie w łokieć.
-Nie słyszysz ślicznotko?- Mówił do niej jakiś mężczyzna.
Roxana odwróciła się i rozejrzała po Sali. Wokół niej stało trzech mężczyzn, którzy uśmiechali się do niej z wyrazem wyższości na twarzach.
-Ona nie z tych- cedził przez zęby najwyższy.
-Nie musisz mnie pouczać, sam wiem jak się zabrać za takie laleczki-odpowiedział mu szatyn siedzący przy stoliku dziewczyny.- No jak, popieścimy się dzisiaj trochę?
-Zostaw ją, widzisz przecież, że ona jest nieobecna- zaśmiał się trzeci.
Roxanie w pierwszej chwili wydawało się, że ktoś ją rozpoznał i zdemaskował. Dopiero teraz doszła do siebie. To byli zwykli podrywacze, chcieli się trochę zabawić w mężczyzn i pokazać swoją siłę perswazji. Mężczyzna, który usiadł i mówił do niej był jednak podpity i obawiała się, żeby to nie skończyło się czymś gorszym.
Wstała i zabrała ze stolika swój kask. Jednak mężczyzna chwycił ją za rękę i pociągnął z powrotem na krzesło. Prawie na nie upadła.
-Słuchaj, podobasz mi się i nie powinnaś być taka oschła. Powiem ci, co zaraz zrobimy. Pójdziemy do mnie i wykręcimy parę numerków, na pewno będziesz zadowolona.
Sama nie wiedział czy on żartuje, czy mówi poważnie. Nigdy jeszcze nie znalazła się w podobnej sytuacji. Pozostali jego koledzy otoczyli ją i nie mogła bezpiecznie wstać. Czuła, że musi się zgodzić na propozycję. Siedzący w barze inni mężczyźni wcale nie reagowali na jej kłopoty. Widocznie bali się tych trzech oprychów.
-Dobrze, chodźmy do ciebie- uśmiechnęła się do niego.
Chwycił ją za dłoń.
-Wiedziałem, że jesteś rozsądna, ale złotko, nas jest trzech, mam nadzieję, że moich kolegów polubisz jak mnie?
-Ja też mam taką nadzieję- spojrzała na nich oceniając ich realne siły.
Wstał od stolika jakiś mężczyzna i podszedł do nich. Był ubrany w jasną marynarkę.
-Zostawcie ją…
Tylko tyle zdążył powiedzieć, gdy spadła na niego pięść najwyższego z drabów. Być może nie dałby się tak zaskoczyć, ale właśnie wsuwał rękę do lewej kieszeni marynarki. Upadł na podłogę i dopiero dotarło do Roxany cale niebezpieczeństwo sytuacji.
Mężczyźni asekurowali swego kolegę, który wziął pod ramię dziewczyną i zmierzył do wyjścia. W połowie sali Roxana uderzyła z całej mocy łokciem trzymającego ją, aż się skulił. Pozostali dwaj odwrócili się, ale nie pozostawiła im czasu na reakcję. Potężnym wyskokiem pomogła sobie wyrzucić prawą nogę obutą w twardego kozaka. Trafiła najwyższego w żuchwę, aż po lokalu rozszedł się trzask łamanej szczęki. Opadając na podłogę rozkołysane wahadło ramienia spuściło na trzeciego napastnika kask motorowy i połamało mu kark. Trzymając do niedawna jej ramię mężczyzna zdołał złapać już powietrze w płuca i rozłożywszy ramiona ruszył w jej kierunku, przy czym dziwił się ogromnie, dlaczego dziewczyna mając za sobą wolną drogę do drzwi, nie ucieka, a wprost przeciwnie biegnie w jego stronę. Roxana znowu odbiła się od posadzki i z całym pędem uderzyła podeszwą w klatkę piersiową napastnika. Cios połamał mu żebra i rzucił przez stolik na bufet.
Przeciwnicy leżeli pokotem na podłodze, a w barze rozległy się brawa. Roxana podeszła do oprzytomniałego już mężczyzny w jasnej marynarce.
-Nic panu nie jest?- Schyliła się nad nim.
-Raczej nie- dotykał swojej głowy.
-Dziękuję- pocałowała go w policzek. Założyła kask i skierowała się do wyjścia.

Przeglądał beznamiętnie raport Wasiaka, dopóki nie natknął się na zdanie: „Wszystkie okoliczności wskazuj, że wyżej wymieniony był agentem CIA”. Tego jeszcze brakowało, pomyślał.
Końcowe zdanie raportu mówiło o liście Wrońskiego, w którym informował o posiadaniu przez Rosjan rakiet. To zdanie było podkreślone przez Wasiaka. Nie potrafił jednak rozszyfrować, na czym polega ranga tej informacji. W każdym razie raport sugerował, że w wyniku znajomości tego faktu Wroński stracił życiem.
Najbardziej w tym wszystkim zastanawiało, dlaczego Wroński kontaktował się z UOP, przecież chroniła go Agencja. Widocznie czuł na sobie oczy morderców, a może zwyczajnie chciał się zabezpieczyć. Właśnie jechał do domu i gdyby nie wypadek, pewnie usunąłby ten list.
Dornik przestudiował dokładnie raport. Przez cały czas jednak podświadomie myślał o Janowskim. Myśli zlewały się w jedno kłębowisko, fakty mieszały się z przypuszczeniami, nazwiska przechodziły z jednej do drugiej sprawy. W końcu inspektor postanowił pójść coś zjeść i na nowo zająć się pracą. Koniecznie musiał się przejść.

Przeszedł przez jezdnię i skierował się do baru naprzeciwko komisariatu. W drzwiach lokalu nie zachował się kulturalnie, bo nie wypuścił wychodzącego stamtąd motocyklisty ubranego w biały kask i skurzany kombinezon. Otarł się prawie całym ciałem z nieznajomym i nagle poczuł, że była to kobieta, ponieważ pod kurtką kombinezonu wyczuł piersi. Jakoś dziwnie wydawało mu się, iż nie był to dotyk obcy. Odwrócił się za motocyklistką, ale nie było po niej żadnych śladów.
W barze zastał trzech pobitych mężczyzn i kolegę z wydziału. Podszedł do niego.
-Co tutaj się stało?- Zainteresował się.
-Masakra, stary- opowiadał mężczyzna w jasnej marynarce.-Wyobraź sobie, ci trzej bandyci chcieli prawdopodobnie zgwałcić piękną dziewczyną, która przed chwilą stąd wyszła przebrana za motocyklistę. Dała im taki wycisk, że chyba popamiętają do końca życia. Właśnie wezwałem pogotowie, bo te pacany leżą na ziemi i prawie nie dychają.
-Ciebie też pobiła?- Wskazał na ranę na głowie.
-Nie, to sprawka tego najwyższego draba. Jakbyś ją zobaczył w akcji, stary, sama poezja.
Inspektor podszedł do bufetu i zamówił sobie obiad. Jedząc go zastanawiał się nad incydentem. Setki razy tulił do siebie Aśkę i znał jej ciało. Tysiące minut pieścił jej piersi i znał je najlepiej. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że wychodząc z baru motocyklistką była właśnie ona. Ale to niemożliwe. Ona nie ma motocykla i jest za delikatna na bójki. W podobnej sytuacji byłaby całkiem bezbronna.

Do biura wpadł natchniony nowym pomysłem. Postanowił wykorzystać posiadaną władzę i rozwiązać jednocześnie dwie sprawy, Wasiaka i Janowskiego. Zdjął kurtkę, broń i powyciągał wszystkie dokumenty dotyczące obu spraw. Podwinął mankiety koszuli i podszedł do tablicy. Wziął do ręki kawałek kredy i podzielił niewielką płaszczyznę zielonej deski na dwie równe części.
Po lewej stronie na górze zapisał nazwisko Janowskiego, po prawej Wasiaka. Wypisywał po kolei wiadomości, które już posiadał. W lewym słupku pierwsze hasło brzmiało morderstwo, obok zapisał ślad arabski. Potem Major i znów ślad arabski, Heinrich i też Czarne Dni. Niżej zapisał trzy ksywy Majora, Bacy i Długiego, wziął je w klamrę i dopisał podziemie przestępcze.
Po prawej stronie zapisał nazwisko Wrońskiego i obok morderstwo, potem Ściernice, baza wojskowa, CIA, rakiety. Na dole dopisał nazwiska dwóch zaginionych oficerów, których losu jeszcze nie znał i obok ich nazwisk powtórzył słowo rakiety. Wyciągnął z kurtki dwie karty identyfikacyjne i położył je po prawej stronie tablicy.
Stanął kilka kroków dalej i spojrzał na swoje dzieło. Przez moment czytał zapisane tam informacje, aż wzrok jego krążył po dwóch ostatnich faktach i kartach, które dostał od Potockiego. Wnioski wypowiedział głośno do siebie.
-Mam do dyspozycji po lewej stronie cały podziemny świat bandytów, po prawej całą armię i policję na swoje usługi, jeżeli nie odnajdę klucza do tych zagadek, to nie jestem godzien pieścić najwspanialsze Gremliny…
Wpadł w wesoły nastrój i śmiał się sam do siebie. Zadzwonił telefon i dyżurny informował, że ponownie jest telefon do Janowskiego, dzwoni Tuczapski.
-Łączyć ze mną- rozkazał.- Halo, inspektor Dornik, czym mogę służyć?
Tuczapski nie chciał widocznie z nim rozmawiać.
-Wiem, że chce pan rozmawiać z inspektorem Janowskim, ale nie ma go w pracy. Wieczorem będę u niego i mogę mu przekazać wszystko… Dobrze, musi się pan z nim koniecznie widzieć, sprawa życia lub śmierci, przekażę. Czy Janowski zna pana adres? Nie, to w takim razie proszę podyktować mi. Dobrze, do widzenia!
A więc ów Tuczapski nie wie jeszcze o śmierci Janowskiego. Albo nie czyta prasy o nie ogląda telewizji, albo rzeczywiście jego życiu zagraża niebezpieczeństwo.
Podszedł do tablicy i zapisał pod lewym słupkiem nazwisko Tuczapskiego. Usiadł na krześle i wpatrywał się w tablicę. Zastanawiał się, czy jeszcze czegoś nie zapomniał przypadkiem na niej umieścić. Poderwał się nagle i dopisał w lewym słupku swoje nazwisko, przecież jego też chciano zamordować, ale zamiast niego zginął złodziej samochodów.

Wyciągnął z szuflady swój notes i zaczął go przeglądać. Na jednej z kartek pod datą zapisał kiedyś „ostatni dzień służby z przyjacielem.” Zamknął notes, bo i tak nie mógł się w nim niczego dopatrzeć. Widocznie jednak coś go tknęło, bo podniósł go po chwili jeszcze raz i otworzył na tej samej stronie.
Ostatnia zapisana tam informacja to ulica Paderewskiego, brązowy mercedes o znakach TOK dwadzieścia cztery, osiemnaście. Przypomniał sobie to zdarzenie. Na podjeździe stał samochód, w którym raz mignęły światła stopu w ten sposób, jakby ktoś próbował odjechać. Uznali wtedy, że to jacyś kochankowie flirtują sobie i po całodziennej służbie rozjechali się do domów. Kilka godzin potem znaleziono zwłoki Janowskiego.
Połączył się z dyżurką i poprosił o książkę ze zgłoszeniami obywatelskimi. Po chwili przyniesiono mu ją i zatopił się w poszukiwaniach. Wkrótce odkrył prawdę, która nim wstrząsnęła. Krytycznej nocy dokonano porwania Patrycji Polańskiej, wiek trzy latka, zamieszkała przy ulicy Paderewskiego trzydzieści osiem. A więc to ten samochód i ludzie w nim siedzący, a może czysty przypadek. Nie, to nie mógł być przypadek.
Zapisał na tablicy hasło dzieci. Tak, to mógł być motyw zabójstwa ich obu.
Porwał z wieszaka kurtkę i broń ruszył w stronę drzwi. Na dole przed komisariatem czekał na niego Borucki w czerwonym polonezie.
-Paderewskiego trzydzieści osiem, ale piorunem!
Borucki lubił takie rozkazy. Po dziesięciu minutach byli na miejscu. Podjeżdżali pod wskazany adres. Dornik kazał zwolnić samochód do minimalnych obrotów silnika. Po plecach przepływały mu dreszcze, bo rozpoznawał tę okolicę. Na podjeździe tego domku stał wtedy mercedes.

Furtka była otwarta. Wszedł na teren domku i zapukał do jego drzwi. Otworzyła mu młoda kobieta w czarnej sukience.
-Inspektor Dornik z komendy policji- przedstawił się.
-Znaleźliście?- Kobieta wstrzymywała się z trudem od płaczu.
-Jesteśmy na tropie, ale chciałem zadać jedno pytanie.
Wpuściła go do środka, była sama.
-Nawet nie będę siadał. Proszę pani, czy nie zauważyła pani lub mąż czegoś dziwnego na kilka dni przed zniknięciem dziecka?
-Czego na przykład?
-Na przykład, że ktoś obserwuje wasz om lub za wami jeździ, jakaś zbyt często przyglądająca się wam osób, często jadący za wami samochód?
-Już mówiłam pana kolegom, że raz mi się wydawało, ale przecież tutaj jest dość duży ruch.
-Że jeździ za nami wziąć ten sam samochód…
-Brązowy mercedes może?- Przerwał jej.
-Tak.
A więc wszystko się potwierdziło. Dornik podziękował i wyszedł. Obiecał zrozpaczonej matce, że sprawa niedługo zostanie wyjaśniona i idąc do samochodu wierzył w swoje słowa. Zarzekał się, iż sprawiedliwości musi i stanie się zadość. Już on tego dopilnuje. Gorzej, jeśli porwane dzieci zostały zgładzone lub wywiezione z kraju.
Wracał do komisariatu i korciło go, aby przez krótkofalówkę wydać rozkaz poszukiwania mercedesa. Chciał przy tym skorzystać z nadzwyczajnych pełnomocnictw wynikających z posiadania kart, ale odłożył to do czasu pobytu w komisariacie.

Skomentuj