Roxana, Rozdział 17

Kroki poczynione w sprawie poszukiwań Wasiaka i Kani nie dały spodziewanych efektów. Razem z Boruckim odwiedzili Ściernice, gdzie inspektor rozmawiał z pułkownikiem Azarowem, który o dziwo honorował wystawioną Dornikowi kartę. Pokazując ją w biurze przepustek zauważył zdziwienie wartowników, którzy wezwali na pomoc oficera dyżurnego jednostki. Ten z kolei wyprosił inspektora za drzwi i długo rozmawiał przez telefon z dowódcą.
Pułkownik stwierdził, że wskazane na zdjęciach osoby nie przekroczyły nigdy bramy jednostki i zakończył dyskusję. Zapytany o możliwość udzielenia pomocy w śledztwie Azarow stwierdził, że ani on, ani wojsko nie ma teraz czasu na przeprowadzanie dochodzenia. Przypomniał Dornikowi, że polskie prawo nie obowiązuje na terenie jego jednostki i zrobił mu wielką uprzejmość samym przyjęciem go, ale był to winien pamięci Wrońskiego, z którym współpraca układała się pomyślnie. Inspektor trochę dziwnie się poczuł.
Przesłuchiwana wdowa po wiceburmistrzu widziała oficerów UOP i rozmawiała z nimi dwa dni przed ich zniknięciem. Przyznała też, że bardzo ją wizyta Wasiaka i Kani zdziwiła, gdyż uprzednio, jak to określiła, spowiadała się szczegółowo policji, jakiemuś śledczemu. Oświadczyła również, że nie wzywała ich telefonicznie i nie posiada córki.

Dornik rozpoczął poszukiwania, włączył w nie tamtejszą policję, posunął się nawet do tego, że odwiedzał sklepy miasteczka i zatrzymywał przechodniów, aby zapytać o zaginionych okazując każdemu rozmówcy ich zdjęcia. Niestety nikt nie widział podobnych mężczyzn. Patrol z sadów na peryferiach miasta. Razem z Boruckim i pięcioma policjantami wkroczyli do domu nie opodal sadu, ale i tutaj niczego nie znaleziono. Po godzinie przyjechali wrocławscy szperacze i udało im się ustalić, że obaj porucznicy zostali porwani i jeszcze żyję. Pobrano także próbki śladów opon pojazdów, które odjechały z zaplecza domu kilka dni wcześniej.
Dornik wrócił do komisariatu i telefonicznie przekazał zdobyte informacje Imperatorowi, który przyjął wieści bez entuzjazmu. Miał urwanie głowy i całkowity brak czasu, dodatku zezłościł się na młodego pracownika, który zapomina, że o tej sprawie należy meldować pułkownikowi Potockiemu. Na pytanie jednak, gdzie można wyżej wymienionego spotkać, Sadowski nie potrafił udzielić odpowiedzi.

Zmęczony całodziennymi poszukiwaniami Artur wrócił do domu, gdzie zastał przy książce Joannę. Na stoliku czekała na niego już kolacja. Wykąpał się i przysunął fotel do wersalki, na której leżała dziewczyna. Nieco łapczywie jadł i w zamyśleniu popijał letnią herbatę.
-Zauważyłaś, że już jestem w domu?- Przełykał kęsy.
-Właśnie się zastanawiałam, kto tak smacznie mlaska- zażartowała odkładając książkę.
-Jesteś naprawdę świetną kucharką, doceniam to- ujął jej dłoń i pocałował.
-Szkoda, że nigdy nie mam czasu, aby ugotować ci jakiś obiad- zamyśliła się, usiadła obok i głaskała jego dłoń.
Artur był całkiem zadowolony z dzisiejszego dnia, ale stało przed nim widmo niepewności, co do dalszych czynności. Nie miał pojęcia, co dalej robić, był za młody i bez doświadczenia w tak poważnych sprawach. Nie mógł sobie pozwolić na żywiołowe prowadzenie dochodzenia i poszukiwań. Chciał wymyślić jakiś plan i postępować systematycznie, ale brak mu było koncepcji. Odsunięty od sprawy kapitan Sojka nie mógł mu pomóc chociażby radą. Zdany był wyłącznie na siebie.
-Nad czym tak uporczywie myślisz?- Przerwała milczenie.
-Nad-zastanowił się dopijając napój- naszą niedokończoną rozmową.
Usiadł obok niej na kanapie i przytulił ją do siebie.
-To znaczy, że chcesz coś mi powiedzieć?- Joanna ucałowała go w policzek.
-Tak, chyba muszę- klęknął przed nią na dywanie.- Widzisz, zdałem sobie niedawno sprawę z mojej sytuacji i doszedłem do wniosku, że ja ciebie nie kocham.
Wypowiedział to zdanie poważnym tonem i zamilkł. To milczenie trwało jednak zbyt długo, ponieważ dziewczyna niepewna czy mówi poważnie, czy też żartuje, zbladła a jej oczy nabiegły łzami.
-Jak to?- Mówiła przez łzy.
-Bo widzisz- pastwił się nad nią- słowo kocham i miłość to zbyt mało na określenie mojego uczucie do ciebie.
-Ty wariacie!- Wyrwała mu swoje dłonie i wytarła oczy. Jeszcze raz dzisiaj zastanawiała się nad sobą. Przecież była taka mocna wewnętrznie i pewna siebie, lecz w obliczu tego rodzaju niepewności poczuła się bezbronna. Zaraz jednak znalazła usprawiedliwienie i bardzo się z niego ucieszyła, bo uświadomiła sobie, iż pomimo lat wyrachowanego i podporządkowanego rozkazom życiu, zachowała się w tym momencie jak zwykła kobieta. Przede wszystkim była kobietą, a więc istotą czułą i subtelną, chociaż od dawna nie myślała o sobie tymi kategoriami.
Artur spodziewał się takiego zachowania Joanny, lecz nie miał zamiaru wywołać płaczu i łez. Pierwszy raz w życiu widział ją płaczącą i wydawała mu się jeszcze piękniejsza, niż zdawała sobie przedtem sprawy z tego, że ma taką piękną dziewczynę.
-Przepraszam za te łzy- przytulił jej kolana-, ale one dowodzą potwierdzenia moich odczuć. Joanno, najdroższa, moje wyznanie zabrzmi pewnie jak wyświechtany slogan, bo dzisiaj wszystkie słowa wydają się puste. Ludzie tak się rozgadali, że wszystko się poprzestawiało i pozmieniało lub utraciło swój smak.
-No właśnie!- Spojrzała na niego krytycznie dając do zrozumienia, że nie musi tyle mówić.
-Ale ja chcę ci to powiedzieć, muszę!- Rozłożył bezradnie ręce.
-Ale streszczaj się- zażartowała już całkiem rozbawiona.
-Nie, zepsułaś wszystko, teraz nie mam odwagi- opuścił bezradnie ramiona.- Trudno, powiem ci, kiedy indziej, a teraz idziemy spać, dobrze?
-Dobrze, ale ja jeszcze trochę poczytam.
Położyli się i przykryli kocem. Joanna zaświeciła nocną lampkę i otworzyła książkę. Artur włączył pilotem radio na trzecim programie. Słuchał przez chwilę i prawie zasypiał, gdy doleciały jego uszu znajome dźwięki. Była to płyta, której słuchali w pierwszych dniach swojej znajomości. To ona, ta muzyka pomogła im stworzyć kiedyś nastrój przyjaźni i zaufania.
Odwrócił siei spojrzał na Joannę, ona też na niego patrzyła. Wyciągnął z jej dłoni lekturę i odłożył na stolik. Objął jej ciało ramieniem i poczuł jak jej skóra płonie. Wydawało mu się, że jest gorętsza od niego. Całował jej usta i odkrywał ciało poznając tak znajome miejsca. Pamiętał każdą porę jej skóry, każde załamanie i wgłębienie, a mimo wszystko odnosił wrażenie, jakby to był pierwszy raz. I tylko zdziwienie budził fakt tak doskonałego dopasowania się obu ciał.
Była już w innym świecie, a on właśnie do niego wchodził.

Na trasie do Katowic znalazł się wczesnym rankiem, Borucki o nic go nie pytał, bo wiedział, że inspektor nad czymś się usilnie zastanawia. Dornik otrząsał z siebie resztki snu i porannej miłości. Analizował sytuację.
Skontaktował się telefonicznie z kliniką, aby porozmawiać z Majorem. Prosił go, żeby użył swoich wpływów na światek przestępczy Wrocławia i zawarł umowę niecodzienną ze swoimi ludźmi. Chodziło o wstrzymanie się na dwadzieścia cztery godziny z wszelkimi działaniami o charakterze przestępczym. Major zgodził się na taki układ i obiecał, że pogada ze swoimi.
W innym wypadku działanie inspektora wydawałoby się czystą głupotą, ale nie w momencie, gdy chodziło o walkę z czasem. Do ewakuacji radzieckiej jednostki pozostawał tylko dzień i pora była najwyższa na wyjaśnienie niektórych kwestii. Jeżeli sprawa Janowskiego i Wrońskiego łączy się ze sobą w sposób logiczny zainteresowaniem się rakietami przez Czarne Dni, to również ta organizacja jest odpowiedzialna za nasilenie się niezrozumiałych porwań i przestępstw zarówno we Wrocławiu jak i Katowicach i Krakowie. Nie do pomyślenia jest też, aby ci ludzie działali sami, musieli mieć jakichś pomocników. Kogoś, kto znał kraj i ludzi dopuszczających się licznych przestępstw w celu odwrócenia uwagi od problemu zasadniczego.
Sprecyzowany plan Dornika polegał na dobrnięciu do ludzi Czarnych Dni poprzez prostych wykonawców poleceń, a byli nimi pewnie opłaceni początkujący bandyci i wielkomiejskie menty nienotowane przez policję. Jeżeli więc Major wpłynie na swoje środowisko i starzy recydywiści odwołają zaplanowane akcje, policja tego dnia i nocy wyłapie rabusi sponsorowanych przez irackich terrorystów. W przeciwnym razie komisariaty utoną pod naporem stałych bywalców więzień. Przyłapani dzisiaj sprawcy odpowiednio przesłuchiwani i zachęcani do współpracy powinni ujawnić źródło swoich poleceń. Słowem w ten sposób inspektor miał zamiar wyłapać ludzi znających choćby z widzenia obcych terrorystów.
Korzystając z nadzwyczajnych pełnomocnictw postanowił w stan pogotowia szkółkę policyjną we Wrocławiu i batalion wojsk zmechanizowanych, którzy to funkcjonariusze i żołnierze będą w cywilu patrolować ulice miasta. Z tym samym problemem jechał do komisariatu głównego w Katowicach, którego zwierzchnik już na niego czekał w swoim gabinecie.
Bez owijania w zbędne szczegóły i dygresje przedstawił komisarzowi swoje spostrzeżenia. Wyjaśnił też stanowisko własne i swoją rolę w sprawie poszukiwania zbrodniarzy. Omówił rozkazy wydane we Wrocławiu i zasugerował podobne postępowanie w tym mieście. Ocenę wydarzeń pozostawił słuchającemu go pilnie zwierzchnikowi podobnie jak wydanie poleceń swoim ludziom. W jego gestii należało jedynie włączyć do akcji oddział stacjonujący w tym mieście, które to siły miały podlegać komisarzowi osobiście. Umówił się też z nim, że akcje w obu miastach rozpoczną się jednocześnie o godzinie osiemnastej po południu i będą trwały dwanaście godzin.
Po rozmowie z komisarzem inspektor udał się na śniadanie. Towarzyszył mu nieodłącznie Borucki, z którym zdążyli się już zaprzyjaźnić. Weszli do restauracji i zamówili sobie śniadanie. Dornik wyciągnął swój notes i pilnie zaznaczył każdorazowe korzystanie z powierzonych mu kart. Mimo wszystko Potocki napędził mu stracha wspomnieniem o plutonie egzekucyjnym. Na samą myśl przeszły mu po plecach ciarki.
Podano śniadanie i obaj policjanci zajęli się jedzeniem bułeczki z szynką. Popijając kawę z mlekiem Borucki nudził się i widać było, że chce porozmawiać.
-Nie smakuje?- Spojrzał na niego inspektor.
-Nie, wprost przeciwnie- zastanowił się.-Wie pan, z panem to przynajmniej człowiek się nie nudzi. Nabiłem chyba dziesięć razy więcej kilometrów przez ten tydzień niż przez dwa ostatnie miesiące.
-To było potrzebne, mimo że takie kosztowne- wrócił do notesu Artur.
-A wie pan, przez pewien czas wydawało mi się, że jedzie ktoś za nami, ale potem go już nie było.
-Kto?- Nie zwracał na Boruckiego uwagi.
-Jakiś motocykl, ale to chyba niemożliwe. Stałem się od pewnego czasu za bardzo podejrzliwy.
Dornik przewrócił stronę w notesie i odczytał bezwiednie nazwisko jakiegoś człowieka, a obok jego adres.
-Motocykl?- Zapytał, a Borucki kiwnął mu przytakująco głową.-Wie pan, zanim wrócimy do nas, mam tu adres, który należałoby sprawdzić. Jedziemy?

Skomentuj