Roxana, Rozdział 18

Czerwony polonez policyjny bez oznakowań przejeżdżał przez kolejne skrzyżowanie. Borucki nie znał Katowic i błąkał się po mieście. Trwało to pół godziny, w końcu zdenerwowany sytuacją inspektor połączył się z centralą katowickiej policji i poprosił o pomoc. Wystawił na dach samochodu sygnalizacyjną lampę i naprowadzany przez krótkofalówkę znalazł się na pożądanej ulicy. Sierżant zatrzymał pojazd pod wskazanym numerem, potem wjechał w bramę prowadzącą do posesji Tuczapskiego.
Z cienia drzew wyłoniła się okazałą budowla. Dornik wysiadł z poloneza i zadzwonił do domu. Drzwi otworzyła mu żona właściciela „Oriona”, która widząc przystojnego mężczyznę, uśmiechnęła się filuternie.
-Słucham pana?- Światło słoneczne odbiło się od posadzki hallu.
-Czy zastałam męża?- Nie miał ochoty przedstawiać się inspektor.
-Tak, proszę wejść- zdezorientowana Oliwia zaprosiła go bez entuzjazmu do środka.
W salonie siedział Tuczapski zaczytany w jakimś kolorowym czasopiśmie. Na widok gościa wstał i przywitał się.
-Z kim mam przyjemność?- Zapytał rzeczowo.
-Inspektor Dornik z Wydziału Zabójstw we Wrocławiu.
Zarówno gospodarz jak i jego żona zaniemówili. Wskazali stojącemu miejsce i sami usiedli.
-Nigdy bym nie przypuszczała, że nasza policja ma takich ludzi- Oliwia przerwała uprzejmie dłuższy okres milczenia.
-Czy moglibyśmy porozmawiać, panie Tuczapski?- Inspektor krępował obecność kobiety.
-Ależ oczywiście. Kochanie, mogłabyś zostawić nas samych?- Zwrócił się do żony.
-Chyba nie masz tajemnic przede mną w tej sprawie?- Próbowała odgadnąć cel wizyty inspektora.
-Moja żona jest też moim doradcą- tłumaczył się Tuczapski.
Dornika męczyła cała sytuacja, nie wiedział, po co tu właściwie przyjechał, a teraz dodatkowo nie wiedział, do kogo ma mówić.
-Proszę pana, będę się starał streszczać. Otóż dziesięć dni temu dokonano zamachu na inspektora Janowskiego, zginął wraz z całą rodziną. Sprawa była głośna w całym kraju. Od kilku dni próbuje się pan skontaktować z osobą, która od dawna nie żyje- ostatnie zdanie wypowiedział pytającym tonem.
-Jak to?- Tuczapski był zaskoczony wiadomością.- Nic nie wiedziałem, wie pan, nie mam czasu na telewizję, najwyżej telegazetę, od czasu do czasu jakiś film video.
Dyrektor nie ukrywał, że śmierć Janowskiego przygnębiła go zupełnie. Oliwia podała mu szklankę z sokiem cytrynowym. Inspektor taktownie wyczuł sytuację, Tuczapski znajdował się pod wrażeniem przykrej informacji podobnie jak on, gdy najpierw Sadowski zakomunikował mu śmierć przyjaciela, a kilka dni później Potocki zniknięcia Wasiaka.
-Znalazłem chwilę czasu i wpadłem do pana, aby wyjaśnić kilka rzeczy. Prowadzę dochodzenie w sprawie morderstwa na Janowskim, który był moim najlepszym przyjacielem i jednocześnie partnerem. Mogę jedynie zapewnić, że postaram się wyjaśnić motyw tej zbrodni.
-Poznaliśmy siana studiach…- Tuczapski nie był w stanie mówić.
-Czy próbuje się pan z nim skontaktować z ważnego powodu?- Dornik starał się załagodzić panujący nastrój zmieniając temat dyskusji.
-Nie, teraz to już nieważne- zastanowił się dyrektor.
-Jeśli pan sobie życzy, mogę pana skontaktować z tutejszym komisarzem, którego dziś miałem przyjemność poznać?
Artur wstał i skierował się do drzwi.
-Bardzo mi przykro, że przyniosłem panu złe wiadomości, ale tak widocznie miało się stać. Do widzenia państwu.
Oliwia poderwała się z miejsca i chciała odprowadzić gościa, ale stanęła w miejscu wystraszona dziwnym widokiem. Inspektor zauważył jej zamieszanie i odwrócił się do tyłu. W progu salonu stał Borucki z wykręconą do tyłu ręką. Za nim wyłoniły się nagle trzy postacie. Byli to prawdopodobnie mężczyźni, z których jeden trzymał sierżantowi pod szyją nóż, dwaj pozostali mieli w ręku broń. Wszyscy na twarzach mieli maski.
-Nie ruszać się i nie stawiać oporu, bo zastrzelę jak psa!- Krzyknął jeden.-Pod ścianę i ręce za głowę!
Wszystko trwało zaledwie minutę, kidnaperzy całkowicie zaskoczyli obu policjantów, którzy nie spodziewali się takiego przyjęcia. Borucki próbował się bronić przed związaniem mu rąk, ale uderzony pistoletem w głową upadł zemdlony na dywan. Tuczapski i jego żona byli pokorni wobec napastników i stali już ze związanymi do tyłu ramionami. Dornikowi w pewnym momencie wydało się, że zamaskowani ludzie są tymi samymi, którzy wcześniej próbowali go zabić. Poczuł się odpowiedzialny za życie pozostałych ofiar napadu.
-Co to za maskarada? Zostawcie tych ludzi w spokoju, nie o nich wam przecież chodzi!- Podniósł głos.
Oliwia spojrzała na niego zdziwiona.
-Zamknij gębę!- Rozkazał jeden z napastników.
Nie wiadomo, jakie zamiary mają ci bandyci, w każdym razie należy się spodziewać najgorszego, pomyślał inspektor, pomyślał inspektor. Dlaczego więc oddawać życie za darmo. Odwrócił się w kierunku rozmówcy i błyskawicznie kopnął go w szczękę. Zwaliło to tamtego na podłogę, ale jego kolega stał za daleko, aby go zaatakować z powodzeniem, tym bardziej, że tamten nie czekając oddał w kierunku Dornika strzał. Artur poczuł nagle piekący ból w udzie.
-Nie ruszaj się, bo tym razem cię zastrzelę- ostrzegał go bandyta.
W chwilę później Tuczapscy i Dornik z zawiązanymi do tyłu rękami i kneblami w ustach szli pchani w plecy. Uderzony napastnik wstał z podłogi i z wściekłością zaczął wpychać knebel do ust nieprzytomnemu jeszcze Boruckiemu.
Zaprowadzili ich do obszernej piwnicy domu i rozkazali położyć się na podłodze. Następnie dwóch z nich przywlekło sierżanta i zabrali się do dalszego krępowania ofiar. Pozawiązywali im nogi długim sznurem, którego końcem opletli szyje naprężając linę. Leżący na brzuchu mieli się wkrótce udusić od ciężaru własnych nóg.
-Nie, wyciągnijcie mu knebel, bo się udusi- zabrzmiał kobiecy głos podczas związywania Boruckiego.
-Jak chcesz i tak pozdychają- odpowiedział mężczyzna.
Wyszli prosto z piwnicy na dziedziniec willi i po chwili dało się słyszeć odgłos pracującego diesla. Odjechali.
W zimnej piwnicy na podłodze leżał ranny Dornik i Tuczapscy. Borucki jeszcze całkiem nie oprzytomniał, ale zdaje się, że zaczynał się dusić. Liczyła się każda sekunda. Przez małe okienko wpadło niewiele światła, lecz inspektor widział swego kolegę. Z mozołem spróbował dosięgnąć swoich nóg. Udało mu się prawą ręką złapać nogawkę spodni i przyciągnąć je jeszcze bliżej ciała. Poczuł chwilowe rozluźnienie na szyi.
Rozkołysał swoje ciało wytrwałymi ruchami i przesunął się do drugiego policjanta. Nie przerywając kołysania trafił w końcu własną szczęką w głowę sierżanta. Uderzenie obudziło omdlałego policjanta.
-Cholera…-Wymamrotał, gdy zobaczył wyłupiaste oczy inspektora.
Oparł kolana o ścianę i przechylił się w stronę Artura. Zębami złapał za knebel i lekkim szarpnięciem starał się wyciągnąć mu szmatę z ust. Z całej twarzy zlewał mu się pot, czuł go także na plecach i na nogach. Wielki wysiłek opłacił się jednak, bo po chwili przemówił inspektor.
-A niech to!-Próbował splunąć.- Wyciągnijmy Tuczapskim szmaty…
Odpychając się jeden od drugiego przypełzli do pozostałych ofiar kierując się na przemian słuchem, to znów oczami, które w trakcie kołysania trafiały na ślad. Tuczapscy nie ruszali się wcale.
Odległość pomiędzy nimi była niewielka, może dwa kroki, ale teraz stały się milami.
W końcu ostatkiem sił dotarli do knebli i długo szamocząc się wyciągnęli je z ust Tuczapskiego i Oliwii. Rozległo się nieludzkie dyszenie i gwałtowne wdychanie powietrza. Uwięzieni przez cały czas mieli głowy uniesione w górę. Mimo wszelkich starań ciało ofiar prostowały się bezwolnie i Dornik czuł jak powoli zaczyna się dusić.
Cisza konania przerwała niewyraźny głos Oliwii, która nie mogła widzieć swego męża.
-Chciałam ci powiedzieć, że cię kocham- przerwała westchnieniem.
-Nie mów nic- ostrzegał ją Tuczapski.
-Przez cały czas- kończyła zdanie- wodziłam cię, ale teraz widzę, że źle…
Opadła z sił.
-Przebaczysz mi?- Zdobyła się na to pytanie z wielkim trudem.
-Tak- odpowiedział jej krótko.
Dornik przewrócił oczy o wlepił je błagalnie w małe okienko, zza którego doszedł jego uszu dźwięk motoru silnika.
-Motocykl…- rozpoznał dźwięk Borucki i momentalnie zamilkł.
W piwnicy zaległa cisza. Albo nikt nie miał już sił wołać o pomoc, albo udusili się. Dornik nie tracił świadomości i wyczuwał bliskość dźwięku. Małe okienko przysłonił się nagle cień i w chwilę później pękła szybka, ktoś ją wybił, ale inspektor nie mógł dostrzec nic więcej, prócz białego odblasku. W pierwszej chwili chciał krzyknąć i wezwać na pomoc osobę zaglądającą do piwnicy. Ale honor i godność własna nie pozwoliły mu tego zrobić. Człowiek ten zapewne widział, w jakim stanie się znajdują i jeśli przyjaciel, to pomoże, jeśli nie, to trudno. W każdym razie Artur poczuł się w tej chwili poniżony i przegrany, nie miał zamiaru dla cudzej satysfakcji prosić o życie. Po raz pierwszy omdlał. Wydawało mu się, że przenosi się gdzieś daleko, w inny świat.
W pewnym momencie poczuł nagle w obumierającym ciele ból, wydało mu się, że jakiś przedmiot spadł mu na ramię i potoczył się obok. Usłyszał brzęk metalu i nagle w piwnicy się trochę rozwidniło. Motocyklista odsłonił światu całą nędzę ich położenia.
W rozpaczy postanowił dokołysać się do miejsca przeznaczonego na węgiel. Chciał oprzeć nogi i ramiona z obu stron, aby uniknąć całkowitego uduszenia. Rozkołysał się nieco i kolejnymi szarpnięciami usiłował dostać się w upragnione miejsce. Jego brzuch jednak natrafił na jakiś przedmiot. Wyczuł pod sobą długi nóż.
Raptownym szarpnięciem zdołał przewrócić się na bok. Nie czuł już nóg, czuł za to ogromny nacisk na krtań, jakby przywiązano mu do szyi ogromny ciężar. Aż dziwił się, że potrafi utrzymać ten ciężar. W prawej ręce stracił już całkiem czucie. Lewa poszukiwała na podłodze znajomych kształtów, ale nie mogła ich znaleźć. W końcu do jego podświadomości dotarły jęki duszących się ludzi. Nie słyszał ich dokładnie, słyszały je zmysły, które stały na zewnątrz ciała.
W tym momencie lewa dłoń zmacała ostry przedmiot i palce prześliznęły się do rękojeści. Nie wiedział, w jaki sposób trzyma się to narzędzie, ale czuł pod ostrzem opór sznura. Po minucie, która wydawała się wiecznością, lewe ramię zobaczył nagle przed oczami zakończone ostrzem stali. Jeden ruch za siebie i usłyszał padające na podłogę nogi, głowa spadała mu w przeciwnym kierunku i zdążył zaledwie odwrócić ją odruchowo, gdy uchem uderzył o betom. Ten upadek w innych okolicznościach spowodowałby może wstrząs mózgu, ale teraz zadziałał przeciwnie. Rozbudził Artura, poczuł drętwienie nóg i zawrót głowy, w oczach wszystko mu się zlało w bezkształtną masę. Chciał zemdleć, ale zdawał sobie sprawę, że na jego pomoc czekają inni. Czołgał się w nieokreślonym kierunku przez moment, aż poczuł czyjeś ciało. Lewą ręką pomógł sobie wsunąć pod to ciało, a by załagodzić skutek rozcięcia liny. Przewrócił się na plecy i sięgnął omackiem liny. Głowa rozplątanej ofiary uderzyła go w klatkę piersiową. Prawa ręka przychodziła do siebie.
Zsunął z siebie ciało i spróbował podnieść głowę. Przez mgłę zobaczył kontury znajomego człowieka, to był Borucki. Z Powrotem przerzucił ciało na brzuch i podczołgał się do Tuczapskiego. Już go widział. Czując ogromny ból w nogach przeciął linę krępując ofiarę i załagodził upadek głowy. Odwrócił się bokiem i poczuł po chwili twarz Oliwii na swoich piersiach.
Zlany doszczętnie potem zaczął masować nogi dość gwałtownie, powoli wracała w nich krew i zaczynały działać nerwy. Uklęknął wciąż kierując się instynktem. Wszystkie ofiary znalazł w zasięgu ramion. Do tej pory wydawało mu się coś innego.
Odruchowo dotknął szyi sierżanta, wyczuł puls. Podobnie było w wypadku Tuczapskiego, któremu nie mogąc rozpiąć kołnierzyka, po prostu go rozerwał. Gorzej wydawało się z ciałem Oliwii, która nie dawała oznak życia. Brakowało pulsu, ale Dornik nie mógł się pogodzić ze świadomością odejścia jej z tego świata. Pamiętał słowa, które powiedział swemu mężowi, tak podobne do słów wyznania miłości skierowanych do jego Aliny.
Odzyskując jasność widzenia Artur ściągnął z szyi Tuczapskiego resztki liny i podobnie jak w wypadku męża rozerwał koszulę. Zwrócił uwagę na mocno napięty i uciskający klatkę piersiową biustonosz, z którym postąpił jak z kołnierzykiem. Odszukał mostek klatki piersiowej i zaczął go uciskać rytmicznie, co dziesięć razy wdmuchując powietrze w usta kobiety. Jej język opuchnięty wcześniej przynajmniej nie blokował krtani.
Nagle poczuł jak dłonie mu się zapadają zbyt głęboko i usłyszał chrzęst łamanych żeber Oliwii, nie miał wyczucia jeszcze w rękach, ale to nie onieśmielało go. Kontynuował masaż nieustannie i prawie czuł jej serce pod palcami lewej ręki. Nie wiedział jak długo stara się przywrócić ciało Oliwii do życia, ale brak efektów wywołał w nim panikę. Otwartą dłonią rozpaczliwie uderzył w okolicę serca, a potem usłyszał klaśnięcie dłoni o jej policzek.
Stracił już nadzieję, dotknął jej tętnicy szyjnej, ale nie czuł niczego. Przytulił głowę do jej klatki piersiowej i wydawało mu się, że słyszy szmery i bicie. Jeszcze raz uderzył ją w twarz, aż nieomal maltretowana jęknęła i otworzyła oczy. Był szczęśliwy.

Ocknął się, rozejrzał wkoło i na widok białych fartuchów zasnął z wyczerpania. Pierwszy podniósł się na nogi Borucki i doczołgawszy się do telefonu, zaalarmował komisarza. W klinice policyjnej zaopiekowano się nimi prawie z czułością. Wyciągnięto Dornikowi kulę z uda i podano mu krew, której dużo stracił. Cała piwnica Tuczapskiego, jak później opowiadał komisarz, zbroczona była krwią.
Po południu inspektor odzyskał przytomność i wydało mu się, ze nie ma chwili do stracenia, trzeba działać. Podniósł się na łóżku i odnalazł się w dobrej formie. Jedyne teraz, co go gnębiło, to przeświadczenie, iż kidnaperzy zabrali mu karty identyfikacyjne. Na łóżku obok zobaczył uśmiechającego się Boruckiego.
-Z panem nie można się nudzić- zaśmiał się przyjaźnie.- Jak się panu udało uwolnić?
-Tuczapska żyje?- Żądał natychmiastowej odpowiedzi.-No?
-Żyje, ale jest cała w gipsie. Lekarz kazał panu gratulować. Powiedział, że gdyby ją przywieziono wtedy do szpitala, to pewnie stwierdzonoby śmierć i nie ratowaliby jej. Teraz będzie mogła napisać książkę o tamtym świecie.
-Tuczapski żyje?
-Tak, nie może go nikt oderwać od łóżka żony, przyrósł do krzesła.
-No to jedziemy, niech się pan ubiera!- Dornik odłączył kroplówkę i woreczek z krwią.
Zadzwonił na pielęgniarkę, która wbiegła do pokoju po chwili z przerażeniem w oczach.
-Co pan robi?!- Krzyczała.
-Gdzie są moje rzeczy, muszę się przebrać?- Pytał rzeczowo.
Pielęgniarka wybiegła i wróciła z lekarzem.
-Panu nie wolno wstawać jeszcze – tłumaczył starszy człowiek.-Stracił pan trochę krwi i powinien pan wypocząć.
-Na razie nie mam czasu, proszę kazać przynieść mi rzeczy.
-Ależ…
-Człowieku, nie dyskutuj ze mną, to jest rozkaz!- Prawie wrzasnął inspektor.
Siostra oddziałowa przybiegła z ubraniem obu policjantów i Dornik z ulgą stwierdził, że w kieszeni są karty od Potockiego. Odwrócił się do obecnych plecami i zaczął się ubierać.
-Niech pan postara się odszukać nasz samochód i czeka na mnie przed szpitalem- rozkazał Boruckiemu.- Panie doktorze, nie mam teraz czasu na tłumaczenie panu wszelkich zawiłości sprawy, ale dziękuję bardzo za opiekę. Proszę mnie zaprowadzić do pana Tuczapskiego.

Skomentuj