Roxana, Rozdział 8

Posterunkowy w Nadolicach otrzymał właśnie telex. Odebrał go i dołączył do specjalnej teczki. Codziennie dostawali kilka listów gończych, które wpinali do owej teczki od czasu do czasu zaglądając do niej.
Telex o podobnej treści wystukała maszyna w komisariacie rejonowym, ale podobnie jak w Nadolicach nikt się nią nie zainteresował. Poszukiwano listem gończym dwie osoby. Mariana Sikorę i mężczyznę prawdopodobnie pokłutego nożem lub martwego.
Dwudziestoczteroletni sierżant nie miał jednak czasu na przemyślenie polecenia z Wrocławia. Był zajęty sporządzeniem masy dokumentów dla prokuratury, której działalność wywołała w nim szewską pasję. Ilekroć, bowiem udało mu się przyskrzynić jakiegoś włamywacza, pani prokurator stosowała wobec delikwenta dozór i wypuszczała go z powrotem na ulicę. Ten z kolei z nudów robił następny skok i zamiast jednego raportu policjant musiał sporządzić całą masę.
Tymczasem pacjent rejonowego szpitala odzyskał przytomność. Lekarze próbowali wyciągnąć od niego jakieś informacje, ale na próżno. Stwierdzili, że prawdopodobnie jest w szoku. Nie zmuszali go, więc do mówienia, tym bardziej, że wszystkich przerażał wzrok pacjenta. Zdawał się ostrzegać ludzi, aby nie interesowali się zbytnio jego osobą.
Major w ciszy i spokoju rozważał sytuację. Na wstanie z łóżka nie pozwalał mu ogromny ból odczuwany przy najmniejszym poruszeniu się ciała. Nie wiedział, jakich doznał obrażeń, ale to go nie obchodziło. Pamiętał jedynie, że ci ludzie, którzy chcieli go pozbawić życia, kimkolwiek są, wkrótce umrą.
Nie mógł się pogodzić z wielkim poniżeniem, jakie go spotkało. Gdyby jego ludzie dowiedzieli się, że klęczał przed jakimiś pastuchami i prosił o litość, straciliby do niego cały szacunek. Dlatego tę sprawę postanowił załatwić samodzielnie. Ale nie wiedział, w jaki sposób, bo leczenie może trochę potrwać, a bandyci uciekną.
W każdym razie czuł w stosunku do nich pogardę, bo nie potrafili nawet zabić go. To musiały być wyjątkowe patałachy i za to też powinni zginąć. Podczas swojej śmierci muszą cierpieć i to bardzo. Za takie błędy jak ten trzeba płacić życiem albo nawet kilkoma. Tak, ich rodziny też muszą zginąć.

Inżynier Wroński wraz z wiceburmistrzem Ściernic jechali do Wrocławia. Walter chciał odwiedzić rodzinę, ale głównym celem wyjazdu było załatwienie w dyrekcji PKP dodatkowych wagonów dla ewakuowanego wojska.
Niebieska łada Waltera posuwała się szybko. Był wczesny ranek zapowiadający piękny słoneczny dzień. Szosa była pusta i tylko gdzieniegdzie widać było rolników idących w pole lub jadących kombajnami. Zaczęły się żniwa i przyjemnie było patrzeć na pola usłane żytem i ogromnymi połaciami kukurydzy.
Rozmyślenia na temat piękna otaczającego świata przerwał mu wiceburmistrz.
– Szkoda, że nie dotrwał pan do końca wczorajszej narady. Wybuchła mała sprzeczka na temat bajzlu z paliwem, który Rosjanie pozostawiają ponoć zakopane w beczkach. Wcześniej nie powiedzieli nic o tym, dopiero jakiś rolnik przyszedł i nas poinformował, że wykopał na poligonie starą beczkę pełną paliwa. To jest skandal, panie!
– Musiałem wyjść wcześniej, chciałem zadzwonić do żony i córki. Miała wczoraj urodziny – powiedział bez uczucia i zainteresowania Wroński.
Dobrze się też stało, że jadą dziś do Wrocławia. Wroński napisał do żony list i załączył do niego drugi, nie dla niej, mogłaby tego nie zrozumieć. Była okazja, aby jej wszystko wytłumaczyć.

– Byłem w tej sprawie nawet u Azarowa – kontynuował urzędnik. – Powiedział mi, że oni niczego przed nami nie chcą ukrywać, a ja mu, panie, o rakietach, o których panu wspomniałem. Ale się zdenerwował, panie, zrobił się cały czerwony i powiedział, że nam nic do tego, jaki sprzęt posiada radzieckie wojsko. Krzyczał, panie, jak noworodek, aż się przestraszyłem, że mu tętnica na szyi popęka.
Walter zainteresował się.
– I czym się to skończyło?
– Prosił, abym nikomu nie mówił o rakietach, że to tajemnica, panie. A ja mu na to, że owszem, panie, ale pod warunkiem, że jeszcze dzisiaj wezmą się do czyszczenia poligonu z zakopanych beczek.
Starszy mężczyzna zasapał się .
– I co? – Popędzał Wroński.
– A co, panie, musiał przyrzec, że sprawą osobiście się zajmie.
Walter pomyślał, że dobrze się stało, iż umieścił wiadomość o rakietach w raporcie dla Roxany. Nigdy nie podawał niesprawdzonych informacji, ale tym razem aura tajemnicy otaczająca rakiety i skomentowana przez jadącego z nim urzędnika spowodowała dokonanie wpisu rakiet do raportu.
Jechali już jakieś poł godziny. Na prostym odcinku drogi Wroński przycisnął pedał gazu i łada mknęła po równym terenie przypominającym aleję po obu stronach wysadzaną drzewami.
Nagle usłyszał donośny odgłos klaksonu jadącego za nimi pojazdu. Nieco zwolnił i spojrzał w lusterko. Jechał za nim dostawczy ford, którego kierowcy widocznie się śpieszyło jeszcze bardziej niż im. Droga była wąska i Wroński z dużą szybkością zjechał trochę na pobocze.
Ford znalazł się na wysokości łady, ale zamiast ich wyprzedzać jechał przez moment równo z nimi.
– Co też ten wyprawia, panie?! – Przestraszył się wiceburmistrz.
Kierowca forda skręcił kierownicą w prawo i uderzenie było tak mocne i nagłe, że Wroński nie zdążył nawet zareagować, gdy tracąc panowanie nad kierownicą, uświadomił sobie, co się dzieje.
Prędkość zepchniętej łady była tak duża, że zeskoczyła z szosy i uderzając lewym bokiem o drzewo, przekoziołkowała dwukrotnie po polu. Wkrótce słychać było wybuch zbiornika paliwa i samochód zaczął się palić mocnym ogniem. Pasażerowie spięci pasami i nieprzytomni nie mieli szans na przeżycie.

Dornik siedział nad wykazem komputerowym sporządzanym na jego wcześniejsze polecenie. Niewiele mu się tu zgadzało z wizją szybkiego wytropienia Majora, w którym upatrywał się mordercę Janowskiego. Listy gończe rozesłane, meldunki jednak żadne nie nadchodziły. W duchu myślał o policjantach, którzy mogliby mu pomóc, ale pewnie zaniedbali swoje obowiązki.
Niemożliwością było, aby nie znaleziono nigdzie zwłok zakłutego na terenie cegielni człowieka. Chyba, że sprawcy zakopali ciało. Bo jeśli okaże się, że Major przebywa na wczasach daleko stąd, a jego ofiara leży w szpitalu, to ktoś mu za to odpowie.
Było już późne popołudnie, gdy inspektor otrzymał telefon.
– Kto mówi? – Artur nie dosłyszał. Dopiero po chwili zrozumiał, że rozmówca używa języka niemieckiego. – Heinrich?! Skąd dzwonisz, kolego? Dobrze, za jakieś piętnaście minut tam będę.
Odłożył słuchawkę i zdał sobie sprawę, że właśnie mówił z niemieckim policjantem. Heinricha Weissa poznał podczas szkolenia w Berlinie. Zaprzyjaźnili się i zapraszali się wzajemnie na wakacje. Ale kto by się spodziewał, że Heinrich tak szybko da o sobie znać.
Czerwony polonez zatrzymał się przed restauracją, do której wszedł inspektor. Weiss już na niego czekał przy stoliku.
– Jak się masz Artur! – Przywitał się serdecznie.
– Dziękuję, ale nie za dobrze, mam pełne ręce roboty.
– Jak zwykle większość policjantów, napijemy się?
– Może kawy.
Niemiec zamówił u kelnera kawę i koniak.
– Co cię tu sprowadza? – Spytał w końcu Dornik.
– Delikatna sprawa, ty.
– Jak to?
– Prowadzisz dochodzenie w sprawie Janowskiego?
– Tak, a skąd ty o tym wiesz? – Dornik był zaszokowany
– Wiem tylko tyle, ile muszę. Posłuchaj, sprawa jest śmierdząca. Zamieszani są w nią ludzie znani na Zachodzie pod nazwą Czarne Dni, terroryści oczywiście. Dokonali podobnych zamachów we Francji i u nas. Posługują się wyprodukowaną przez siebie bronią i używają jej tylko raz. Pochodzą z Iraku i chcą ogłosić swego wodza prorokiem. Zrobią wszystko, aby dołożyć Żydom i teraz Amerykanom, którzy panoszą się w Zatoce Perskiej. Kazano mi te informacje przekazać oficerowi prowadzącemu śledztwo w sprawie Janowskiego.
– Jak to, kto ci kazał?
– Chyba wiesz, gdzie ja pracuję?
– Tak. – Dornik przytaknął, ale nie zrozumiał. Zbierał myśli – , Co robią Czarne Dni w Polsce?
– Nie mam pojęcia – Weiss był szczery.
– Ale Janowski nigdy nie miał nic wspólnego z Arabami, a wojna w Zatoce obchodziła go tak, jak mnie odkrycie nowej pasty przeciwko…
– Wiem – przerwał mu Weiss. – Zrozum, Artur, ja nic więcej nie wiem, a co wiedziałem, to już ci powiedziałem.
– Rozumiem – uspokoił się inspektor. – Oczywiście zachowam te informacje dla siebie. Na długo przyjechałeś do nas?
– Za dwie godziny mam samolot, ale z zaproszenia na wakacje chyba z żoną i córką skorzystamy.
– To cieszę się. Kiedy mogę się was spodziewać?
– Daj znać, jak załatwisz tych drani i będziesz miał dużo wolnego czasu.
– Dobrze, to jesteśmy umówieni.
Wychodząc z restauracji rozmyślał nad informacjami przywiezionymi mu specjalnie. Przyznał w głębi, że obraz arabskich terrorystów nie pasował do bezideowego postępowania Majora. Nie wiedział, co może łączyć obie te sprawy. Nie miał pojęcia skąd Heinrich o wszystkim wiedział, ponieważ podobnie jak Artur był zwykłym inspektorem policji.

Sadowski podniósł się z fotela. Sekretarka zapowiedziała Dornika i Sojkę, którzy wkroczyli do gabinetu komisarza.
– Jak tam wyniki badań z cegielni? – Zaczął nie czekając aż usiądą.
– Przewidywania się potwierdziły – mówił Dornik, a kapitan się przysłuchiwał. Imperator wezwał go tu w charakterze doradcy. – Zacznę od śladów opon znalezionych podczas akcji na terenie cegielni. Pasują idealnie do fragmentu śladu znalezionego w szczątkowej formie koło domu Janowskiego. Znaleziono dwa odpryski farby powstałej przy uderzeniach drzwi pojazdów lub w inny sposób. Jeden był koloru zielonego, drugi brązowego. Ślady krwi mają odczynnik i grupę taką samą, jaka jest zapisana w aktach osobowych poszukiwanego przeze mnie Majora. Istnieje, więc możliwość, że ofiarą napadu lub morderstwa był Major, co wcale nie wyklucza możliwości wzięcia przez niego udziału w zabójstwie Janowskiego.
– No, nieźle jak na początek. Jakie w związku z tym ma pan hipotezy?
– Na razie jedną, panie komisarzu. Major nakrywa morderców Janowskiego, gdy chowają samochód, którym się posłużyli podczas morderstwa. Mimo że Major rządzi światkiem przestępczym miasta, ma za mało inteligencji, aby wchodzić w układy z Arabami.
– Jakimi Arabami? – Przerwał zdziwiony komisarz.
– Przed domem inspektora Janowskiego znaleziono włos. Użyta do przestępstwa broń nosi znamiona fachowości, a więc mamy do czynienia z jakąś organizacją arabską, która, nie wiadomo jeszcze, co robi na naszym terenie.
– Tego mi jeszcze brakowało! Skąd te podejrzenia, przecież sam pan mówił, ze Janowski nigdy nie kontaktował się z Arabami?
– To prawda, ale możliwe, że mógł im się nieświadomie narazić.
– Co pan zamierza?
– Sprawdzam wszystkich Arabów, dla formalności, bo nie jest powiedziane, jakimi paszportami się legitymują. No i szukam Majora, który pomoże mi zidentyfikować tych ludzi.
– A więc to ci sami napadli go?
– Tak myślę, panie komisarzu.
– Więc dlaczego go nie zastrzelili, tylko pocięli nożem?
– Wytłumaczyć to może znaleziono rurka metalowa. Otóż nie była ona użyta podczas tej bójki. Stąd wnoszę, że napastnicy zagrozili Majorowi pistoletem, a potem próbowali lub zabili go.
– Co pan o tym sądzi, kapitanie?
– To wszystko trzyma się kupy – na trzeźwo analizował sytuację Sojka.

Skomentuj